Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

JAK PRZETRWAĆ WAKACJE - PORADNIK DLA NAUCZYCIELI

Mniej więcej w okolicy czwartego września, lub też, używając języka ustawowego, około trzy dni po rozpoczęciu zajęć dydaktycznych, nauczyciele zaczynają odliczać dni do wakacji. Kiedy nadchodzi wreszcie dzień zakończenia roku, wszyscy, zgodnie twierdzą, że jadą na oparach i jeszcze jeden dzień odbiłby się poważnie na ich zdrowiu, głównie psychicznym. Jednak, kiedy nadchodzą upragnione wakacje, wielu nauczycieli nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić. Owszem, są tacy, którzy odrabiają strajkowe zaległości w szkołach prywatnych, albo tacy, którzy bez opamiętania rzucają się w wir podróży. Są też tacy, którzy mają małe dzieci i po prostu zmienia im się ilość osób do zaopiekowania na metraż. Mimo wszystko, spora część nauczycieli w okresie wakacyjnym snuje się smętnie po mieszkaniu, parku czy galerii w poszukiwaniu sensu życia budząc się w okolicy połowy sierpnia z poczuciem zmarnowanego czasu. Zatem, aby nie dopuścić do takiej sytuacji oraz zapobiec pojawieniu się syndromu ocaleńca, przedstawiam malowniczy poradnik wakacyjny.

Nie odcinaj się od pracy. Kiedy powrócisz do domu z naręczem kwiatów, spokojnie zajmij się ich aranżacją. Możesz je zewidencjonować i każdemu z nich założyć dzienniczek, przeprowadzić obserwację i zaczerpnąć wiedzy u źródła (w tym wypadku wujka Googla) odnośnie mocnych i słabych stron. Jeśli jesteś specjalistą lub przeczytałaś lub przeczytałeś ostatnio artykuł o tym, możesz sporządzić profil osobowościowy każdego kwiatka oraz prowadzić statystyki upodobań. Jeśli jakiś kwiatek padnie, nie zapomnij sporządzić notatki służbowej oraz dokonać autoewaluacji. Możesz pokusić się o analizę przypadku.

Zostaw sobie coś na później. Nie wybiegaj przed szereg i nie składaj dyrekcji sprawozdań i dokumentów przed terminem (nikt nie lubi kujonów!). Nie uzupełniaj wszystkich arkuszy przed zakończeniem roku i nie oddawaj dziennika. Zostaw sobie odrobinę papierologii, która będzie namiastką tego, co robiłeś lub robiłaś (albo i nie) do tej pory. W ten sposób zapewnisz sobie odrobinę atrakcji i nie będziesz dźgać ludzi w oczy swoim wolnym czasem.

Nie wychodź z wprawy. W kolejnym tygodniu wakacji zobliguj się do opieki nad stadem nieletnich. Mogą to być koledzy lub koleżanki Twoich dzieci lub krewni i znajomi królika. Wszystko jedno, ich rodzice będą zachwyceni, a Ty pozostawisz sobie link między sobą na wakacjach, a pracą. Nie zapomnij tylko odpowiednio się do tego przygotować. Sporządź plan pracy, scenariusze zajęć, przygotuj pomieszczenie i pomoce naukowe. Jeśli zaplanujesz wyjście na plac zabaw, nie zapomnij o karcie wycieczki i koniecznie pamiętaj o zgodach rodziców lub opiekunów prawnych na korzystanie ze wspólnej piaskownicy, huśtawki plastikowej z oparciem i bez, huśtawki typu piekło-niebo, itp. Jeśli planujesz zorganizować pobyt z poczęstunkiem, nie zapomnij sprawdzić rozporządzenia zmieniającego rozporządzenie wprowadzające zmiany w ustawie zmieniającej zapisy w przepisach dotyczących żywienia zbiorowego z 28 października 1956 roku.

Pozostań w kontakcie. Stopniowo ograniczaj korzystanie z dziennika internetowego i służbowego maila. Jeśli tylko masz taką możliwość, poproś któregoś z rodziców o to, żeby zadzwonił do Ciebie kontrolnie spytać, czy na rozpoczęcie roku dziecko ma przyjść w rajstopkach czy lepiej w sandałkach, albo czy podręczniki do niemieckiego będą refundowane i kiedy przyjdą katechizmy? Jeśli nikt z rodziców nie podejmie się tego zadania, poproś kogoś znajomego, lub członka rodziny, żeby raz w tygodniu (najlepiej w niedzielę o 21. 07) zadzwonił do Ciebie albo napisał SMS z pytaniem, czy moglibyście porozmawiać w bardzo ważnej sprawie.

Ćwicz pamięć. Raz na jakiś czas wybierz się do marketu w okolicy placówki oświatowej, w której pracujesz. Zrób to najlepiej w godzinach największego ruchu po to, żeby spotkać tam swoich uczniów i/ lub ich rodziców. Możesz się wtedy zabawić w memory (dopasowywanie opiekuna do ucznia, dopasowywanie ucznia do numerka w dzienniku, czy jak tam akurat wolisz - daj się ponieść zabawie!). Musisz jednak liczyć się z tym, że w każdej chwili może Cię zaczepić rodzic z zapytaniem, dlaczegóżto jego latorośl nie miała w tym roku świadectwa z paskiem, dlaczego nie postawiłeś lub postawiłaś dziecku piątki na koniec roku i wreszcie, dlaczego syn sąsiada ma wzorowe zachowanie, skoro wszyscy dookoła wiedzą, że w kościele przysypia podczas kazania.

Przeżyj to jeszcze raz. Gdy zatęsknisz za swoimi podopiecznymi, udaj się do działu ksiąg zakazanych, wyjmij z regału najczarniejszą z teczek i sięgnij po pliczek wypracowań. Spróbuj przeczytać je wszystkie, albo chociaż część z nich i zobacz, jakie wywrą na Tobie wrażenie. Musisz jednak uważać, bo może okazać się, że druga połówka po powrocie z pracy znajdzie Cię siedzącego pod stołem, dmuchającego w papierową torbę i powtarzającego jak mantrę, że już nigdy więcej nie wrócisz do tej roboty!

Kiedy będziesz miał lub miała te wszystkie etapy za sobą, możesz odetchnąć pełną piersią, wyjść na balkon, do ogrodu czy parku i zadzwonić w południe do koleżanki czy kolegi akurat nie pracującego w edukacji z zapytaniem, czy nie mieliby akurat ochoty na kawkę. Kiedy po drugiej stronie usłyszysz charakterystyczny jęk, możesz dorzucić coś w stylu, że przepraszasz, ale zapomniałeś, że nie mają wakacji. Po tym możesz już rozkoszować się całym tygodniem wolnego.



środa, 23 stycznia 2019

RIKI TIKI DIY KOSMETYKI

Często zdarza się tak, że wrażliwe wnętrze idzie w parze z wrażliwym licem. Nad tym pierwszym nie będziemy się roztrząsać (przynajmniej nie dziś). Zatrzymamy się przy licu! Znacie to? Wiecie, że krem, którym właśnie raczycie swoją twarz niedługo Wam podziękuje ukazując dno słoiczka. Wówczas pojawia się arcyważne pytanie: czy biorę drugi raz to samo, czy może spróbuję czegoś nowego? W moim przypadku zazwyczaj wygrywa opcja druga. Tak trafiłam na Ecospa, czyli Ikea w świecie kosmetyków.



