Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2019

RIKI TIKI DIY KOSMETYKI

Często zdarza się tak, że wrażliwe wnętrze idzie w parze z wrażliwym licem. Nad tym pierwszym nie będziemy się roztrząsać (przynajmniej nie dziś). Zatrzymamy się przy licu! Znacie to? Wiecie, że krem, którym właśnie raczycie swoją twarz niedługo Wam podziękuje ukazując dno słoiczka. Wówczas pojawia się arcyważne pytanie: czy biorę drugi raz to samo, czy może spróbuję czegoś nowego? W moim przypadku zazwyczaj wygrywa opcja druga. Tak trafiłam na Ecospa, czyli Ikea w świecie kosmetyków.



Do ich sklepu udałam się po kompleks na naczynka. Wkurzało mnie to, że kosmetyki do cery naczynkowej są zazwyczaj jednowymiarowe. Może wynika to z faktu, że cera naczynkowa jest po prostu naczynkowa. Ona się nie starzeje, nie zanieczyszcza, nie wysusza i odbija swiatło słoneczne. Dlatego są kremy dedykowane skórze naczynkowej i o, koniec. Rzadko kiedy uświadczysz krem do cery naczynkowej, który przewiduje profilaktykę zmarszczek, ultranawilżenie czy ochronę (na przykład przeciwsłoneczną). Teraz już mam to w nosie i każdy krem może być naczynkowy. Plusik dla pana za skład (INCI: glycerin, aqua, ruscus aculeatus root extract, citrus limon peel, solidago virgaurea extract, potassium sorbate, sodium benzoate), cenę (ok. 10zł za 10ml) i uniwersalność, bo można dodać do kremiszcza na twarz lub też do balsamu do ciała i wówczas każdy balsam będzie antycellulitowym, co też testuję dziko! Niestety minusik za wygląd (nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nacieram się sosem sojowym) i opakowanie. Mój kroplomierz sikał jak wściekły, ale zapodałam mu pipetkę i przyjaźń rozkwitła. Efekty są bardzo przyjemne: kompleks dobrze się miesza z kremem i balsamem, skóra po nim jest przyjemna w dotyku, nie czerwieni się i mam nadzieję, że się wzmacnia.

Kiedy w koszyku wylądował już kompleks, przypadkiem trafiłam również na zestaw do zrobienia  serum z witaminą C. Całkiem przypadkiem rozglądałam się właśnie za takowym, a jego cena rzuciła na kolana wszelkich dotychczasowych potencjalnych kandydatów (30zł/ 3x10ml). Skład jest prościutki: kwas hialuronowy, witamina C i kwas PHA. Przygotowanie jest banalnie proste, wystarczy postępować zgodnie z instrukcją, wszystkie potrzebne sprzęty (no może oprócz zlewki) są w zestawie w dodatku odpowiednio oznakowane. Samo serum to absolutny sztosik, jako rzecze młodzież. Skóra jest gładziutka, nawilżona i rozpromieniona. Wiadomo, że to nie jest to samo, co 10 godzin snu czy filtry z Photoshopa, ale w dziedzinie kosmetyków to dla mnie efekt wow. Minusem jest trwałość: przygotowaną buteleczkę (10ml) należy trzymać w lodówce i  zużyć w ciągu dwóch tygodni. W składnikach nie ma konserwantów, a mój poziom wtajemniczenia nie pozwala mi kombinować z nimi na własną rękę.



Trzecią rzeczą, jaką kupiłam, które była już absolutnie nieplanowana był zestaw olejków eterycznych. Sami przyznacie, że człowiek-zapach nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. Zwłaszcza, że zestaw był objęty promocją i tak pięknie zapakowany! Kupili mnie tym, bo niestety jestem z tych, którzy kupują oczami.


Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że to nie koniec moich przygód z kosmetykami DIY. kto wie, może któregoś dnia ukręcę swój własny krem...

poniedziałek, 10 października 2016

Śpisie

Jest blog? Jest! A skoro jest blog, to prędzej czy później musiał pojawić się taki wpis :) Cały myk polega na tym, ze bohater dzisiejszego wpisu długo nie był świadomy, ze sama, dobrowolnie postanowiłam podzielić się swoją skromną przestrzenią cyfrową ;) 

Moi drodzy Parafianie, przedstawiam Wam zatem Śpisie, czyli oryginalne, dziecięce gadżety, które łączą dwie rzeczy: wyjątkowość i filc.

