Pokazywanie postów oznaczonych etykietą going nuts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą going nuts. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Syndrom niespokojnej ciężarówki

Czekanie… CZEKANIE… CZE KA NIE! Czyli o tym, jak szlag mnie trafia i przechodzę transformację Megazorda! Dlaczego? Ano dlatego, że muszę CZEKAĆ , czyli siedzieć na tyłku i odliczać wolno płynące minuty podczas, gdy ktoś inny robi coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym zrobić JA!!!

#Śpisiowamama


W tym wypadku tym ktosiem jest Kolega Małżonek, a to coś to nic innego, jak malowanie. Tak jest. Malarstwo ścienne jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie domeną kobiet. Matka malowała ściany (ba! Dalej maluje), siostra maluje ściany (i nie tylko), to i ja maluję, a jakże! Problem pojawił się w momencie, kiedy w moim brzuchu zamieszkał Ted i wszyscy wokoło (z moim zdrowym rozsądkiem włącznie) mówią mi, że malowanie we dwoje to nienajlepszy pomysł. Dlatego należało zrobić to, co w zarządzaniu nazywa się delegowaniem uprawnień, czyli poprosić o pomoc kolegę małżonka!

Reakcja Vinca na wieść o rychłym malowaniu była mniej więcej taka sama, jakbym zaproponowała mu całonocny shopping w galerii połączony z prezentacją najnowszych trendów w makijażu, której towarzyszy dwugodzinny wykład na temat wyższości butów Manolo Blahnik nad Louboutin… Jednym słowem: Let’s do it!

Myślałam, że do szału doprowadzą mnie dociekliwe pytania w stylu: Czy to malowanie, to na serio? A nie może być tak, jak jest? Ale ten kolor jest ładny? Naprawdę już ci się nie podoba ten biały? Gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek…

Dzielnie i z medalową konsekwencją przyszłej matki utrzymywałam, że malowanie jest konieczne i basta! Kolega Małżonek nie miał wyboru, zaklepał urlop w mordorze i ruszył z kopyta… Kompletowanie sprzętu, analiza jakości i składu zakupionej folii malarskiej, analiza porównawcza taśm, wreszcie malowanie sufitu i implementacja farby na powierzchnię użytkową! Wszystko z największą starannością, ale co tu się dziwić, w końcu powiedzenie: Trust me, I'm an engineer! zobowiązuje. Kolega Małżonek do większości prac domowych podchodzi właśnie w ten sposób: zbieranie sił - analiza stanu faktycznego - plan naprawczy - działanie.

Ogółem wyszły cztery dni. CZTERY dłuugie dni, podczas których ja obżarłam moje piękne paznokcie niemal aż do kości. Cztery doby po dwadzieścia cztery godziny, podczas których odgryzłam sobie język, żeby nie udzielać małżonkowi złotych rad i nie zadawać kretyńskich pytań. CZTERY dni ze świadomością, że sama zrobiłabym to wszystko w dwa i tym samym byłabym już na etapie ustawiania mebli, albo nawet picia herbatki w nowym-starym salonie. Taka to jest różnica między inżynierskim umysłem, a dzikością tequili ;) A gdzie tu jeszcze malowanie grzejnika?!

A idź pani w… niwecz! Zdaje się słyszeć podświadomie.

Postanowiłam jednak podejść do tematu jak do treningu rodzicielskiego. Ot, taka szkoła cierpliwości przed samodzielnym ubieraniem się Teda, jedzeniem, wiązaniem butów, czy rozwiązywaniem równań kwadratowych i odmianą czasownika posiłkowego ;) Poza tym, po prostu opuściłam domowy przybytek na dni kilka i wyprowadziłam się na ten czas do matki ;P wpadając tylko od czasu do czasu na rekonesans połączony z pełnymi uznania wyrazami akceptacji. Albowiem, zgodnie z zasadą rodzicielstwa: należy doceniać każdy wysiłek i trud podejmowany w dążeniu do celu, a także chwalić za pozytywne rezultaty ;) Bo przecież nie trudno domyślić się, że rezultaty są dość niesamowite :D

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poradnik dla ojców

Mój szwagier wkrótce zostanie ojcem po raz pierwszy i na tę okoliczność przygotowałam zarówno dla niego, jak i dla innych jemu podobnych mały poradnik:

Rób, jak uważasz, uważaj, jak robisz. Ogólnie trend jest taki, ze nie zmusza się panów do obecności podczas porodu. W sumie mnie to nie dziwi. Byłam, widziałam i muszę stwierdzić, że faktycznie, brałam udział w lepszych eventach. Z drugiej strony, nas, kobiet jakoś nikt nie pyta o zdanie w kwestii obecności przy porodzie, więc chyba sprawiedliwie byłoby, żeby oboje sprawców odhaczyło się na sali w tym szczególnym dniu. Natomiast, już tak bardziej serio, to ojciec na sali porodowej przydaje się po pierwsze dlatego, ze jest ojcem i kto inny miałby powitać swojego potomka na świecie jak nie ojciec? Po drugie, pamiętacie ze szkoły akcje pod pokojem nauczycielskim pt. „Ja pukam, ty mówisz”? No więc na porodówce przydaje się czasem właśnie taki ktoś, kto puka - niby nic, a jednak towarzysz ;) Po trzecie, kiedy trzeba na chłodno ocenić sytuację, przydaje się ktoś, kto zdecydowanie walnie pięścią w stół.

Równouprawnienie i równouobowiązkowienie. Jako współsprawca jesteś współodpowiedzialny za sterowanie tą małą machiną zwaną wychowanie dziecka. Jednak to wcale nie oznacza podbijanie karty na zakładzie od rana do nocy, trzepanie nadgodzin i przynoszenie do domu w zębach kapuchy. To oznacza, ze masz zarówno prawo, jak i obowiązek zmieniania zasrutanych pieluch, wizyt u lekarza, szczepień i wycierania glutów z nosa. Dzięki temu masz też prawo do zabaw i rozrywki wszelkiej, tulenia, miziania i cykania słodkich fotek. Jednak, drogi Panie Przyszły Tato, pamiętaj, że dziecko jest od urodzenia, a nie od trzeciego roku życia. Jeśli od początku nie będziesz obecny w jego życiu, trudno będzie ten czas potem nadrobić.

Kobieta po porodzie się zmienia. Wiem, że to brzmi niesamowicie, odkrywczo i w ogóle, ale to prawda. Jeśli myślisz, że po powrocie do domu ze szpitala odłożycie dziecko do łóżeczka, wpadniecie sobie w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie to z pewnością tak będzie, ale najpierw będzie, strach, stres, hormony, pot, łzy i nerwy. Będą dresy i worki pod oczami, będzie milion pytań, na które będziesz musiał udawać, że znasz odpowiedź. Będą pretensje, że zbyt często i na zbyt długo wychodzisz… Ale… kiedy to tylko możliwe, pamiętaj, że pierwsze dziecko to dla nas też mega wyzwanie. Że za większością tych wyrzutów stoją nadwyrężone nerwy, niewyspanie, zmęczenie i zazdrość (najczęściej o to, że Ty sobie wychodzisz, a ona w tym czasie musi siedzieć z dzieckiem bo przecież cycków w domu na całą noc nie zostawi). Rodzicielstwo to emocjonalny roller coaster. Tu uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili jest się wściekłym, za chwilę wzruszenie odbiera Ci mowę po to by zastąpiło je zmęczenie, po którym następuje największa w świecie radość. Przy odrobinie cierpliwości, rozmowie, randce od czasu do czasu i umożliwieniu Pani Matce  zamiany drechu na wyjściową kieckę, z pewnością będziecie, żyli długo i szczęśliwie.