Do ich sklepu udałam się po kompleks na naczynka. Wkurzało mnie to, że kosmetyki do cery naczynkowej są zazwyczaj jednowymiarowe. Może wynika to z faktu, że cera naczynkowa jest po prostu naczynkowa. Ona się nie starzeje, nie zanieczyszcza, nie wysusza i odbija swiatło słoneczne. Dlatego są kremy dedykowane skórze naczynkowej i o, koniec. Rzadko kiedy uświadczysz krem do cery naczynkowej, który przewiduje profilaktykę zmarszczek, ultranawilżenie czy ochronę (na przykład przeciwsłoneczną). Teraz już mam to w nosie i każdy krem może być naczynkowy. Plusik dla pana za skład (INCI: glycerin, aqua, ruscus aculeatus root extract, citrus limon peel, solidago virgaurea extract, potassium sorbate, sodium benzoate), cenę (ok. 10zł za 10ml) i uniwersalność, bo można dodać do kremiszcza na twarz lub też do balsamu do ciała i wówczas każdy balsam będzie antycellulitowym, co też testuję dziko! Niestety minusik za wygląd (nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nacieram się sosem sojowym) i opakowanie. Mój kroplomierz sikał jak wściekły, ale zapodałam mu pipetkę i przyjaźń rozkwitła. Efekty są bardzo przyjemne: kompleks dobrze się miesza z kremem i balsamem, skóra po nim jest przyjemna w dotyku, nie czerwieni się i mam nadzieję, że się wzmacnia.

Kiedy w koszyku wylądował już kompleks, przypadkiem trafiłam również na zestaw do zrobienia  serum z witaminą C. Całkiem przypadkiem rozglądałam się właśnie za takowym, a jego cena rzuciła na kolana wszelkich dotychczasowych potencjalnych kandydatów (30zł/ 3x10ml). Skład jest prościutki: kwas hialuronowy, witamina C i kwas PHA. Przygotowanie jest banalnie proste, wystarczy postępować zgodnie z instrukcją, wszystkie potrzebne sprzęty (no może oprócz zlewki) są w zestawie w dodatku odpowiednio oznakowane. Samo serum to absolutny sztosik, jako rzecze młodzież. Skóra jest gładziutka, nawilżona i rozpromieniona. Wiadomo, że to nie jest to samo, co 10 godzin snu czy filtry z Photoshopa, ale w dziedzinie kosmetyków to dla mnie efekt wow. Minusem jest trwałość: przygotowaną buteleczkę (10ml) należy trzymać w lodówce i  zużyć w ciągu dwóch tygodni. W składnikach nie ma konserwantów, a mój poziom wtajemniczenia nie pozwala mi kombinować z nimi na własną rękę.



Trzecią rzeczą, jaką kupiłam, które była już absolutnie nieplanowana był zestaw olejków eterycznych. Sami przyznacie, że człowiek-zapach nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. Zwłaszcza, że zestaw był objęty promocją i tak pięknie zapakowany! Kupili mnie tym, bo niestety jestem z tych, którzy kupują oczami.


Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że to nie koniec moich przygód z kosmetykami DIY. kto wie, może któregoś dnia ukręcę swój własny krem...

poniedziałek, 26 listopada 2018

Syndrom niespokojnej ciężarówki

Czekanie… CZEKANIE… CZE KA NIE! Czyli o tym, jak szlag mnie trafia i przechodzę transformację Megazorda! Dlaczego? Ano dlatego, że muszę CZEKAĆ , czyli siedzieć na tyłku i odliczać wolno płynące minuty podczas, gdy ktoś inny robi coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym zrobić JA!!!

#Śpisiowamama


W tym wypadku tym ktosiem jest Kolega Małżonek, a to coś to nic innego, jak malowanie. Tak jest. Malarstwo ścienne jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie domeną kobiet. Matka malowała ściany (ba! Dalej maluje), siostra maluje ściany (i nie tylko), to i ja maluję, a jakże! Problem pojawił się w momencie, kiedy w moim brzuchu zamieszkał Ted i wszyscy wokoło (z moim zdrowym rozsądkiem włącznie) mówią mi, że malowanie we dwoje to nienajlepszy pomysł. Dlatego należało zrobić to, co w zarządzaniu nazywa się delegowaniem uprawnień, czyli poprosić o pomoc kolegę małżonka!

Reakcja Vinca na wieść o rychłym malowaniu była mniej więcej taka sama, jakbym zaproponowała mu całonocny shopping w galerii połączony z prezentacją najnowszych trendów w makijażu, której towarzyszy dwugodzinny wykład na temat wyższości butów Manolo Blahnik nad Louboutin… Jednym słowem: Let’s do it!

Myślałam, że do szału doprowadzą mnie dociekliwe pytania w stylu: Czy to malowanie, to na serio? A nie może być tak, jak jest? Ale ten kolor jest ładny? Naprawdę już ci się nie podoba ten biały? Gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek…

Dzielnie i z medalową konsekwencją przyszłej matki utrzymywałam, że malowanie jest konieczne i basta! Kolega Małżonek nie miał wyboru, zaklepał urlop w mordorze i ruszył z kopyta… Kompletowanie sprzętu, analiza jakości i składu zakupionej folii malarskiej, analiza porównawcza taśm, wreszcie malowanie sufitu i implementacja farby na powierzchnię użytkową! Wszystko z największą starannością, ale co tu się dziwić, w końcu powiedzenie: Trust me, I'm an engineer! zobowiązuje. Kolega Małżonek do większości prac domowych podchodzi właśnie w ten sposób: zbieranie sił - analiza stanu faktycznego - plan naprawczy - działanie.

Ogółem wyszły cztery dni. CZTERY dłuugie dni, podczas których ja obżarłam moje piękne paznokcie niemal aż do kości. Cztery doby po dwadzieścia cztery godziny, podczas których odgryzłam sobie język, żeby nie udzielać małżonkowi złotych rad i nie zadawać kretyńskich pytań. CZTERY dni ze świadomością, że sama zrobiłabym to wszystko w dwa i tym samym byłabym już na etapie ustawiania mebli, albo nawet picia herbatki w nowym-starym salonie. Taka to jest różnica między inżynierskim umysłem, a dzikością tequili ;) A gdzie tu jeszcze malowanie grzejnika?!

A idź pani w… niwecz! Zdaje się słyszeć podświadomie.

Postanowiłam jednak podejść do tematu jak do treningu rodzicielskiego. Ot, taka szkoła cierpliwości przed samodzielnym ubieraniem się Teda, jedzeniem, wiązaniem butów, czy rozwiązywaniem równań kwadratowych i odmianą czasownika posiłkowego ;) Poza tym, po prostu opuściłam domowy przybytek na dni kilka i wyprowadziłam się na ten czas do matki ;P wpadając tylko od czasu do czasu na rekonesans połączony z pełnymi uznania wyrazami akceptacji. Albowiem, zgodnie z zasadą rodzicielstwa: należy doceniać każdy wysiłek i trud podejmowany w dążeniu do celu, a także chwalić za pozytywne rezultaty ;) Bo przecież nie trudno domyślić się, że rezultaty są dość niesamowite :D

czwartek, 22 listopada 2018

NIE MA ZA CO?