Śpiś midi, model Stefan z mojej prywatnej kolekcji :)

Sztandarowy produkt Śpisiowejmamy to tytułowe Śpisie, czyli śpiące misie.  Występują one w trzech standardowych rozmiarach: mini, midi i maxi, ale oprócz tego dostępne są również śpisiowe zawieszki, które świetnie sprawdzają się jako breloczki :D Decydując się na Śpisia należy podjąć kilka kluczowych decyzji takich jak rozmiar, kolor i wzór filcu oraz imię, które ma być wyszyte na śpisiowym serduszku :) Świetnie sprawdzają się w podróży czy innych sytuacjach wymagających ekonomizacji miejsca, ponieważ mogą służyć zarówno jako przytulanka, jak i poduszka :D Śpisiowa zawieszka świetnie sprawdza się jako breloczek do kluczy :D odkąd go mam zniknął problem wysyłania misji ratunkowek w poszukiwaniu kluczyków od samochodu w torebce ;P


Idziemy jednak dalej, gdyż na tym śpisiowy asortyment sie nie kończy :) Ostatnio hitem dla mnie jest poduszka w kształcie śpisiowej główki :D Nie dość, że jest mięciutka i ładniutka, to jeszcze kilka razy uratowała mój sen podczas wizytacji rozmaitych gości, kiedy to okazało się, że nagły zalew domowych poduszek mi nie grozi ;) Od jakiegoś czasu jednak, ta poduszka świetnie sprawdza się podczas karmienia, a nie zajmuje tyle miejsca, co rogal czy kura :D Dlatego właśnie zabieram ją ze sobą na wszelkie wyjazdy i wizyty u lekarza ;)


Literki są ostatnio modnym dodatkiem pokoju dziecięcego, ale nie tylko :) W razie gdyby ktoś zapomniał, jakie imię nadał potomkowi, albo miał dość wiecznych pytań w tym temacie, filcowe literki spieszą z pomocą! Mało tego, Śpisiowamama jest na tyle elastyczna, ze może stworzyć imię dziecka, dorosłego, psa, kota i jakikolwiek inny dowolny napis ;)


Kolejny produkt, który skradł (nie tylko moje) serce jest przeznaczony dla najmłodszych, ale cieszy oko również tych starszych ;) Otóż, Jaśnie Wielmożny Pan Hrabia, dla znajomych Ted, dostał od Śpisiów przeurocze skarpeteczki-grzechotki. Są tak słodkie, że można je zjeść razem z nogami dziecka, bez popijania ;) Do tego grzechotki działają stymulująco na rozwój dziecka :D


Czas na produkt finalny. Nowość wśród nowości! Rzecz, którą jaram się po stokroć, a Ted jara się jeszcze bardziej. Serio, codziennie, kiedy na to patrzy, mam wrażenie jakby odkrywał ten gadżet od nowa.  Śpisiowy  mobil, bo o nim mowa, jest ciepłą bułeczķą  wśród śpisiowego asortymentu :) Jego prostota urzeka, a wykonanie zachwyca nie tylko malucha, ale także rodziców. To właśnie te filcowe gwiazdki oraz dyndający nad nimi księżyc na czerwono-białym sznurku wywołały pierwsze uśmiechy na twarzy mojego potomka oraz generują u niego szereg radosnych odgłosów wydawanych paszczą:D


Generalnie rzecz ujmując Śpisiową Mamę charakteryzuje ogromna elastyczność. U Śpisiów obowiązuje zasada: "Mówisz i masz!". W granicach rozsądku i dostępnych materiałów oczywiście ;)
Nie muszę Wam chyba pisać, że przetestowaliśmy już chyba całą gamę śpisiowych produktów i mogę śmiało zacytować komentarz pod jednym z wpisów: "Śpisie polecam dzieciom!" i nie tylko!