Rodzic idealny nie istnieje. Usłyszysz o nim, co prawda, wiele razy. Będzie Twoim sąsiadem, synem siostry szwagra wuja drugiego męża kuzynki od strony teściowej, znanym aktorem czy panem w sklepie. Jednak pamiętaj, że tacy ludzie są jak duchy - wszyscy o nich mówią, a mało kto widział. W rodzicielstwie, jak w życiu, nie ma ideałów. Możliwe, że syn kolegi recytuje już alfabet, a córka sąsiada sama się odpieluchowała, ale przecież wiadomo, że nikt nie będzie przyznawał się do tego, że ma dość, że właśnie pokłócił się ze starą, a dziecko wpada do pokoju w najmniej odpowiednim momencie.

Rodzicielstwo to praca zespołowa. Jeśli więc wciąż masz problemy z #teamspirit to najwyższy czas go w sobie poszukać. To projekt mega długodystansowy, w stylu bardziej let’s-talk-about-challenges-not-problems i raczej pro bono, wiec nie ma co się nastawiać na gratyfikacje czy premie. Mało tego, nie da się ukryć, ze do tego interesu trzeba jeszcze co nieco dołożyć. Na pochwały i słowa uznania raczej nie ma co liczyć, bądź jednak pewny, ze wszyscy będą czyhać na najmniejsze Twoje potknięcie. Zanim jednak zwrócisz się z uznaniem do Starej, ze pięknie młodzież wychowała, pamiętaj, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska i o ile nie masz pod ręka dowodu na to, ze zrobiłeś to lepiej, zastanów się ze swoją kobietą, jak możecie to naprawić. Jak to mówią: w kupie siła!

Ponieważ wiem, że panowie wolą krótko, zwięźle i na temat, zakończę na tych kilku złotych radach. Pamiętaj, Ojcze, ze rodzicielstwo to mega przygoda, a chyba żadna przygoda nie przychodzi łatwo. Przerażony? Zacytuję Ci jeszcze Monice Coelho (F.R.I.E.N.D.S): Welcome to the real world! It sucks - you're gonna love it!

Macie jeszcze jakieś złote rady dla przyszłych ojców? Komentarze są Wasze! Enjoy!

środa, 19 lipca 2017

Żłobek

Ostatnio głośno zrobiło się o lęku separacyjnym… To znaczy u mnie głośno, bo akurat Wielki Brat i jego ciasteczka tak mi podpowiadają w internecie, że same parentingowe pierdoły mi wyskakują. I nie to, żebym nie przykładała wagi do lęku separacyjnego. Po prostu w naszej strefie klimatycznej występuje on w niewielkich dawkach, a ja nie lubię martwić się rzeczami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą (ot, takie matczyne BHP ;) ) Ale do brzegu…

Czytając o dramatach, przez jakie przechodzą matki oddając dziecko do żłobka, pamiętając historie o ojcach koczujących w krzakach za bramą przedszkola  (autentyk! Podobno ;) ), zaczęłam się zastanawiać, czy aby i ja się nie boję swojego dziecięcia do żłobka oddać…?

I generalnie to się boję… Boję się głównie tego, że ojciec Eustachego zamiast dać dzieciom załatwić sprawy po męsku, przyjdzie do mojego Teda z łapami. Albo tego, że w rewanżu Kolega Małżonek będzie musiał iść do ojca Eustachego, dojdzie do pojedynku, mnie wezmą na sekundanta, a ja się przecież przemocą brzydzę;( Boję się tez tego, że matka Krystel nie zaprosi Teda na urodziny, bo mu kupujemy ciuchy z Pepco, nie chodzimy na zajęcia z mindfulness i do klubu małego geniusza… Tego się chyba boję najbardziej.

Nie boje się za to, ze moje dziecko będzie przez kilka godzin dziennie siedziało na dywanie samotne w otoczeniu swoich własnych smarków i łez. Nie boję się, że będzie chodził pół dnia z nieprzewiniętym tyłkiem. Nie mam też obawień o to, że któregoś dnia znajdę na jego pupie ślad po dorosłej dłoni. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że świadomie wybrałam dla niego żłobek, zrobiłam risercz, podpytałam inne mamy. Ale głównie dlatego, ze większość z tych rzeczy, które budzą lęk w matkach to relikty przeszłości, po których zostały legendy i baśnie z mchu i paproci. Poza tym, w oparciu o własne doświadczenia, głęboko wierzę w to, ze opiekunowie w żłobku to ludzie z powołaniem. W innym wypadku nie wyobrażam sobie pracy z cudzymi (albo co ważniejsze MAŁYMI) dziećmi.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i idę bawić się z synem, póki mi nie dorośnie ;) Jeśli macie coś do dodania, piszcie śmiało!

wtorek, 6 grudnia 2016

Genialne pomysły na prezent dla dziecka


Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Właściwie, patrząc na moją skrzynkę pocztową, mogłabym przysiąc, że to już za tydzień 😉 Na szczęści jednak okazuje się, że jeszcze parę tygodni zostało i można spokojnie zastanowić się nad najlepszym prezentem, który uszczęśliwi zarówno dziecko, jak i jego rodziców 😃 Jeśli jeszcze nie wiecie, co kupił najmłodszemu członkowi swojej rodziny, sprawdźcie moje tipy 😉

GRAJĄCE ZABAWKI. Przehit po prostu. Gada, lata, kręci się, świeci, wiąże krawaty, no cudo! Piękne, kolorowe opakowania same się proszą o zakup. Dodatkowo metrowe peany zapewniają o tym, że gdyby Superniania miała takie małe dzieci, to kupiłaby taką zabawkę, gdyż wystarczy zaledwie 5 minut zabawy tym cudem i mamy w domy małego geniusza. Koniecznie kupcie taką zabawkę, a przekonacie się, jak szeroko mogą się uśmiechać rodzice obdarowanego. Nie zdziwcie się jednak, kiedy na najbliższe urodziny otrzymacie skarpety frotte, a Wasz berbeć otrzyma w spadku tę właśnie zabawkę. Rodzice na pewno nie pozwolą na to, by ich dziecko było jedynym geniuszem w rodzinie.

RÓŻOWY SPRZĘT AGD DLA DZIEWCZYNKI. Nie ma to jak wpajać dziecku stereotypy od początku jego istnienia. Wiadomo bowiem, że Genderra nie śpi, więc od samego początku trzeba takiej dziewczynce pokazać, gdzie jej miejsce, żeby przypadkiem nie wypadła ze swej roli społecznej, a cóż lepiej spełni swoje zadanie niż mini sprzęt AGD?

PIESEK ALBO KOTEK. Tudzież jakiekolwiek inne żywe zwierzątko. Najlepszy prezent ever! Z pewnością rodzce dwu- czy nawet pięciolatka marzą właśnie o tym, żeby rano móc wstawać o dodatkowe pół godziny wcześniej i wychodzić z nie swoim psem albo sprzątać kocią kupę z wanny. Jest to również genialny pomysł, gdyż nie od dziś wiadomo, że pieski ze schroniska lubią tam wracać na wakacje, a rasowe kotki kupione za 200 złotych to czysta okazja, bo akurat one urodziły się jako czternaste w miocie, a wiadomo, że na czternaste obowiązuje zniżka! Pseudohodowla to przecież też hodowla tyle że taka wyprzedażowa. Taki outlet jakby.

WIEŚNIACKI SWETER. Klasyka gatunku. To taka tradycja, że każdy przynajmniej raz w swoim życiu musi zostać obdarowany częścią garderoby w wydaniu nieco mniej cool trendy. Proponuję zatem zaoszczędzić dziecku wstydu w przyszłości, odbębnić już teraz i będzie z głowy 😉

GIGANTYCZNE MASKOTKI. Średnia powierzchnia mieszkalna przypadająca na standardową rodzinę w naszym kraju wynosi jakieś 25 m2. W taką powierzchnię zaaranżowaną w stylu scandi loft idealnie wpisze się naturalnych rozmiarów niedźwiedź 😂 Doskonale zbiera kurz i w razie czego może służyć jako straszak na niegrzeczne dzieci, potęgując nocne doznania, przy których potwory spod łóżka to milutkie elfy.