Jest czwartek, godzina piąta zero zero. Dzwoni budzik, a ja otwierając oczy marzę o tym, żeby był już wieczór, żebym mogła położyć się spać…

Na wpół śpiąca idę do kuchni po tak zwany lifesaver wszystkich ludzi, czyli kawę, kiedy przypominam sobie, że od kilku dni mam zepsuty ekspres, a spieniacz do mleka tydzień temu zaliczył upadek z szafki kuchennej i rozsypał się w drobny mak (przy okazji szybka recenzja spieniacza do kawy z Ikea: jeśli nie planujecie rzucać nim ze średniej wysokości, to polecam!). Znaczy się trzeba umyć kawiarkę i kolejne minutki lecą…

Jak większość kobiet na tej planecie, mimo niedomykającej się szafy, nie mam się w co ubrać. Znowu wytykam sobie, że nie posłuchałam Kasi Tusk i nie przygotowałam sobie stroju wieczorem…

Poranna batalia z dzieckiem… Kwestia obudzenia, przeprowadzenia czynności okołoporządkowych i przewiezienia do placówki opiekuńczej zajmują mi tyle energii, że właściwie mogłabym od razu położyć się spać. Wiadomo, zgodnie z najnowszymi trendami w parentingu należałoby zapuścić delikatną muzykę w tle, wykonać kilka pozycji z jogi, zjeść wspólnie pożywne śniadanie i podążać za dzieckiem i jego porannymi potrzebami… No właśnie, należałoby… Zamiast tego jest ubieranie na śpiocha, płacz, krzyk, nerwy, przeprosiny i ostre negocjacje…

Jadąc do pracy myślę sobie, że dziś jest TEN dzień, w którym jeden fałszywy ruch zza drugiej strony biurka poskutkuje moim zwolnieniem dyscyplinarnym albo złożeniem wypowiedzenia. To dziwne, jak za każdym razem loncik wydaje mi się krótszy, a jednak wciąż tam jest…

Po powrocie rozglądam się po mieszkaniu i zastanawiam, czy bałaganiarstwo to rzecz wrodzona czy nabyta? Nie mam jednak zbyt dużo czasu na rozmyślanie o sensach istnienia sobót gospodarczych i tym, gdyż okazuje się, że nas pies jest w niedyspozycji żołądkowej. Właściwie trudno jej się dziwić, przy tak silnym instynkcie łowieckim i tyloma skarbami do zjedzenia na każdym trawniku. Jedziemy więc do weterynarza, gdzie po licznych USG i badaniu krwi okazuje się, że to zwykła sraczka. Ta zwykła sraczka kosztuje mnie jakieś trzysta nowych polskich złotych…

Wieczór. Mimo wszelkich zabiegów okołonocnych dziecko nie chce spać, bo tak bardzo wstrząsa nim fakt wyjechanego ojca, że zwyczajnie nie może tego ogarnąć. W końcu jednak zasypa. Ja razem z nim, jednak to jeszcze nie mój czas, bo czeka mnie praca…

Siadam do testów po raz kolejny zastanawiając się nad sensem ich istnienia i mimo wszystko, kolejny raz je sprawdzając. Pomiędzy rozumieniem ze słuchu, a odmianą czasownika to be wpada mi do głowy kilka sprawdzonych przemyśleń odnośnie absurdów polskiej edukacji, ale nie mam za bardzo czasu się w nie zagłębiać, bo zbliża się dwunasta. Zasypiam nad trzecim testem...

_________________________________________________________________________

Dziś jest 22. listopada. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej trwa w najlepsze Thanksgiving, czyli święto dziękczynienia. Piękna tradycja doceniania drobnych problemów dnia codziennego jako wyznacznika dobrobytu. Moim zdaniem jedna z lepszych imprez eksportowych tego kraju.

Osobiście nie jestem wielką fanką listopada, tegoroczny jest jednak dla mnie przepełniony refleksją i walką o optymizm. Nie wiem, czy to metryka, głupota, czy szybki kurs pozytywnego myślenia w mediach społecznościowych, ale bardzo staram się dostrzegać jednak szklankę do połowy pełną. Mam już dość narzekania i użalania się nad sobą.
Kiedy Kolega Małżonek wyjeżdża, odliczam dni do jego powrotu i cieszę się, że wróci za trzy tygodnie, a nie za pół roku. Kiedy psuje mi się samochód, cieszę się, że stać mnie na taksówkę i doceniam komunikację miejską. Kiedy syn rozlewa na ścianę jagodowy koktajl, wykorzystuję to jako pretekst do przemalowania ścian w pokoju, które od dawna mnie wkurzały.

Jeśli bowiem zepsuty ekspres i rzygający pies mają być miarą dobrobytu, to poproszę tylko takie problemy pierwszego świata!


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poradnik dla ojców

Mój szwagier wkrótce zostanie ojcem po raz pierwszy i na tę okoliczność przygotowałam zarówno dla niego, jak i dla innych jemu podobnych mały poradnik:

Rób, jak uważasz, uważaj, jak robisz. Ogólnie trend jest taki, ze nie zmusza się panów do obecności podczas porodu. W sumie mnie to nie dziwi. Byłam, widziałam i muszę stwierdzić, że faktycznie, brałam udział w lepszych eventach. Z drugiej strony, nas, kobiet jakoś nikt nie pyta o zdanie w kwestii obecności przy porodzie, więc chyba sprawiedliwie byłoby, żeby oboje sprawców odhaczyło się na sali w tym szczególnym dniu. Natomiast, już tak bardziej serio, to ojciec na sali porodowej przydaje się po pierwsze dlatego, ze jest ojcem i kto inny miałby powitać swojego potomka na świecie jak nie ojciec? Po drugie, pamiętacie ze szkoły akcje pod pokojem nauczycielskim pt. „Ja pukam, ty mówisz”? No więc na porodówce przydaje się czasem właśnie taki ktoś, kto puka - niby nic, a jednak towarzysz ;) Po trzecie, kiedy trzeba na chłodno ocenić sytuację, przydaje się ktoś, kto zdecydowanie walnie pięścią w stół.

Równouprawnienie i równouobowiązkowienie. Jako współsprawca jesteś współodpowiedzialny za sterowanie tą małą machiną zwaną wychowanie dziecka. Jednak to wcale nie oznacza podbijanie karty na zakładzie od rana do nocy, trzepanie nadgodzin i przynoszenie do domu w zębach kapuchy. To oznacza, ze masz zarówno prawo, jak i obowiązek zmieniania zasrutanych pieluch, wizyt u lekarza, szczepień i wycierania glutów z nosa. Dzięki temu masz też prawo do zabaw i rozrywki wszelkiej, tulenia, miziania i cykania słodkich fotek. Jednak, drogi Panie Przyszły Tato, pamiętaj, że dziecko jest od urodzenia, a nie od trzeciego roku życia. Jeśli od początku nie będziesz obecny w jego życiu, trudno będzie ten czas potem nadrobić.

Kobieta po porodzie się zmienia. Wiem, że to brzmi niesamowicie, odkrywczo i w ogóle, ale to prawda. Jeśli myślisz, że po powrocie do domu ze szpitala odłożycie dziecko do łóżeczka, wpadniecie sobie w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie to z pewnością tak będzie, ale najpierw będzie, strach, stres, hormony, pot, łzy i nerwy. Będą dresy i worki pod oczami, będzie milion pytań, na które będziesz musiał udawać, że znasz odpowiedź. Będą pretensje, że zbyt często i na zbyt długo wychodzisz… Ale… kiedy to tylko możliwe, pamiętaj, że pierwsze dziecko to dla nas też mega wyzwanie. Że za większością tych wyrzutów stoją nadwyrężone nerwy, niewyspanie, zmęczenie i zazdrość (najczęściej o to, że Ty sobie wychodzisz, a ona w tym czasie musi siedzieć z dzieckiem bo przecież cycków w domu na całą noc nie zostawi). Rodzicielstwo to emocjonalny roller coaster. Tu uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili jest się wściekłym, za chwilę wzruszenie odbiera Ci mowę po to by zastąpiło je zmęczenie, po którym następuje największa w świecie radość. Przy odrobinie cierpliwości, rozmowie, randce od czasu do czasu i umożliwieniu Pani Matce  zamiany drechu na wyjściową kieckę, z pewnością będziecie, żyli długo i szczęśliwie.