Na koniec mamy (Śpisie i ja) dla Was mały konkurs, w którym możecie wygrać śpisiową zawieszkę dla siebie i nie tylko! Po szczegóły  zapraszam na Fejsbuczka ;)

środa, 30 marca 2016

Casa de Ted by Śpisiowamama

Ten wpis jest wyjątkowy i dość nietypowy, albowiem mało w nim będzie tekstu, za to więcej zdjęć :) Dlaczego? Ano dlatego, że kiedy je zobaczyłam, od razu pomyślałam, że muszą się tu znaleźć :D  W porównaniu z nimi moje zdjęciami z biednego telefonu typu Xperia Sreria ;) są tylko marną namiastką fotografii!

  

Pamiętajcie jednak, że są to fotki wykonane przez Śpisiowąmamę i wszelkiego typu chęci ich wykorzystania należy skonsultować z autorką :) Tak przynajmniej głosi dobre wychowanie oraz tak zwane prawa autorskie :) Endżoj!


Co tam LaMillou czy Zara Kids kiedy najlepsze skary to te udziergane przez prababcię Reginę ;)


Handmade cottonballs wykonane ręką matki (TUtek) oraz książka wykopana (również ręką matki) w lumpeksie ;P 



Skrzynia na zabawki z motywem na ludowo (TUtek) oraz mój faworyt: kaczka na kiju w spadku po starszym koledze ;)


Dziękujemy za uwagę i (przede wszystkim) dziękujemy Ci, Śpisiowamamo, za piękne zdjęcia :*

wtorek, 16 lutego 2016

Casa de Ted

Przychodzi taki czas w życiu rodziców, kiedy trzeba się zabrać za organizację pokoju dla syna ich jeszcze nienarodzonego. Dlatego też, razem z Vincem pokusiliśmy się o metamorfozę z gatunku low cost, czyli niski budżet. Przy czym nasz niski budżet to prawdziwie niski budżet, a nie telewizyjnie/ blogersko-lajfstajlowo niski. Czyli koszty idące w tysiące nowych polskich złotych, bo oto (mniej lub bardziej znana) dekoratorka wydaje pierdyliard złotych monet na firanki, świeczki i poduszki. Tak, to jest zdecydowanie mój typ. Wracając jednak do tematu: nasza metamorfoza okazała się prawdziwie ekonomiczna, z resztą sprawdźcie sami:


Na pierwszy ogień niech pójdą ściany! Proste jak włosy Magdy Gessler cuda rąk robotniczych z okresu wczesny Gierek. Pomalowane przez Vinca farbą w kolorze białe żagle, gdyby ktoś nie wiedział: kropla szarości w litrze białej farby. Jeśli chcecie sobie przypomnieć, jak przeżyłam to malowanie, możecie o tym przeczytać  tu

Nieodzowny element dziecięcego pokoju: łóżeczko. Nasze jest sprawdzone przez przeurocze latorośle znajomych, którzy oznajmili nam pewnego dnia, że koniecznie i w trybie natychmiastowym muszą się go pozbyć (z tego miejsca jeszcze raz dziękujemy Aga Mar i Przem :*). Tym sposobem Ted dorobił się swojego wyra zanim jeszcze zorientował się, że ma dwa przeciwstawne kciuki ;)

Następna w kolejce jest moja największa (do tej pory) zachcianka ciążowa, czyli bujany fotel! Jest fantastyczny i wiem, że Ted już go lubi :) Weszliśmy w jego posiadanie drogą kupna poprzez popularny portal ogłoszeniowy (dla wtajemniczonych OLX ;) ). Tuż obok fotela postawiliśmy sosnowy regał, który służył nam przez lata w sypialni za komodę ;) Jednak do nowej roli postanowiłam go nieco odpicować. Odmalowałam go zatem w stylu shabby chicShabby to mój ulubiony styl dekoracyjny, gdyż wybacza wszelkie błędy, nierówności i mazy, a do tego jest genialny w swej prostocie (coś jak tarta – proste, acz wykwintne ;P). Zatem regał: maźnięty raz przy razie pędzlem umoczonym w białej emalii akrylowej (takiej, o!), a na nim cztery plastikowe koszyki prosto z Pepco, a pod nim karton, również tego samego pochodzenia. Na górze położyłam moje ręcznie robione cottonballsy, które już powoli zaczęły tracić nadzieję, że na cokolwiek się przydadzą (swoją drogą, oto  tutek, jak je zrobić).