SŁODYCZE. Nie ma nic lepszego niż tabliczka czekoladopodobna z rana. Zwłaszcza w momencie zalewu wszelkiego rodzaju alergii, cukrzycy, otyłości. Słodycze idealnie wpisują się w trend bezglutenowy, wegański, wolny od laktozy, orzechów i soi. Ponadto wszyscy wiemy, że czekolada na śniadanie wzmaga apetyt u dziecka (zwłaszcza niejadka). Po tak solidnej porcji węglowodanów i tłuszczy nienasyconych wciągnięcie owsianki z amarantusem to tylko formalność 😉 A z kolei nie od dziś wiadomo, że czekolada ma właściwości relaksacyjne i uspokajające, dzięki czemu obdarowane dziecko szybko i bezproblemowo idzie spać. Przedłużone działanie kakaa powoduje, że sen jest bardzo stabilny i trwa do późnych godzin porannych.

Macie jakieś inne, ciekawe pomysły, albo sprawdzone hity, które chcielibyście znaleźć pod choinką? Może dostaliście już (Wy albo Wasze dzieci) coś równie genialnego? Piszcie w komentarzach!

sobota, 29 października 2016

Halloween


#Śpisiowamama

Dawno, dawno temu, kiedy to nasi protoplaści mówili na chleb bep, a na księdza Zorro, a ich protoplaści drapali się kijem po tyłku próbując wykrzesać ogień w swojej glinianej jamie, wtedy to właśnie Celtowie próbowali wykminić jakby tu zrobić w konia złe duchy, co to straszą pod łóżkiem i ogólnie są odpowiedzialne za całe zło tego świata z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem włącznie;) Po długiej burzy mózgów i konkursie projektów doszli do tego, że najsprytniej będzie przebrać się za stracha, żeby inne strachy pomyślały, że to swój i dały mu święty spokój  (stąd przebieranki), a dla pewności, co by nie mieć wątpliwości i tak na wszelki wypadek stwierdzili, że warto jeszcze tym strachom jakąś szamkę załatwić, wszak wiadomo, że jak człowiek głodny to i zły  (stąd cukierek albo psikus). Jeśli natomiast rozchodzi się o nazwę, to objaśniam, co mi wiadomo w tej sprawie: 
Celtowie urządzali przebieranki w obawie przed tym, że duch babci zechce jednak przyjść i ochrzanić ich za to, że nie zjedli tej owsianki za dzieciaka, co to nad nią tak babcia stała. A duchy najczęściej przychodziły wraz z zakończeniem lata i początkiem pory roku zwanej #pizgazłem. Z czasem, kiedy religia chrześcijańska położyła swoją łapkę na Europie zaczął się rebranding. Ustanowiono zatem, że zamiast imprezki z przebierankami będzie imprezka na cześć wszystkich świętych. Ludzie to kupili, ale nie do końca. Bo owszem, 1. listopada świętują uroczystość Wszystkich Świętych, ale jednak przebieranki w wigilię Wszystkich Świętych pozostały. Notabene stąd też wzięła się nazwa Halloween. Ogólnie rzecz biorąc jest to efekt końcowy ewolucji słów All Hallows Eve (czyli po naszemu wigilia Wszystkich Świętych właśnie).

#Śpisiowamama

Tylko po co ja o tym w ogóle piszę? Ano po to, że co roku ten temat wraca jak nie przymierzając bumerang. Być może dlatego, że dziwnym trafem co roku 31. października wypada akurat w przeddzień Wszystkich Świętych...? Generalnie ubawiłam się setnie pismem naszego, toruńskiego kuratora oświaty, który w jakże wysublimowany sposób próbował przekonać nieprzekonanych, że Halloween to zło, a przy okazji delikatnie dać do zrozumienia nauczycielom i dyrektorom szkół, kto tu rządzi i kogo za sobą ma. Nieco już mniej subtelnie natomiast wprowadził pan kurator ferment na linii rodzic-dyrekcja szkoły sugerując, że rodzice maja pomóc szkole podjąć odpowiednią decyzję. Czyli ogólnie to wiecie, co macie robić... wszystko na mój koszt jak mawiał klasyk ;) Moim skromnym zdaniem bardzo nietrafioną była również uwaga, jakoby szczególnie zagrożone były umysły uczniów szkół specjalnych, którym to impreza Halloweenowa może tylko namieszać w głowie. Nie wiem, jakie źródła kazały tak przypuszczać autorowi pisma, ale moje twierdzą, że wszelkie formy aktywizacji, teatralizacji, sztuki, zabawy i działania (w tym właśnie przebieranki) mają raczej pozytywny wpływ na uczniów szkół specjalnych. Ale co ja tam wiem...

Inna sprawa, że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej nagonce na Halloween... Zupełnie jakbyśmy nie mogli przestać na chwilę się umartwiać i trochę zabawić. Oh wait! Jesteśmy w Polsce, tutaj nawet Dzisiaj w Betlejem śpiewa się na melodię Wisi na krzyżu. Mimo wszystko jednak argumenty przeciwników Halloween nie bardzo do mnie trafiają. 

No bo tak: 
Pogańskie święto! No tak, ale jak tak dobrze pomyśleć, to większość świąt jest pogańska tyle że odpowiednio zaadaptowana do wymagań chrześcijańskich. Ot taka choinka na przykład. 100% german w niej, ale w Bożym Narodzeniu nie przeszkadza. Swoją drogą ciekawi mnie, co na ten temat mówią w Brytyjskich kościołach?

Nie polskie to święto! Okeej. W takim razie zrezygnujmy też z Walentynek, bo nijak się one mają do polskiej tradycji. Zlikwidujmy jarmarki bożonarodzeniowe i letnie grille.

Gusła i zabobony. Serio? A Andrzejki to pies? Rozumiem, że andrzejkowe wróżby i zabobony to nie zabobony i nie mącą umysłów dzieci.

Komercjalizacja. Piniondz wszędzie, panie! No co zrobisz, takie czasy. Swoją drogą na zniczach też niemały zarobek ludzie mają, prawda? A odnośnie komercjalizacji to chyba najlepiej poczytać sobie, dlaczego strój świętego Mikołaja jest czerwono biały i jakiż tam produkt jest podstępnie ulokowany ;)

Spustoszenie duszy i umysłu. Na tenże gruby kaliber mam jeszcze grubszy: albowiem jakoś nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś był równie zatroskany o umysły i dusze młodych ludzi na przykład w trakcie karnawału albo juwenaliów. Wtedy to na potęgę możemy doświadczać wysypu żywych trupów, wampirów, Monster High i innych maszkar. Albo kolędnicy, wśród których można znaleźć i diabła... Ale rozumiem, że wtedy są spoko?

No i, w końcu, naczelny argument, że jak to, że to się nie godzi tak imprezować, podczas gdy nazajutrz taka refleksja i zaduma ma nadejść. I tego to już kompletnie nie rozumiem, bo nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Dlaczego pogodny nastrój i dobra zabawa jednego dnia mają wykluczyć wspomnienie drogich nam osób dnia następnego? A w ogóle to chciałam przypomnieć, że święto Wszystkich Świętych to w sumie radosne święto i tak na dobrą sprawę każdy z nas świętuje wówczas swoje imieniny (tak mi w podstawówce powiedziała pani od religii ;) ), a czas wspominek i żałoby wypada w Dzień Zaduszny przecież. No ale to już jak kto woli...

#Śpisiowamama

Wszystkiego dobrego z okazji imienin :D


poniedziałek, 3 października 2016

NIE

I wtedy wchodzę JA. Cała na czarno! A dlaczego? Ano dlatego, że mamy strajk. Ogólnopolski strajk kobiet. I ja się tym moim wpisem do strajku przyłączam.