Rodzic idealny nie istnieje. Usłyszysz o nim, co prawda, wiele razy. Będzie Twoim sąsiadem, synem siostry szwagra wuja drugiego męża kuzynki od strony teściowej, znanym aktorem czy panem w sklepie. Jednak pamiętaj, że tacy ludzie są jak duchy - wszyscy o nich mówią, a mało kto widział. W rodzicielstwie, jak w życiu, nie ma ideałów. Możliwe, że syn kolegi recytuje już alfabet, a córka sąsiada sama się odpieluchowała, ale przecież wiadomo, że nikt nie będzie przyznawał się do tego, że ma dość, że właśnie pokłócił się ze starą, a dziecko wpada do pokoju w najmniej odpowiednim momencie.

Rodzicielstwo to praca zespołowa. Jeśli więc wciąż masz problemy z #teamspirit to najwyższy czas go w sobie poszukać. To projekt mega długodystansowy, w stylu bardziej let’s-talk-about-challenges-not-problems i raczej pro bono, wiec nie ma co się nastawiać na gratyfikacje czy premie. Mało tego, nie da się ukryć, ze do tego interesu trzeba jeszcze co nieco dołożyć. Na pochwały i słowa uznania raczej nie ma co liczyć, bądź jednak pewny, ze wszyscy będą czyhać na najmniejsze Twoje potknięcie. Zanim jednak zwrócisz się z uznaniem do Starej, ze pięknie młodzież wychowała, pamiętaj, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska i o ile nie masz pod ręka dowodu na to, ze zrobiłeś to lepiej, zastanów się ze swoją kobietą, jak możecie to naprawić. Jak to mówią: w kupie siła!

Ponieważ wiem, że panowie wolą krótko, zwięźle i na temat, zakończę na tych kilku złotych radach. Pamiętaj, Ojcze, ze rodzicielstwo to mega przygoda, a chyba żadna przygoda nie przychodzi łatwo. Przerażony? Zacytuję Ci jeszcze Monice Coelho (F.R.I.E.N.D.S): Welcome to the real world! It sucks - you're gonna love it!

Macie jeszcze jakieś złote rady dla przyszłych ojców? Komentarze są Wasze! Enjoy!

środa, 19 lipca 2017

Żłobek

Ostatnio głośno zrobiło się o lęku separacyjnym… To znaczy u mnie głośno, bo akurat Wielki Brat i jego ciasteczka tak mi podpowiadają w internecie, że same parentingowe pierdoły mi wyskakują. I nie to, żebym nie przykładała wagi do lęku separacyjnego. Po prostu w naszej strefie klimatycznej występuje on w niewielkich dawkach, a ja nie lubię martwić się rzeczami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą (ot, takie matczyne BHP ;) ) Ale do brzegu…

Czytając o dramatach, przez jakie przechodzą matki oddając dziecko do żłobka, pamiętając historie o ojcach koczujących w krzakach za bramą przedszkola  (autentyk! Podobno ;) ), zaczęłam się zastanawiać, czy aby i ja się nie boję swojego dziecięcia do żłobka oddać…?

I generalnie to się boję… Boję się głównie tego, że ojciec Eustachego zamiast dać dzieciom załatwić sprawy po męsku, przyjdzie do mojego Teda z łapami. Albo tego, że w rewanżu Kolega Małżonek będzie musiał iść do ojca Eustachego, dojdzie do pojedynku, mnie wezmą na sekundanta, a ja się przecież przemocą brzydzę;( Boję się tez tego, że matka Krystel nie zaprosi Teda na urodziny, bo mu kupujemy ciuchy z Pepco, nie chodzimy na zajęcia z mindfulness i do klubu małego geniusza… Tego się chyba boję najbardziej.

Nie boje się za to, ze moje dziecko będzie przez kilka godzin dziennie siedziało na dywanie samotne w otoczeniu swoich własnych smarków i łez. Nie boję się, że będzie chodził pół dnia z nieprzewiniętym tyłkiem. Nie mam też obawień o to, że któregoś dnia znajdę na jego pupie ślad po dorosłej dłoni. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że świadomie wybrałam dla niego żłobek, zrobiłam risercz, podpytałam inne mamy. Ale głównie dlatego, ze większość z tych rzeczy, które budzą lęk w matkach to relikty przeszłości, po których zostały legendy i baśnie z mchu i paproci. Poza tym, w oparciu o własne doświadczenia, głęboko wierzę w to, ze opiekunowie w żłobku to ludzie z powołaniem. W innym wypadku nie wyobrażam sobie pracy z cudzymi (albo co ważniejsze MAŁYMI) dziećmi.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i idę bawić się z synem, póki mi nie dorośnie ;) Jeśli macie coś do dodania, piszcie śmiało!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego mama wraca do pracy?

Powracam do Was w wielkim stylu i z przytupem! Być może powinnam zacząć od przeprosin, napisania szczerych wyrazów żalu i obiecania poprawy. Problem jednak w tym, że nie byłyby one szczere… Celowo nie pisałam tak długo, bo zwyczajnie nie miałam o czym tutaj pisać, a chcąc utrzymać poziom i wiedząc, ze duża część z Was po prostu tandetnej bablaniny nie zniesie, postanowiłam nie pisać wcale ;) Dziś jednak podzielę się z Wami tematem, który już od jakiegoś czasu bardzo mnie frapuje. Otóż za chwilę wyjawię Wam szokującą prawdę o swojej rodzinie, więc się przygotujcie, bo będzie grubo! Gotowi? To uwaga!


Dacie wiarę, że minął już rok odkąd Ted jest z nami? Wiem, że brzmi to jak tanie i wyświechtane hasełko typowego nośnika reklamowego na Instagramie, ale to najszczersza PRAWDA! Z tej okazji zbliża się mój powrót do pracy. Wiem, ze w tym momencie Wasze analityczne umysły zaczną przeliczanie… No bo jak to? Dzieciak ma rok, a ona już wraca do pracy?! Ano tak to, gdyż postanowiłam dobrodusznie podzielić się urlopem rodzicielskim z Kolegą Małżonkiem! I tak naprawdę to łaski mu żadnej nie robiłam, bo to tak samo jego prawo, jak i moje. Po prawdzie to on mi zrobił łaskę, że tylko dwa miesiace tego urlopu wziął ;)

Ludzie generalnie nawet nie pytają nas, skąd ta fanaberia. Zamiast tego dziwnie wykrzywiają usta, przechylają głowę i wzdychają AHAAA… I mogę sobie tylko wyobrazić pytania, jakie piętrzą się w ich głowie. Wychodząc zatem naprzeciw zapytaniom narodu spieszę z odpowiedziami:

Po pierwsze primo, jak już wspomniałam, urlop rodzicielski nazwany jest rodzicielskim nie bez kozery. Prawo do skorzystania z niego (w wymiarze 32 tygodni na jedno dziecko) mają bowiem rodzice, czyli kolektyw w składzie matka i ojciec. Wiele osób o tym wie, ale niewiele korzysta. Takie czasy.

Po drugie primo stając się dorosła i samowystarczalna doszłam do wniosku, że skoro już te wszystkie instytucje jak energetyka, Polskie Górnictwo Naftowe i Ciepłownictwo, telefonia komórkowa czy spółdzielnia tak namiętnie do mnie piszą co miesiąc ileż to im wiszę, to już postaram się płacić na czas. Do tego, musicie przyznać, jakże niespotykanego hobby, dołączyłam również kredyt hipoteczny i jego też wolę mieć z głowy, bo z bankiem lepiej nie zadzierać ;)

Kolejna sprawa jest taka, że przegapiłam swoją szansę i w trakcie urlopu nie otworzyłam żadnego, ale to ŻADNEGO biznesu na szpilkach. Moje miasto nie wzbogaci się o wegańską knajpkę serwującą hipsterskie zapiekanki z majonezem ze świeżopu, bezglutenowe pierożki, brownie z fasoli i sojową latte… Nie skończyłam też kursu kroju i szycia, lokalsi nie będą więc mogli kupić ode mnie słodkich, dziecięcych ciuszków uszytych w duchu montessori. Dlatego, sorry, ale muszę wrócić do swojej dawnej pracy zarobkowej ;)

Nie bez znaczenia jest też nauka, jaką przekazała mi mama. Otóż powtarzała ona zawsze, że kobieta, niezależnie od tego z jak bogatej rodziny pochodzi i w jak bogatą rodzinę się wżeni (czy raczej wmęży ;P) , powinna mieć swoje, choćby najmniejsze, pieniądze. Wiadomo, jak to jest z meża pieniędzmi. Dziś są w nadmiarze, jutro ich nie ma. Dodatkowo, pracującej żonie nikt nie zarzuci braku wkładu do domowego budżetu. Owszem, można się wykłócać nad tym, że przecież praca w domu to też praca i nawet znacznie cięższa od tej na etacie. Jednak konia z rzędem temu, kto do tej prawdy przekona ZUS…

Ostatni argument na mojej liście jest, moim zdaniem, najważniejszy. Wiele razy słyszałam tekst o tym, jak to będę mogła sobie odpocząć na “urlopie”, albo jakiego to mam farta, bo nie idę w poniedziałek do pracy. Znamy te teksty doskonale. Nie zrozumcie mnie źle, na tym urlopie rzeczywiście odpoczęłam od pracy i spraw okołopracowych. Nabrałam dystansu i odzwyczaiłam się od wstawania o świcie (a przynajmniej nie ostatecznego wstawania o świcie). Jednak, nie czarujmy się, z prawdziwym urlopem ma to niewiele wspólnego ;) Moim zdaniem każda kobieta, którą wkurzają wyświechtane teksty o niewyrywaniu sobie rękawów na urlopie macierzyńskim powinna podzielić się jego dobrodziejstwem z ojcem dziecka. W końcu mężczyzna ów całkiem konkretnie przyczynił się do jego powstania. Niech ten strudzony ośmiogodzinną pracą chłop zobaczy i na swej własnej skórze skosztuje tego cymesiku, niech się nim zachłyśnie, żeby potem nie gadał na prawo i lewo, że dzieci to jest luzik, spijanie sobie z dziubków i pierdzenie tęczą. Że są takie słodkie i kochane i, że kompletnie nie rozumie, czemu ta baba taka wkurzona non stop chodzi i dbać o siebie przestała, a w nocy zamiast mieć ochotkę na baraszkowanie, pada jak zastrzelona czapla. Tak, kobiety, mężczyzna jest tak skonstruowany, że choćbyśmy mu film instruktażowy pokazały, to dopóki nie doświadczy, to nie uwierzy. Mój niby wierzy i sam chce, dlatego z całego serca życzę mu powodzenia :D



wtorek, 6 grudnia 2016

Genialne pomysły na prezent dla dziecka


Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Właściwie, patrząc na moją skrzynkę pocztową, mogłabym przysiąc, że to już za tydzień 😉 Na szczęści jednak okazuje się, że jeszcze parę tygodni zostało i można spokojnie zastanowić się nad najlepszym prezentem, który uszczęśliwi zarówno dziecko, jak i jego rodziców 😃 Jeśli jeszcze nie wiecie, co kupił najmłodszemu członkowi swojej rodziny, sprawdźcie moje tipy 😉

GRAJĄCE ZABAWKI. Przehit po prostu. Gada, lata, kręci się, świeci, wiąże krawaty, no cudo! Piękne, kolorowe opakowania same się proszą o zakup. Dodatkowo metrowe peany zapewniają o tym, że gdyby Superniania miała takie małe dzieci, to kupiłaby taką zabawkę, gdyż wystarczy zaledwie 5 minut zabawy tym cudem i mamy w domy małego geniusza. Koniecznie kupcie taką zabawkę, a przekonacie się, jak szeroko mogą się uśmiechać rodzice obdarowanego. Nie zdziwcie się jednak, kiedy na najbliższe urodziny otrzymacie skarpety frotte, a Wasz berbeć otrzyma w spadku tę właśnie zabawkę. Rodzice na pewno nie pozwolą na to, by ich dziecko było jedynym geniuszem w rodzinie.

RÓŻOWY SPRZĘT AGD DLA DZIEWCZYNKI. Nie ma to jak wpajać dziecku stereotypy od początku jego istnienia. Wiadomo bowiem, że Genderra nie śpi, więc od samego początku trzeba takiej dziewczynce pokazać, gdzie jej miejsce, żeby przypadkiem nie wypadła ze swej roli społecznej, a cóż lepiej spełni swoje zadanie niż mini sprzęt AGD?

PIESEK ALBO KOTEK. Tudzież jakiekolwiek inne żywe zwierzątko. Najlepszy prezent ever! Z pewnością rodzce dwu- czy nawet pięciolatka marzą właśnie o tym, żeby rano móc wstawać o dodatkowe pół godziny wcześniej i wychodzić z nie swoim psem albo sprzątać kocią kupę z wanny. Jest to również genialny pomysł, gdyż nie od dziś wiadomo, że pieski ze schroniska lubią tam wracać na wakacje, a rasowe kotki kupione za 200 złotych to czysta okazja, bo akurat one urodziły się jako czternaste w miocie, a wiadomo, że na czternaste obowiązuje zniżka! Pseudohodowla to przecież też hodowla tyle że taka wyprzedażowa. Taki outlet jakby.

WIEŚNIACKI SWETER. Klasyka gatunku. To taka tradycja, że każdy przynajmniej raz w swoim życiu musi zostać obdarowany częścią garderoby w wydaniu nieco mniej cool trendy. Proponuję zatem zaoszczędzić dziecku wstydu w przyszłości, odbębnić już teraz i będzie z głowy 😉

GIGANTYCZNE MASKOTKI. Średnia powierzchnia mieszkalna przypadająca na standardową rodzinę w naszym kraju wynosi jakieś 25 m2. W taką powierzchnię zaaranżowaną w stylu scandi loft idealnie wpisze się naturalnych rozmiarów niedźwiedź 😂 Doskonale zbiera kurz i w razie czego może służyć jako straszak na niegrzeczne dzieci, potęgując nocne doznania, przy których potwory spod łóżka to milutkie elfy.