TAK. Przeczytałam projekt ustawy, bo nie wierzyłam, że to co słyszę w telewizji i internetach to prawda. A potem znowu ją przeczytałam, bo może jednak coś się zmieniło;)

NIE. Bo ani trochę ten projekt mi się nie podoba.

NIE. Bo nie można nikogo zmuszać do heroizmu. Zwłaszcza w takim kraju, jak nasz, gdzie ochrona życia poczętego trwa dziewięć miesięcy. Potem obowiązuje zasada: "jesteś dzieckiem bożym, radź se sama".

NIE. Bo nie podoba mi się opcja: "Dziecko z gwałtu - tak, dziecko wujka - tak, dziecko z in vitro - nie."

NIE. Bo po kolejnym, ewentualnym poronieniu nie chciałabym musieć spowiadać się prokuratorowi z tego czy aby na pewno nie pucowałam kibla domestosem za bardzo. Albo... musieć chodzić z obumarłym płodem w brzuchu, bo lekarz nie chcąc ryzykować swojej kariery nie przepisze mi tabletek poronnych.

NIE. Bo dla mnie zbyt mało precyzyjne są słowa MOŻE ODSTĄPIĆ OD WYMIERZENIA KARY i BEZPOŚREDNIE ZAGROŻENIE ŻYCIA. Ordo Iuris może sobie nawet wytapetować swoją stronę infografikami, ale zapis pozostanie zapisem, a jego interpretacja wciąż pozostanie w gestii prokuratury i sądu. I sorry, ale w kraju, w którym bardziej opłaca się wyrzucić jedzenie z nadprodukcji niż je oddać potrzebującym, uważam, że wszystko jest możliwe.

NIE. Bo uważam, że człowiek powinien mieć wybór.

Także sorry, ale NIE.


poniedziałek, 4 lipca 2016

Sprzedam, kupię, zamienię

Generanie, to sytuacja kształci się tak: Allegrosze, OLXy i inne Tablice są dla mięczaków i starych trufli w jednym. Teraz naród handluje lokalnie na fejsbukowych grupach sprzedażowych! Zasady są proste, jak gumka w gaciach: prosisz o przyjęcie do grupy, ktoś Cię tam wpuszcza i śmigasz. Już możesz sprzedać własną babcię za wszy i młode chrabąszcze. Jednak wszystko tylko z pozoru wydaje się proste...

www.fastcompany.com

Otóż... wiadomo, że naród na fejsie głównie scrolluje, więc jeśli chcesz przykuć jakoś uwagę, to nie obejdzie się bez zdjęć. Tutaj trzeba pamiętać, że zdjęcia muszą być PRECYZYJNE. Dajmy na to, że oddajesz materac. Choćbyś napisał sto razy, na różowo, pogrubionym, ze chcesz oddać TYLKO materac,  a na zdjęciu umieścisz całe łóżko, to naród i tak będzie dzwonił i ochoczo informował Cię, że chętnie weźmie od Ciebie to łóżko ;) Jak by nie patrzeć, ewidentnie wprowadzasz klientów w błąd tym zdjęciem ;P Jeśli lubisz swoje żyłki i nie chcesz, żeby Ci któraś poszła podczas nagłego zalewu krwi, to dla swojego zdrowia psychicznego umieszczaj na zdjęciach tylko to, co chcesz sprzedać; )

Cena... I tutaj mamy podobną sytuację, jak w przypadku zdjęcia. W grupie sprzedażowej możesz sobie w ogóle darować takie pierdoły jak cena produktu, bo w komentarzach i tak przeczytasz : " cena?" albo (jeśli ktoś bardziej piśmienny)"jaka cena?", nawet jeśli jak byk napiszesz, że ODDASZ ZA DARMO

Nie spodziewaj się też przypadkiem pełnych zdań. Poprawność ortograficzna też nie jest specjalnie wymagana. Przygotuj się raczej na jednowyrazowe  (ba, nawet jednosylabowe) komentarze typu: "cena?", "cena i rozmiar? ", "priv". To ostatnie oznacza, że ktoś jest już poważnie zainteresowany i napisał do Ciebie wiadomość i albo dobijecie targu, albo Cię zbluzga ;) 

Ogólnie nie nastawiaj się na jakieś mega głębokie treści, bo on dłuższy tekst, tym mniej ludzi go przeczyta, a jeśli już to niestety połowa bez zrozumienia i tyle będziesz z tego miał, Czytelniku drogi :) Możesz śmiało zapomnieć o ortografii, znakach diakrytycznych (ładefak są znaki diakrytyczne?!), czy interpunkcji. Oczywiście miło byłoby tego doświadczyć, ale na grupach sprzedażowych nie ma czasu na takie pierdoły. Podobnie jak na pełne zdania, poprawną składnię, czy wielkie litery. Ogólnie podejrzewam, że kiedy polonista czy zwyczajny językowy purysta zagląda na taką grupę, nierzadko dostaje lekkiego zawału czytając treść ogłoszeń.

www.lachschon.de


Ot, taki mały przewodnik po sprzedażówkach w sieci ;) Takie życie, taki rap ;)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Wielka tragedia się w naszym bloku stała!!!

Otóż wielka tragedia się w naszym bloku stała, bo oto, zupełnie nie wiadomo kiedy, ktoś zajumał mi fotkę z igersa [nerw]! Tak po prostu, w biały dzień, wziął i zajumał! Na początku pomyślałam sobie: ta zniewala krwi wymaga! No bo jakże to tak?! Ktoś najzwyczajniej w świecie kopiuje sobie moje zdjęcie i wrzuca na swój profil jako swoje?! Pomijam już fakt jak bardzo mój umysł nie ogarnia sensu tego czynu, bo ani to zdjęcie jakieś artystyczne ani nic ;) No ale tę kwestię może rozstrzygnąć tylko złodziej ;)
www.hercampus.com

Wtedy, nagle ikonka igersa w telefonie zdaje się do mnie cichutko przemawiać:

"Brawo, Sherlocku, brawo! Ciekawe kto te wszystkie zdjęcia w sieci umieścił? Nawet regulaminu nie przeczytał, a teraz wielkie mi halo! Wrzucasz na insta dziesięć fotek dziennie, wszyscy wiedzą już jakie ciuchy masz w szafie, są w stanie odtworzyć dokładnie Twój tygodniowy jadłospis, wiedzą gdzie, kiedy i z kim bywasz i, przede wszystkim, kiedy czyscisz swoje lustro do selfiaków ;) Robisz raban o kilka fotek, które sama do sieci wrzucilaś. No, chyba że instagram od wczoraj już nie działa w sieci [lol]!
www.globalresearch.ca

Że co? Że niby ktoś je rozpowszechnia na swoim profilu i mogą je oglądać jacyś zboczeńcy ? Bitch please! Jeśli zboczeniec rzeczywiście będzie chciał zobaczyć zdjęcia Twojej kawy z rana albo bajzlu za łóżkiem, który zgarnął nagrodę National Geographic w kategorii Mistrz Drugiego Planu, to uwierz mi, nie musi odwiedzać wcale forum dla dewiantów. Myślę, że #polishgirl #jestembojestes i inne #heheszki zrobią robotę;)

www.theconfusedyoungadult.wordpress.com

Prawa autorskie, powiadasz? To ciekawe! A kto po zamknięciu pirate baya trzymał kompa przez tydzień pod łóżkiem [lol]?! No i ciekawe czemu na rozprawce z polskiego zabrakło miejsca na informację o tym, ze niektóre wnioski były żywcem ściągnięte z opracowania albo innej Wikipedii ;) Takie jest życie, fota raz wrzucona do sieci zaczyna żyć swoim życiem i jak nie chcesz, żeby ktoś ją skopiował, to jej po prostu nie wrzucaj."