SŁODYCZE. Nie ma nic lepszego niż tabliczka czekoladopodobna z rana. Zwłaszcza w momencie zalewu wszelkiego rodzaju alergii, cukrzycy, otyłości. Słodycze idealnie wpisują się w trend bezglutenowy, wegański, wolny od laktozy, orzechów i soi. Ponadto wszyscy wiemy, że czekolada na śniadanie wzmaga apetyt u dziecka (zwłaszcza niejadka). Po tak solidnej porcji węglowodanów i tłuszczy nienasyconych wciągnięcie owsianki z amarantusem to tylko formalność 😉 A z kolei nie od dziś wiadomo, że czekolada ma właściwości relaksacyjne i uspokajające, dzięki czemu obdarowane dziecko szybko i bezproblemowo idzie spać. Przedłużone działanie kakaa powoduje, że sen jest bardzo stabilny i trwa do późnych godzin porannych.

Macie jakieś inne, ciekawe pomysły, albo sprawdzone hity, które chcielibyście znaleźć pod choinką? Może dostaliście już (Wy albo Wasze dzieci) coś równie genialnego? Piszcie w komentarzach!

sobota, 29 października 2016

Halloween


#Śpisiowamama

Dawno, dawno temu, kiedy to nasi protoplaści mówili na chleb bep, a na księdza Zorro, a ich protoplaści drapali się kijem po tyłku próbując wykrzesać ogień w swojej glinianej jamie, wtedy to właśnie Celtowie próbowali wykminić jakby tu zrobić w konia złe duchy, co to straszą pod łóżkiem i ogólnie są odpowiedzialne za całe zło tego świata z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem włącznie;) Po długiej burzy mózgów i konkursie projektów doszli do tego, że najsprytniej będzie przebrać się za stracha, żeby inne strachy pomyślały, że to swój i dały mu święty spokój  (stąd przebieranki), a dla pewności, co by nie mieć wątpliwości i tak na wszelki wypadek stwierdzili, że warto jeszcze tym strachom jakąś szamkę załatwić, wszak wiadomo, że jak człowiek głodny to i zły  (stąd cukierek albo psikus). Jeśli natomiast rozchodzi się o nazwę, to objaśniam, co mi wiadomo w tej sprawie: 
Celtowie urządzali przebieranki w obawie przed tym, że duch babci zechce jednak przyjść i ochrzanić ich za to, że nie zjedli tej owsianki za dzieciaka, co to nad nią tak babcia stała. A duchy najczęściej przychodziły wraz z zakończeniem lata i początkiem pory roku zwanej #pizgazłem. Z czasem, kiedy religia chrześcijańska położyła swoją łapkę na Europie zaczął się rebranding. Ustanowiono zatem, że zamiast imprezki z przebierankami będzie imprezka na cześć wszystkich świętych. Ludzie to kupili, ale nie do końca. Bo owszem, 1. listopada świętują uroczystość Wszystkich Świętych, ale jednak przebieranki w wigilię Wszystkich Świętych pozostały. Notabene stąd też wzięła się nazwa Halloween. Ogólnie rzecz biorąc jest to efekt końcowy ewolucji słów All Hallows Eve (czyli po naszemu wigilia Wszystkich Świętych właśnie).

#Śpisiowamama

Tylko po co ja o tym w ogóle piszę? Ano po to, że co roku ten temat wraca jak nie przymierzając bumerang. Być może dlatego, że dziwnym trafem co roku 31. października wypada akurat w przeddzień Wszystkich Świętych...? Generalnie ubawiłam się setnie pismem naszego, toruńskiego kuratora oświaty, który w jakże wysublimowany sposób próbował przekonać nieprzekonanych, że Halloween to zło, a przy okazji delikatnie dać do zrozumienia nauczycielom i dyrektorom szkół, kto tu rządzi i kogo za sobą ma. Nieco już mniej subtelnie natomiast wprowadził pan kurator ferment na linii rodzic-dyrekcja szkoły sugerując, że rodzice maja pomóc szkole podjąć odpowiednią decyzję. Czyli ogólnie to wiecie, co macie robić... wszystko na mój koszt jak mawiał klasyk ;) Moim skromnym zdaniem bardzo nietrafioną była również uwaga, jakoby szczególnie zagrożone były umysły uczniów szkół specjalnych, którym to impreza Halloweenowa może tylko namieszać w głowie. Nie wiem, jakie źródła kazały tak przypuszczać autorowi pisma, ale moje twierdzą, że wszelkie formy aktywizacji, teatralizacji, sztuki, zabawy i działania (w tym właśnie przebieranki) mają raczej pozytywny wpływ na uczniów szkół specjalnych. Ale co ja tam wiem...

Inna sprawa, że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej nagonce na Halloween... Zupełnie jakbyśmy nie mogli przestać na chwilę się umartwiać i trochę zabawić. Oh wait! Jesteśmy w Polsce, tutaj nawet Dzisiaj w Betlejem śpiewa się na melodię Wisi na krzyżu. Mimo wszystko jednak argumenty przeciwników Halloween nie bardzo do mnie trafiają. 

No bo tak: 
Pogańskie święto! No tak, ale jak tak dobrze pomyśleć, to większość świąt jest pogańska tyle że odpowiednio zaadaptowana do wymagań chrześcijańskich. Ot taka choinka na przykład. 100% german w niej, ale w Bożym Narodzeniu nie przeszkadza. Swoją drogą ciekawi mnie, co na ten temat mówią w Brytyjskich kościołach?

Nie polskie to święto! Okeej. W takim razie zrezygnujmy też z Walentynek, bo nijak się one mają do polskiej tradycji. Zlikwidujmy jarmarki bożonarodzeniowe i letnie grille.

Gusła i zabobony. Serio? A Andrzejki to pies? Rozumiem, że andrzejkowe wróżby i zabobony to nie zabobony i nie mącą umysłów dzieci.

Komercjalizacja. Piniondz wszędzie, panie! No co zrobisz, takie czasy. Swoją drogą na zniczach też niemały zarobek ludzie mają, prawda? A odnośnie komercjalizacji to chyba najlepiej poczytać sobie, dlaczego strój świętego Mikołaja jest czerwono biały i jakiż tam produkt jest podstępnie ulokowany ;)

Spustoszenie duszy i umysłu. Na tenże gruby kaliber mam jeszcze grubszy: albowiem jakoś nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś był równie zatroskany o umysły i dusze młodych ludzi na przykład w trakcie karnawału albo juwenaliów. Wtedy to na potęgę możemy doświadczać wysypu żywych trupów, wampirów, Monster High i innych maszkar. Albo kolędnicy, wśród których można znaleźć i diabła... Ale rozumiem, że wtedy są spoko?

No i, w końcu, naczelny argument, że jak to, że to się nie godzi tak imprezować, podczas gdy nazajutrz taka refleksja i zaduma ma nadejść. I tego to już kompletnie nie rozumiem, bo nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Dlaczego pogodny nastrój i dobra zabawa jednego dnia mają wykluczyć wspomnienie drogich nam osób dnia następnego? A w ogóle to chciałam przypomnieć, że święto Wszystkich Świętych to w sumie radosne święto i tak na dobrą sprawę każdy z nas świętuje wówczas swoje imieniny (tak mi w podstawówce powiedziała pani od religii ;) ), a czas wspominek i żałoby wypada w Dzień Zaduszny przecież. No ale to już jak kto woli...