Tako rzekła ikonka i zastygła w bezruchu  na ekranie;)

www.pinterest.com

P.S. Tak naprawdę to mi wcale nikt nie ukradł tych zdjęć. Chyba jeszcze nie jestem odpowiednim kalibrem instacelebryctwa ;)

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Matki

Klęska urodzaju. Dzień Matki i Boże Ciało w jednym. 4.45. Kolega Małżonek nachyla się nade mną i czule muska ustami mój policzek. Otwieram jedno oko, potem powoli drugie. Uśmiecham się, na co on mówi aksamitnym głosem: „Obudził się…” [bęc!] Próbuje się jeszcze tłumaczyć, że próbował go uśpić, ale że już późno, a on musi się zbierać do pracy…

Kto w ogóle pracuje w Boże Ciało?! Internetów się burżujom zachciewa, a potem mój stary musi zasuwać w świątek, piątek czy niedzielę! Ale nie o tym…

Skrzydła matczynej miłości podnoszą mnie z łóżka. Serio, gdyby nie one, to wcale bym nie wstała. Niczym bohaterka Nocy żywych trupów zmierzam ruchem posuwistym do komnaty jaśnie pana, który po raz kolejny tego dnia wzywa (przypomnę tylko, iż wciąż jeszcze na zegarze nie wybiła piąta!). Szybka ocena sytuacji: na szczęście nie jest źle. Młody zrezygnował z opcji Dziecko Rosemary i sięgnął po lżejszy kaliber, jakim jest delikatne zawodzenie i meczenie niczym mała koza. Jednym słowem: sytuacja jak najbardziej do ogarnięcia. Po wielkości gałek ocznych i zagęszczeniu ruchów wnioskuję, że spania już raczej z tego nie ukręcimy, przynajmniej nie do śniadania ;) Rozsiadam się zatem w bujanym fotelu z Młodzieżą pod pachą. Młodzież ta wije się jak mała flądra wyciągnięta z wody, co niestety nie wróży dobrze. Grymas na twarzy też nie byle jaki, ale cały czas jeszcze mam nadzieję… Paradoks naszej sytuacji polega na tym, że ja przymykając oko niemalże usypiam, natomiast Młodzież zdaje się W OGÓLE NIE MRUGAĆ. Oczy ma za to wielkie jak pięć polskich nowych złotych, a mina wciąż nie zapowiada niczego dobrego. Lulamy się zatem w tym fotelu i zastanawiam się, o co Młodzieży może tym razem chodzić. Staram się przy tym nie przejmować, że moje dociekania przypominają nieco rozmowę głuchego z niemową. Nie sięgam już nawet po moje dwie mądre księgi pod tytułem parentingowy must have, bo boję się, że gdybym tylko zaczęła się w nie zagłębiać o tej porze, okazałoby się, że najprawdopodobniej nawaliliśmy z Kolegą Małżonkiem na całej linii. Przez to nasz syn będzie asymetrycznie zdezintegrowany sensorycznie, a jego rozwój będzie nieharmonijny. Do tego będzie niestabilny emocjonalnie, niepewny siebie i niezdolny do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie, przez co skończy jako menel pod sklepem monopolowym, albo jakiś ultraprawicowy polityk (!!!!!). No z czym do ludzi?!

Nie wiem, czy to kwestia wczesnej godziny, ale widzę nagle, jak autorka jednej z książek każe wyrzucić mi kubek Super Mamy, który dostałam już na tak zwany zaś. Autor drugiej za to dzwoni już do opieki społecznej, żeby uprzejmie donieść o moich parentingowych niedociągnięciach.

Nagle dociera do mnie, że w komnacie jaśnie pana jest jakoś cicho. Patrzę na Młodzież – oko zamknięte, drugie też. Małe usta wykrzywione na kształt uśmiechu. Zdaje się, że dziecię chciało się poprzytulać… No i tak to możemy pracować ;)

www.pinterest.com



#happymothersday

poniedziałek, 23 maja 2016

Hormonie, daj żyć!

Hormony to takie cudowne substancje, które pomagają nam ogarnąć  (albo i nie) organizm ;) Ale to nie wszystko... Hormony dają nam, kobietom idealny pretekst do zażerania się kilogramami czekolady oraz do nakazania współtowarzyszowi niedoli zdematerializowania sie i pójścia w tak zwaną cholerę ;) Natomiast kiedy jest już po wszystkim można jak gdyby nigdy nic zatrzepotać rzęsami, zrobić minę kota ze Shreka i najzwyczajniej w świecie wyłgać się hormonami. Z resztą w miarę kumaty facet po kilku takich cyklach sam wyczai bazę i w ogóle nic już nie trzeba mówić ;)

 www.coconutmadeeasy.com



Hormony w połogu  (cóż za piękne słowo) to jest dopiero cymesik ;) Niby w szkole rodzenia była o tym mowa, ale kto by tam przywiązywał do tego wagę. Z resztą hormony, wielkie mi halo! Co miesiąc ogarniam,w ciąży ogarnęłam,to i teraz ogarnę! Jednym słowem bring it!

To całe halo okazało się być jednak większe niż mogłoby się wydawać. Oto bowiem, wraz z porodem nastąpiło wielkie zwolnienie blokady i wszystkie te magiczne substancje zaczęły sobie chaotycznie fruwać po moim ciele jak kuleczki w maszynie losujacej lotto. W dodatku wszystkie raczej bez szans na wylosowanie ;) Za to w połączeniu z wątpliwą jakością snu i przenikliwym płaczem dziecka zrobiły + 100 do poczucia totalnej beznadziei.
"Jak to...?" zdawały się mówić "Nie potrafisz zająć się własnym dzieckiem?!"
"Nie umiesz go uspokoić?!" "Może nie umiesz go NAKARMIĆ?!" "Denerwujesz się?! Jak możesz! Jesteś MATKĄ, musisz nad sobą PA NO WAĆ!" "Co z Ciebie w ogóle za matka?!" I takie tam...
I nagle zamiast #kochamnajmocniej #jestembojestes i #heheszki toniemy razem w morzu łez. On-syn i ja-matka. Zamiast puszczać tyłkiem bańki mydlane i srać tęcza, jak to było w scenariuszu, zastanawiam się, przez które okno będzie korzystniej wyskoczyć, żeby już nie przedłużać tej męki zarówno sobie, jak i dziecięciu...

www.scarymommy.com

Na szczęście w okolicach tego momentu udaje mi się jakoś okiełznać szatana, który tymczasowo opętał mi syna. Czasami, niczym rycerz na białym koniu, wjeżdża Kolega Małżonek zwany od niedawna również Ojcem Dziecka i to właśnie jemu udaje się ogarnąć jakoś to Dziecko Rosemary.

I już można cykać sobie selfiaki ze śpiącym bobasem. Można całować małe stópki, puszczać tyłkiem bańki mydlane i srać tęczą :D

#rękanogamózgnaścianie 

piątek, 13 maja 2016

Zło czai się nocą...

Kiedy zapada zmrok wszystkie matki karmiące zasiadają wygodnie w fotelach, na kanapach, krzesłach, łóżkach i gdzie tam jeszcze mogą tuląc do wielkiego cyca swe nowo lub też niedawno narodzone pociechy. O tejże właśnie porze dokonuje się także wielkie (między)narodowe scrollololo, czyli przegląd wszelkich forów, fejsów, twitterów, instagramów i innych social dobrodziejstw.

Jeszcze będąc w ciąży zapisałam się i ja do jednego z forów dla matek licząc na cenne i pełne mądrości porady dotyczące okołomatczynych spraw wszelkich. Szybko jednak tego pożałowałam, okazało się bowiem, że Janusze Internetów są wszędzie, także na forach parentingowych.