#Śpisiowamama

Wszystkiego dobrego z okazji imienin :D


wtorek, 18 października 2016

30


W ubiegłym miesiącu kopnął mnie zaszczyt świętowania urodzin :) Już po raz trzydziesty :D I, o dziwo, obyło się bez spazmów i płaczu ;) A dlaczego? Ano dlatego, że po prostu szkoda mi czasu na bezproduktywne użalanie się nad sobą ;) Owszem, zdarzył mi się epizod, kiedy to byłam o krok od uronienia krokodylej łzy nad swym nieuchronnym losem, ale wtedy to trafiłam na instagramowe fotki młodocianych dziewoj, które rozpaczały, że oto skończyły właśnie 20 (tak, słownie DWADZIEŚCIA ) lat.

Zdaję sobie sprawę, że są osoby (i to nawet sporo tych osób jest), dla których 25. urodziny to czas, kiedy kończy się świat, a po trzydziestce to pozostaje jedynie położyć się i czekać na śmierć;)

Żeby nie było tak kolorowo, to owszem i ja miałam takie przebłyski, że jak to? Przecież jeszcze niedawno uważałam, że ludzie po trzydziestce są starzy ;) Ale potem sama skończyłam trzydziestkę i doszłam do wniosku, że trzydziestolatki są spoko ;)

Z resztą już chyba do końca życia będzie tak, że dla jednych będę starą truflą, podczas gdy dla innych będę głupim szczylem.  Jak w piosence Hey, nikomu nie dogodzisz ;)

Zatem, jako rzecze Chandler Bing: "Lepiej mieć z górki, niż leżeć pod nią!"

Happy birthday to me!

poniedziałek, 3 października 2016

NIE

I wtedy wchodzę JA. Cała na czarno! A dlaczego? Ano dlatego, że mamy strajk. Ogólnopolski strajk kobiet. I ja się tym moim wpisem do strajku przyłączam.

TAK. Przeczytałam projekt ustawy, bo nie wierzyłam, że to co słyszę w telewizji i internetach to prawda. A potem znowu ją przeczytałam, bo może jednak coś się zmieniło;)

NIE. Bo ani trochę ten projekt mi się nie podoba.

NIE. Bo nie można nikogo zmuszać do heroizmu. Zwłaszcza w takim kraju, jak nasz, gdzie ochrona życia poczętego trwa dziewięć miesięcy. Potem obowiązuje zasada: "jesteś dzieckiem bożym, radź se sama".

NIE. Bo nie podoba mi się opcja: "Dziecko z gwałtu - tak, dziecko wujka - tak, dziecko z in vitro - nie."

NIE. Bo po kolejnym, ewentualnym poronieniu nie chciałabym musieć spowiadać się prokuratorowi z tego czy aby na pewno nie pucowałam kibla domestosem za bardzo. Albo... musieć chodzić z obumarłym płodem w brzuchu, bo lekarz nie chcąc ryzykować swojej kariery nie przepisze mi tabletek poronnych.

NIE. Bo dla mnie zbyt mało precyzyjne są słowa MOŻE ODSTĄPIĆ OD WYMIERZENIA KARY i BEZPOŚREDNIE ZAGROŻENIE ŻYCIA. Ordo Iuris może sobie nawet wytapetować swoją stronę infografikami, ale zapis pozostanie zapisem, a jego interpretacja wciąż pozostanie w gestii prokuratury i sądu. I sorry, ale w kraju, w którym bardziej opłaca się wyrzucić jedzenie z nadprodukcji niż je oddać potrzebującym, uważam, że wszystko jest możliwe.

NIE. Bo uważam, że człowiek powinien mieć wybór.

Także sorry, ale NIE.


piątek, 12 sierpnia 2016

Czarna trzynastka


Kiedy jakieś siedemnaście lat temu poznałam Kolegę Małżonka dźwięk jego imienia przyprawiał mnie o charakterystyczny i jakże subtelny, nastoletni rechot. Co nie omieszkała wypomnieć mi moja własna, rodzona matka, kiedy jej wyznałam, że synowi naszemu nadamy imię Tadeo ;) Ale wróćmy do meritum:

ON był chudy i szczurowaty, JA atrakcyjna inaczej i gdyby wtedy ktoś oznajmił mi, że to właśnie ON będzie ojcem mego dziecka, zeszłabym niechybnie od nadmiaru śmiechu. Spotykaliśmy się, można rzec, w miarę regularnie, gdyż oboje działaliśmy aktywnie w organizacji młodzieżowej zwanej Związkiem Harcerstwa Polskiego ;) Zatem wiadomo, jak to u harcerzy, zbiórki, apele, obozy, biwaki... No ogólnie często się widywaliśmy,a mimo to każde patrzyło w inną stronę ;) Ja bardziej w stronę arcyprzystojnego kolegi (z tego miejsca pozdrawiam Cię, Mati), a on bardziej w stronę mej serdecznej przyjaciółki  (pozdrawiam Cię, Małgosiu ). I tak sobie patrzyliśmy, każde w swoją stronę dopóki kilka lat później nie spotkaliśmy się u naszej wspólnej koleżanki na imprezie urodzinowej :D Ach, cóż to była za historia! Ja wystawiona do wiatru przez ziomka ze szkoły (pozdrawiam Cię, Damianie), a on mający dziewczynę  (pozdrawiam Cię, Zuzanno). Logiczne, że i tym razem nam nie wyszło. Jednak trafił nam się chyba wyjątkowo uparty Amor, bo chociaż wymieniliśmy się numerami telefonów! 

Bujaliśmy się z tymi numerami chyba z rok, aż w końcu umówiliśmy się na niezobowiązujące piwko. No wiadomo, że niezobowiązujące piwka są najlepsze,  bo potem okazuje się, ze do czegoś tam jednak zobowiązują i wcale na jednym się nie kończą ;)

Całe dwa tygodnie przetrwał nasz związek, kiedy to w swej butności postanowiłam, że to chyba jednak nie to i zdecydowałam o przerwie. Jak jednak wiadomo, coś takiego jak przerwa od związku nie istnieje i albo się w nim jest, albo nie. Zatem w ten czas stwierdziłam, że jednak nie :P Ten nasz Amor prowadzący ma jednak ewidentnie płacone za godzinę, bo po półtora roku znowu wybraliśmy się na niezobowiązujące piwko i jeszcze bardziej niezobowiązujący koncert. Tym razem chyba wszystko było bardziej zobowiązujące, gdyż jesteśmy zobowiązani tak do dziś.

W tak zwanym międzyczasie wzięliśmy ślub.  Nie dlatego, że jesteśmy jakoś bardzo wierzący, ale głównie dlatego, że mama mi kazała ;) No i chyba, jak prawie każda dziewczynka, marzyłam o mega imprezie na moją cześć, na której wystąpię w ekstra kiecce za marsjańskie dolary. Wychodząc za mąż byłam, zdaje się, nielichym ryzykantem ;) Oboje byliśmy bezrobotni (on dopiero co stracił robotę, a potem znów stracił robotę i znów... a przede mną był ostatni rok studiów i zbezczeszczony plan o tym, że przecież do chwili otrzymania dyplomu miałam być radosną utrzymanką ;) ), nie mieliśmy tez za bardzo gdzie mieszkać i tym bardziej za co. A jednak się udało i już właściwie po roku mogłam pokazać życiu fakersa niczym Agnieszka Chylińska. Kolega Małżonek z bezrobotnego stał się robotnym, ja w ostateczności nie zostałam utrzymanką i któregoś dnia jak na szczęśliwych konsumentów przystało zaczerpnęliśmy ze źródła kredytów hipotecznych i związaliśmy się świętym węzłem bankowym, którego pęta silniejsze są chyba niż te kościelne;) Serio, ilekroć zostanę przez Kolegę Małżonka zainspirowana do poszukiwania prawnika rozwodowego, przypominam sobie o tym kredycie i jakoś mi przechodzi ;)

Gdyby jeszcze ktoś tego nie zauważył, to nie jesteśmy idealną parą. Jemu po wypiciu kilku głębszych z buzi nie pachnie szachami, a ja po przebudzeniu nie wyglądam jak gwiazda filmowa. Mimo szerokiej wiedzy psychologiczno-pedagogicznej i faktu, że mogłabym niemal zamieszkać w Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to często teoria pozostaje teorią, a mnie i tak dopadnie trójka Drombo, czyli szlag, foch i PMS. Myślę, że z powodzeniem można stwierdzić, że jesteśmy siebie warci. Każde z nas ma coś za uszami. Może niekoniecznie w tej samej dziedzinie, ale to przecież nie szkolny system wagowy, żeby licytować się, kto za tymi uszami ma więcej;) Zwłaszcza, ze on ma większe uszy, więc logiczne, że ma więcej;)

Tymże rozpasanym tekstem chciałam się pochwalić, że oto stuknęła nam właśnie szósta rocznica ślubowania, które złożyliśmy sobie w piątek, trzynastego około godziny szesnastej. Czasem było pechowo, a czasem nie ;) Zobaczymy, jak to się wszystko dalej potoczy ;) Trzymajcie kciuki :D Wasze zdrowie!




P.S. Zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, jeśli masz chęć, napisz do mnie, a podam Ci namiary na autorkę ;)

środa, 10 sierpnia 2016

Mama

www.yoanna1992.pinger.pl

Pewna mama była słaba, 
Więc przychodzi do doktora
I powiada, że jest chora.

Doktor włożył okulary,
Chociaż nie był nazbyt stary. 
Dokumentnie mamę zbadał 
No i wreszcie tak powiada:

Pani za nadto się poci,
Niech Pani unika wymiocin.
Niech Pani dziecka nie kąpie,
Bo Pani kręgosłup znów tąpnie.
Niech Pani skłonów unika,
Niech syn na Panią nie sika.
Niech Pani oszczędza kolana, 
Niech Pani, Pani kochana
Na siebie hucha i dmucha,
Najlepiej zastygnie w bezruchu!

Wraca mama od doktora,
Myśli sobie: "Jestem chora!"
A doktora chora słucha...
Jakże tylko tkwić w bezruchu?

Leczyła się mama, leczyła.
W bezruchu zaś długo nie tkwiła.
Jak głosi bowiem wieść gminna,
Taka mama to postać fikcyjna!

poniedziałek, 25 lipca 2016

Kawa? Ciepła? Poproszę!


Bycie rodzicem to niesamowita sprawa, te buźki, te stópki, te śmieszki, heheszki... no po prostu miód malina! Ale są takie momenty w zyciu rodzica, kiedy tęskny wzrok sam odlatuje w stronę dorosłych uciech ;) Owszem, są rodzice, którzy zarzekają się, że tylko i zawsze dziecko i najchętniej 48 godzin na dobę by z nim spędzali ;) Oficjalnie zazdroszczę takim ludziom, a nieoficjalnie zawsze zastanawiam się, co jest z nimi nie tak? Albo ze mną;) Tak czy inaczej, jako zwilenniczka filozofii: "szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko" staram się znaleźć czas na dorosłe uciechy w stylu fryzjer, kosmetyczka, fitness czy po prostu ciepła kawa;) Oto moje na to sposoby :D

1. Taki charakter 
Na temperament nic, Pan, nie poradzisz. Syn mój, prawdopodobnie po obu dziadkach, ceni sobie spokój duszy. To z kolei sprawia, że jest mało konfliktowy i raczej wyluzowany;) Mało tego, zdaje się, że jeszcze bardziej niż spokój ceni sobie dobry sen, co praktykuje powszechnie. Te dwie cechy czynią go bardzo lubianym bobasem i sprawiają, że ludzie często i z chęcią wokół niego przebywają;)



2. Drugi człowiek 
W moim przypadku jest to Kolega Małżonek, ale może też być to ktokolwiek: konkubent, partner, przyjaciel czy jakiś inny rodzaj współspacza ;) Wychodzę z założenia, ze zwany bardzo formalnie ojciec dziecka łachy nie robi opiekując się swoim wlasnym potomkiem :) W końcu to jego prawo i obowiązek ;) Jeśli akurat współspacza brak, to myślę, że od czasu do czasu warto poprosić kogoś z zewnątrz. Ja już dawno powinnam złożyć jakąś ofiarę dziękczynną za chętnych i bezpośrednich, a przy tym dyspozycyjnych dziadków :D

3. Rutyna
Tutaj będzie kontrowersyjnie, bo oto wyłamuję się z trendu ortodoksyjnego nurtu rodzicielstwa bliskości i wprowadzam w domu tresurę (jak to niektórzy nazywają). Otóż mając w domu małe aniele skrzyżowane z leniwcem, które od samego początku trzeba było obudzić żeby nakarmić, pozwoliliśmy sobie wprowadzić stały plan dnia. Oznacza to, ze Młodzież karmi się co trzy godziny. Oczywiście nie z zegarkiem w ręku, albowiem łaskawie dopuszczam tu wariacje w temacie ;) Oprócz tego, że posiłki są serwowane co trzy godzinki, to jeszcze po nich następuje konkretna sekwencja, czyli jedzenie, zabawa (tudzież rozrywka, jak np. zmiana pieluszki;) ), a kiedy pacjent się zmęczy, wtedy przycinamy komara :) Taki plan pozwala mi zaplanować dzień i zaaranżować od czasu do czasu samowolne oddalenie;)



4. Laktator
Dzięki niemu mogę udać się na samowolne oddalenie nawet na dłużej;) albo po prostu scedować wieczorne karmienie na Kolegę Małżonka :D


5. Chusta
Magiczny sposób na uwolnienie górnych kończyn, a przy okazji na pobycie trochę razem. Również dobra na małe i duże smuteczki, cierpienia poszczepienne lub też zwyczajne marudne wtorki;) Polecam również na spacery z psem! Mój już jest zaprogramowany i kiedy tylko widzi jak się motamy, już macha ogonem na myśl o zielonej trawce. I żeby była jasność: chusta dobrana po rozmowie z certyfikowanym doradcą i noszona po kilkugodzinnym spotkaniu z takową, a nie tam żadne jutubowe szkolenia. Noszenie dziecka w chuście to nie wymiana pedałów w rowerze, żeby polegać na samych tutkach w internecie.



6. Mikrofalówka
Są takie dni kiedy nawet aniołki nie ogarniają, współspacza nie ma w domu, babcia z dziadkiem są akurat zajęci i ogólnie średnio wszystko idzie. Wówczas na ciepłą kawę raczej nie ma szans, bo właśnie w połowie drogi tyłka na sofę, kanapę czy miękki fotel, dziecko akurat zaczyna płakać, a wtedy, jak mawia Adaś Miauczyński dupa z pisaniem, chu... z poczytaniem. W takie dni kawkę serwuję sobie w ratach, a jej ciepło mogę łatwo i szybko odzyskać za pomocą mikrofalówki;)



Dziękuję za uwagę i przepraszam za przerwę w lekcji ;)


P.S. Powyższe fotki pochodzą z mojej osobistej galerii, jeśli któraś Ci się spodoba i zdecydujesz, że musisz ją mieć, poproś o udostępnienie, albo chociaż podlinkuj jej źródło ;) Peace!