Częściowo o ten stan rzeczy obwiniam NFZ, bo to przez długie kolejki do lekarzy mama Alladyna zamiast wziąć swoje dziecko do lekarza, wrzuca do sieci zdjęcie pulchnego zadka swojego pierworodnego okraszonego wysypką z zapytaniem „Co to może być?”. Podobnie jest z mamą Krystal, która podejrzewa u swojej córeczki Zespół Downa i Autyzm (ewentualnie Zespół Aspergera), bo córeczka owa w wieku dwóch miesięcy nie siedzi, nie chodzi i nawet nie reaguje na swoje imię!!! Dodatkowo uprzedniego dnia dziwnie na nią spojrzała (?!)…

Dalej jest już tylko gorzej :( Jedna z mam pyta o ćwiczenia pomagające wrócić do formy i dobry krem na cellulit. Niestety, biedna ginie pod lawiną hejtu i komentarzy w stylu: „Chcesz być MATKĄ, czy supermodelką?!” Zupełnie jakby to długość worów pod oczami i ilość plam z wymiocin na koszulce świadczyły o sukcesie rodzicielskim…

E. Munch "Krzyk" www.natemat.pl


Jakby tego było mało wszystko to jest okraszone milionem porad wprost z przewodnika znachorki w stylu: guzik w pępku, plasterek na krzyż, nóż w wodzie, czerwona kokardka w wózku, przeciąganie niemowlaka przez spódnicę, itp.


Najczęściej właśnie wtedy, kiedy dochodzę do ściany i myślę sobie, że za chwilę oszaleję i odpadnie mi mózg, przypominam sobie, dlaczego i ja siedzę po nocy, jak ta głupia… Odkładam wtedy telefon i głaszczę cztery włosy na krzyż na głowie mojego synka. Ludzie mieli rację, niemowlaki pięknie pachną…

poniedziałek, 7 marca 2016

Być kobietą!

www.audreyhepburn.prv.pl 

Być kobietą, być kobietą… jak śpiewała Alicja Majewska i wcale jej się nie dziwię, bo przecież cudownie jest być kobietą! Już od małego słyszymy w kółko: Nie garb się! Nie mlaskaj! Nie siorb! Zachowuj się! Po prostu sama słodycz ;)

Później już jest tylko lepiej, dojrzewanie i jego problemy: albo za duże albo za małe cycki, PMS, bóle menstruacyjne, bóle porodowe, hormony, cykle i inne wspaniałości, które sprawiają, że mózg kobiety zaczyna przypominać jesień średniowiecza.

Wreszcie czas na słodycz macierzyństwa, a raczej macierzyńskiego! W końcu można poleżeć rok na tyłku, malować paznokcie i oglądać seriale. Nic to, że statystycznie większość chorób, gorączek i innych nagłych ataków spawacza zdarza się akurat, kiedy ojciec dziecka jest na nocce, dyżurze, w delegacji, czy innym, ważnym, służbowym spotkaniu. I tak potem trzeba świecić oczami na wywiadówce, a na pocieszenie usłyszeć pełnie uznania: No, pięknie żeś syna/ córkę wychowała!

Potem to już jest z górki. Jesteś za stara, żeby pracować, ale za młoda, żeby iść na emeryturę ;) I tak to wygląda. Ciągle trzeba się malować, bo przecież nie można się pokazać na dzielni bez zrobionego oka. Do tego ciągłe marzenia o labutinach i innych szanelach, na które i tak prawdopodobnie nigdy nie będzie cię stać ;)  Cudownie jest być kobietą… zawsze, ale to zawsze ważysz pięć kilko za dużo i zawsze znajdzie się kumpela, która bez wysiłku wygląda o niebo lepiej od ciebie. Poza tym ma trójkę wspaniałych, utalentowanych dzieci, dwa psy, a do tego wielki dom, który sprząta w trzy minuty, a sama wygląda przy tym jak Perfekcyjna Pani Domu.
www.huffingtonpost.pl

Jednak na nasze wielkie szczęście, siostro, nie jesteśmy facetami! Nie musimy domyślać się o co nam chodzi, bo przecież same wiemy (choć też nie zawsze :P). Nie musimy znosić naszych znaczących spojrzeń i zastanawiać się CO TYM RAZEM?! Nie musimy znać się na samochodach, dopóki wiemy, że nasz jest koloru czerwonego ;) A w ostateczności możemy zrobić słodkie oczy i uderzyć w ton równie słodkiej idiotki, dzięki czemu załatwimy większość spraw. Od wniesienia kanapy na czwarte piętro, po umycie szybki w owym, czerwonym autku ;) Nie musimy wstydzić się profilaktycznych wizyt u lekarza, ani martwić się tym, że akurat dziś konar nie zapłonął ;) Jak jesteśmy wściekłe, to możemy sobie powrzeszczeć, możemy nawet się rozpłakać publicznie, bo kto nam zabroni?! Nikt się z nas nie śmieje, kiedy nie wiemy, co to jest koło zamachowe ani kiedy na siłce podniesiemy pięć kilo zamiast dwudziestu :D

www.iqkartka.pl

Podsumujmy więc, moi Państwo: już chyba zdecydowanie lepiej jest być kobietą ;) Na tę okoliczność zapraszam do wysłuchania piosenki: Być kobietą... by Alicja Majewska


środa, 24 lutego 2016

Fasola

Jakiś czas temu uznałam się za kobietę nowoczesną. Dlaczegoż by nie? Poglądowo bliżej mi przecież do lewa niż do prawa, a też nie mam nic przeciwko gospodarce wolnorynkowej. Jestem zdecydowanie za in vitro, zdecydowanie nie za naprotechnologią (don’t even make me start!) i za legalizacją tego i owego. Wiem, co to znaczy na propsie, hasztag czy selfie. Obiły mi się też o uszy takie apki jak Uber, Snapchat czy Tinder. Kilka razy w swoim życiu skosztowałam jarmużu, chyba nawet sama go przyrządziłam raz czy dwa ;) Wiem też jak wyglądają nasiona chia i słyszałam o cudownym działaniu ostropestu czy młodego zielonego jęczmienia. Niebawem zapoznam się z tajnikami chustonoszenia i, być może, nadejdzie taki dzień, kiedy sama zrobię sobie sukienkę z pszenicy. Żeby tego było mało, sprzątam kupy po swoim psie rasy Jack Russell Kundel i segreguję śmieci. Latem jeżdżę na rowerze, noszę do tego słomkowy kapelusz i przydupas (bardziej znany w towarzystwie jako nerka). Jeszcze nie ufarbowałam sobie włosów na hipsterski, pastelowy deep ocean, ale wszystko przede mną ;) Chodzę także na siłkę w żarówiastych najeczkach (co prawda chyba sprzed dwóch sezonów, ale chyba się liczy?), za to legginsy już mam z Decathlonu. Nie mam też bidono-shakera Gym Hero, ale przynajmniej wiem, że takie istnieją ;P Na tej siłce chodzę sobie po prostu (na bieżni:P). Na zwykłe, plebejskie cardio, czasem na zorganizowane zajęcia typu brzuch-uda-pośladki. Jednak wiem, że prawdziwym hitem sezonu jest TRX i crossfit.

www.ausentedreams.pl


Wszystko to utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie jest źle. Że trzymam rękę na pulsach. Do dziś… Dziś bowiem nastał ten dzień, w którym nowoczesność mnie dogoniła, a ponieważ ostatnio noszę przy sobie kilka dodatkowych kilogramów, sądzę, że chyba nawet mnie przegoniła! Otóż dziś właśnie w czeluściach Internetów znalazłam przepis na brownie bez cukru i mąki [emotikon: scared]. Z niedowierzaniem sprawdziłam więc, jak to możliwe i jakim, w ogóle, cudem ktoś nazywa to brownie. Przecież istotą tego ciasta jest właśnie czekolada, cukier, masło i mąka. Okazało się, że można. Wystarczy zastąpić cukier i mąkę… fasolą, albo burakiem.

www.freepik.com

Także tak… moja nowoczesność skończyła się w tym miejcu. Zostałam cebulakiem, zwykłą Grażyną, żoną Janusza. Lecę więc czym prędzej do kerfa po kuboty! Adios!

czwartek, 11 lutego 2016

El quatro... i co dalej?

No i zaczęło się! Zgodnie z wszelkimi zaleceniami nastąpiło ogólne zwolnienie obrotów i ciężarówka udała się na tak zwane El quatro! Tylko cóż tu począć z takim ogromem wolnego czasu?! Na dobry początek włączyłam telewizor, a tam…

W telewizji śniadaniowej na moich oczach rozgrywa się dramat! Oto Michał Wiśniewski pozostał sam w domu, a piękna pani dziennikarka bieży czym prędzej, żeby sprawdzić jak sobie radzi (ja w tym momencie natomiast zastanawiam się, czy ta piękna pani zdaje sobie sprawę, że po wielu latach studiów dziennikarskich, pisanych w pocie czoła felietonach, reportażach na zaliczenie i innych ambitnych dziennikarskich działaniach wypytuje Michała Wiśniewskiego o to, co biedak je na obiad, kiedy jego czwarta żona wyjedzie kręcić Agenta [WTF?!]). Dramat Michała Wiśniewskiego trwa kilkanaście minut, żeby przejść płynnie do kuchni. Tam znany (z tym, że niestety nie mi :( ) blogger kulinarny przygotowuje szybką przekąskę z własnoręcznie ulepionego, bezglutenowego, pełnoziarnistego chleba orkiszowego z pasztetem z gęsich pipek na rukoli i kiełkami lucerny, okraszony młodym zielonym jęczmieniem ;). Do picia za to proponuje coś na szybko, czyli koktajl z trawy bambusowej, jarmużu, pietruszki, selera, marchwi, awokado i co tam jeszcze akurat mamy w lodówce, a do tego banan i nasiona chia. Wszystko to zajmuje mu zaledwie kilka minut [whaaat?!], bo trzeba jeszcze zrobić miejsce na reklamy tabletek na nietrzymanie moczu, kaszel palacza i napędzacz apetytu dla dzieci. Potem już tylko rozrywka, gdyż oto nadchodzi kolejny ambitny reportaż. Tym razem o tym, jak to cudownie młodzież bawi się na obozach zimowych z Dawidem Kwiatkowskim. Oglądając to dziękuję na wszelki wypadek wszystkim możliwym bogom, że będę miała syna. Być może to pozwoli mi uniknąć okresu wzdychania do takich cudów marketingowych ;) Aczkolwiek, nigdy nie wiadomo ;) Na to wszystko przychodzi przegląd prasy, w którym prowadzący wraz z zaproszonym gościem dyskutują o wybrykach Donalda Trumpa i kampanii wyborczej w USA. 

www.pixabay.com

W tym momencie już zupełnie nie wiem, co mam ze sobą począć , gdyż schizowość informacji, jakie dotarły do mnie w ciągu ostatnich 30 minut zdaje się być nie do ogarnięcia! Cytując klasyka: … słucham i czuję, że jeszcze jedno zdanie i będę mieć wylew…*

Dlatego, w celu ratowania własnego zdrowia, wyłączam tiwi i włączam radio. Chyba będzie lepiej, jak posprzątam… ;)


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jezusmaria!

Ted ma zaledwie 30 centymetrów, waży jakiś kilogram i radośnie podryguje sobie w moim brzuchu, jednak już odnoszę delikatne wrażenie, że niektórym to nie wystarcza.

Przez kilka lat udało nam się uniknąć tych cudownych aluzji, że przecież już TYYLE lat po ślubie, a tu wciąż nie słychać tupotu małych stóp... Teraz mam wrażenie, że wszystko to powraca do nas ze zdwojoną siłą... Ostatnio bowiem coraz częściej i boleśniej doświadczam takiej oto sytuacji:

Ktoś: Ojej, chłopiec, czy dziewczynka?
Ja: Chłopiec. <uśmiech>
Ktoś: Super! To następna na pewno będzie dziewczynka i będzie parka! <TRZASK. Oto opada moja szczęka>

 
autor: Śpisiowamama

Chryste, Panie! Myślę sobie, że przecież mój syn jeszcze się nie urodził, a naród już wciska mi w brzuch kolejne dziecko! Wtedy z kolei dopada mnie panika, że może (nowym zwyczajem naszych zacnych polityków) w nocy weszło w życie kolejne rozporządzenie nakazujące wszystkim parom posiadanie PRZYNAJMNIEJ dwóch dzieci?!?!?!?!

Sprawdzam zatem szybko aktualizację dziennika ustaw... Uff, nic nie ma! Przeszukuję internety w poszukiwaniu jakichkolwiek projektów w tej sprawie, ale prócz słynnej ustawy pt. Pińcet złoty na dziecko nic nie ma. Na szczęście, bo gdyby było, to Vince  padłby chyba na zawał.

Nie trudno się domyślić, że na wieść o tym, że kiełkuje we mnie instynkt macierzyński jego entuzjazm był jakby żywcem zdjęty z obrazu E. Muncha Krzyk :P Mimo, że teraz Vincent z lubością przemawia do mojego brzucha i powziął już kilka przedsięwzięć związanych z naszym jeszcze nienarodzonym synem, gdybym jednak obwieściła mu, że oto państwo nakłada na nas obowiązek posiadania kolejnego, myślę, że ewidentnie by padł.

www.wikipedia.org

Na szczęście kwestię liczebności rodzinny państwo (póki co) pozostawia w naszej gestii. Na drugie szczęście nie żyjemy w ciemnogrodzie, w którym to decyzje o liczbie potomstwa padały na naradach rodzinnych i stanowiły element przedmałżeńskiego kontraktu ;)

Myślę jednak, że dla spokojności lepiej będzie zaopatrzyć się w sporą dawkę dystansu, bo zdaje się, że czeka nas jeszcze wiele tekstów, spojrzeń i dobrych rad, które zrównują człowieka z ziemią ;)

www.pixabay.com


sobota, 26 grudnia 2015

Magia Świąt


Zaczęło się od tego, że ktoś (zdaje się, że to była moja ukochana, rodzona siostra, ale pewna nie jestem, więc nie rzucam tutaj wyroków ;P), jakiś tydzień przed świętami wspomniał, że podobno wigilia jest najbardziej stresującym dniem w roku ;) Vince, nadworny Grinch mojej osobistej rodziny, podchwycił to od razu i zaczął knuć teorie spiskowe. Ja natomiast zapierając się nogami i rękoma próbowałam mu to wyperswadować. 
www.czytac-to-zyc-podwojnie.blogspot.com

Przecież w te święta stołujemy się u rodziny, udało nam się zerwać z tradycją WIELKICH PORZĄDKÓW ŚWIĄTECZNYCH (które w moim królestwie ChPD przejawiają się myciem okien, a tego przecież ciężarówkom zabraniają  przepisy BHP ;)). Sprawy kuchenne były ogarnięte, więc czym tu się martwić?! Na dodatek jedna z koleżanek w pracy stwierdziła, że ciężarne święta są takie magiczne... 

W sumie to rzeczywiście. Już dwa tygodnie wcześniej piłowałam świąteczne piosenki i musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie wysłać Vinca po choinkę do piwnicy!

W końcu jednak nadszedł ten dzień i się zaczęło... 

Na początku złapałam się na tym, że nadaję kierowcom na parkingu fizjologiczne przydomki. No ale jeśli zdrowy, w pełni sprawny mężczyzna parkuje swojego krosołwera w gazie zajmując półtora miejsca parkingowego, to w sumie sam się o to prosi.


Jednak potem było już tylko gorzej... Nim na niebie rozbłysła pierwsza gwiazdka, pokłóciliśmy się z Vincem z milion razy (w tym również o sposób układania wypranej pościeli w szafie). On wygłosił kilka ciekawych teorii, ja w odpowiedzi zakomunikowałam, że nie jadę z nim na wigilię do ukochanych teściów (przy czym chyba nie trudno się domyślić, że słowo ukochanych zastąpiłam innym przymiotnikiem, a w komunikacie zawarłam jeszcze kilka przerywników). Vince w odwecie postanowił ochłonąć poza domem, za co spotkała go zasłużona kara. No bo kto jedzie w wigilię na myjnie?!

Kiedy już byłam w połowie podziału majątku, skłonna wyguglować nazwisko dobrego adwokata rozwodowego, Vince wrócił i wydarzył się wigilijny cud

Udało się nam jakoś opanować sytuację :D

www.pixabay.com

Potem było już tylko świąteczne obżarstwo, śmiech, wiosenne spacery oraz, w przypadku Vinca, praca ;)


Taka to jest MAGIA ŚWIĄT ;)

czwartek, 27 sierpnia 2015

DYSkusja

www.pixabay.com

Wokół specyficznych trudności w uczeniu się (bo tak właśnie określa się dysleksję i jej przyjaciółki) narosło wiele pytań i wątpliwości. Skąd się biorą? Skąd (nagle) taki wysyp? Wreszcie pojawia się mój ulubiony komentarz: "Za moich czasów tego nie było! Jak komuś w szkole nie szło, to trzeba było przysiąść i się nauczyć!"

Zacznę więc od tego ostatniego:
Otóż za moich czasów, jeśli na WFie dzieciak nie zasuwał jak Perishing  i nie zmieścił się w przewidzianym ustawowo czasie, dostawał jedynkę. To samo spotkało go, kiedy nie trafił do kosza, nie zrobił w minutę pięciuset pompek, albo nie wykonał z odpowiednią gracją układu akrobatycznego. Czy to oznacza, że dziecko było niepełnosprawne? Bynajmniej! Wiadomo, że każdy jest dobry w czymś innym i nie można wymagać od niskiej osoby żeby fruwała pod koszem jak Michael Jordan. 

Podobnie jest ze specyficznymi trudnościami w nauce. Jedni mają większe możliwości, inni mniejsze.
Gwoli ścisłości: specyficzne trudności w uczeniu się to zbiór zaburzeń występujących w układzie nerwowym. Najczęściej mówi się o zaburzeniach występujących w neuroprzekaźnikach ponieważ zaburzenia dyslektyczne to zaburzenia na linii oko - ręka. Nie chodzi tutaj o niepełnosprawność, bowiem osoba z takim zaburzeniem ma na ogół sprawne ręce i dłonie. Zna doskonale wszelkiego rodzaju definicje, litery, cyfry, znaki, itp. Jednak poprzez błąd występujący w neuroprzekaźnikach nie jest w stanie poprawnie czegoś napisać, opisać, obliczyć, czy przeczytać. Nie chodzi tu tylko o błędy ortograficzne, czy przestawianie liter w wyrazach. Dyslektycy bardzo często mają ogromne problemy ze skomponowaniem dłuższej wypowiedzi pisemnej, czy ustnej. Problemy sprawia im także zapamiętywanie materiału, czy zrozumienie złożonego polecenia.

www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się występują już u najmłodszych. Ich rezultatem może być problem z nauką czytania, a później z czytaniem ze zrozumieniem. Mają zaburzony słuch fonematyczny, czyli kłopoty z prawidłowym rozróżnieniem głosek, które pozwala składać głoski w logiczną całość (wyrazy). Problem z analizą i syntezą wyrazów (dzielenie wyrazów na sylaby oraz składanie sylab w wyrazy). Dyslektycy mogą mieć problemy z orientacją w przestrzeni (lewo-prawo, przód-tył) a także z przejrzystym pismem. 
Tyle w kwestii przebiegu dysleksji rozwojowej...

Teraz kolej na: "Za moich czasów... "
Otóż, może i za moich czasów tego nie było, ale za tych moich czasów nie było też internetu, Facebooka, smartfonów, samochodów z klimatyzacją i dronów. O selfie już nawet nie wspominam ;P Za tych samych czasów nie było także alergii, depresji, prokrastynacji i lęków. Czy to oznacza, że skoro kiedyś czegoś nie znaliśmy, to znaczy, że tak ma być teraz? Czy może tylko dlatego, że o czymś nie wiedzieliśmy albo nie umieliśmy tego zdiagnozować, to znaczy, że tego nie było? Czy postęp jest zarezerwowany tylko dla techniki i lekkiej rozrywki umysłowej?

Rozwój (na szczęście) dociera do wszystkich dziedzin nauki, również biologii, chemii i psychologii. Dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. Możemy również dowiedzieć się, kiedy coś w nim jest nie tak. Takie życie ;)

Teraz kwestia "skąd TO się bierze...?"
Dysleksja rozwojowa może być zarówno wrodzona, jak i nabyta. Jeśli któreś z rodziców boryka się z takim zaburzeniem, istnieje prawdopodobieństwo, że ich dzieci, również spotka podobny los.
Niestety, nawet jeśli rodzice nie mieli żadnych problemów z uczniem się, nie gwarantuje to jednak, że ich dzieci również nie będą ich miały. Trudności w uczeniu  się mogą mieć także swoje źródło w zmianach anatomicznych zachodzących w okresie ciąży, porodu oraz w zmianach uwarunkowanych środowiskowo. Kiedyś doszłam do wniosku, że być może jest to cena, jaką płacimy za postęp i nasze wygodne życie.

Podobnie jak większość obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków połowę swojego dzieciństwa spędziłam na podwórku. Biegaliśmy wtedy po drewnianych konstrukcjach i zwisaliśmy, jak małpki z metalowych drabinek. Dziś takie sprzęty są niedopuszczalne, nieatestowane i niebezpieczne! Pomogły nam one jednak stymulować rozwój. To właśnie na tych śmiertelnie niebezpiecznych drabinkach ćwiczyliśmy utrzymywanie równowagi, stymulowaliśmy błędnik i rozwijaliśmy koordynację wzrokowo - ruchową. Razem z nami rozwijały się nasze mięśnie (w tym tak ważna obręcz barkowa), a także nasz mózg! Po powrocie do domu trzeba było popracować nad motoryką małą kręcąc kurkami w kranie i myjąc ręce mydłem w kostce. Wszystkie dzieci w zerówce potrafiły wiązać buty, a jazda na rowerze bez trzymanki nie była nam obca. Niestety teraz w kranach mamy mieszadła, a mydło spływa wprost na nasze dłonie, wystarczy tylko podłożyć ją w odpowiednie miejsce. Drabinki już dawno zniknęły, sąsiedzi sumiennie pilnują, żeby dzieci nie wchodziły na trawnik (o drzewach już nie wspomnę!). Buty są na rzepy, więc nie trzeba umieć wiązać, a sztywne palce dzieci doskonale nadają się do scrollowania.
www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się mogą przytrafić się każdemu dziecku, bez względu na jego poziom intelektualny. Jestem jak najbardziej za ich wczesnym wykrywaniem (już na pierwszym etapie edukacji można stwierdzić, czy dziecko jest zagrożone dysleksją, czy nie), jednak badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej nie mają na celu dostarczenia rodzicom papierków, dzięki którym dziecko będzie inaczej oceniane lub będzie miało więcej czasu na sprawdzanie. Na tym papierku znajdują się bowiem nie tylko zalecenia dla nauczycieli, ale (przede wszystkim!) zalecenia dla rodziców. Skutki dysleksji rozwojowej można (i trzeba) niwelowac. W ten sposób mamy szansę wychować, zdrowe, sprawne i pewne siebie dziecko, które śmiało wkroczy w dorosłość.

http://liceum.magellanum.edu.pl

Materiał napisany na podstawie:

Jaworska M., Uczeń ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się na lekcji języka obcego a ocenianie. Języki Obce w Szkole, 2012

www.ptd.edu.pl