Chcieliśmy też wyposażyć Teda w szafę. Z początku myśleliśmy o przerobieniu starego regału, potem szukaliśmy jakiejś fajnej używki. Pewnego dnia okazało się, że znajomi rodziców likwidują swoją sypialnię i szukają chętnych na meble. Przygarnęliśmy więc jedną z ich szaf. Było z nią trochę zachodu, bo okazało się, że to prawdziwa stolarska robota, nie żadne tam złóż-to-sam z Ikeły. Na szczęście szafa okazała się bardzo chętna do współpracy i dała się pięknie pomalować :D Szafę dodatkowo ozdobiły gałeczki, znane Wam z zagadki na fejsie, które okrasiłam małym dekupażem ;) Technikę tą postanowiłam wykorzystać też na łóżeczku :D

Wszystko po to, żeby jak najlepiej zgrać się z ulubionym mebelkiem, który chyba najdłużej czekał na swoją życiową rolę. Sprzęt ten był również inspiracją dla całego wnętrza :D Moi drodzy, skrzynia na zabawki. Kto czytał bloga, ten wie, że zrobiłam ją już ponad rok temu i nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić (a kto nie czytał, może przeczytać tu). Planując potomstwo postanowiłam więc, że będzie to skrzynia na zabawki i tak też się stało. W skrzyni zamieszkały pierwsze Tedowe zabawki (w tym rewelacyjna, oldschoolowa kaczka na kiju!).

W pokoiku pozostawiliśmy też papierowy klosz (których jestem fanką) i truskawkową fototapetę :) Na ścianie zawisł też wyjątkowy obraz: Kasztankowy konik na biegunach by #Śpisiowamama, który również cierpliwie czekał na swoje pięć minut :D













Przejdźmy zatem do kosztów (tyle się o nich napisałam na początku, że wypadałoby je podliczyć):

- fotel bujany: 280zł
- farba: Dulux kolory świata Białe żagle 5l: 90zł
- kosze plastikowe: 60zł
- emalia akrylowa do drewna i metalu LuxDecor (można nią malować zabawki) 400ml*: 10zł
- łóżeczko: barter za nowy materac do łóżka latorośli
- szafa: dobre wino

RAZEM: 440zł w gotówce plus bartery ;)

Można? Można!

Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że lepsze z nas cwaniaczki, bo najkosztowniejsze rzeczy dostaliśmy. No cóż, nie zaprzeczę. Jednak urządzając pokoik dziecięcy zawsze mamy do wyboru kilka opcji od drugiego życia starych mebli po kupno nowiutkich i pachnących mebelków od projektanta. Wszystko zależy od nas (no i trochę też od naszego portfela ;P).


*400ml emalii wystarczyło na odświeżenie łóżeczka pokrycie (jedną warstwą) regału i pomalowanie zewnętrznych elementów szafy (również jedną warstwą). Jedna warstwa pozwala uzyskać efekt shabby, jednak jeśli chcecie uzyskać efekt jednolity, potrzebne będzie więcej warstw i dodatkowa puszka emalii :)


poniedziałek, 26 października 2015

Brudna robota

Szanowni Państwo, dziś w poście z cyklu DIY przedstawiamy przecudnej urody, hipsterski makeover balona i kawałka bawełnianego sznurka (zwanego kordonkiem) przez wtajemniczonych zwanym cottonballs :)

Uprzedzam, będzie brudno i śmierdząco i niezbyt lekko, przynajmniej na początku ;) ale efekt jest rewelacyjny!


Na początek potrzebne rzeczy:

- kordonek (jeden wystarczył na wykonanie 16 niezbyt gęsto uplecionych kulek)

- vicol (0.2 kg rozdrobnione z wodą 2:1 wystarczyło na 20 kulek) 

- balony (lepiej wykorzystać balony na wodę, ponieważ klasyczne delikatnie nadmuchane wyglądają jak łezki) 

- nożyczki (ostre, ale może niekoniecznie bardzo reprezentacyjne, bo bardzo się uświnią ;)) 

- linka i klamerki (kulki będą sobie wesoło dyndać podczas schnięcia ;) )



Produkcja cottonballsów przebiega następująco:

Krok 1: dmuchamy balony do upragnionej wielkości 
















Krok 2: nawijamy kordonek na palce. Najlepiej zawijać ósemki na kciuk i palec wskazujący. Kiedy już się z tym uporamy, staramy się za wszelką cenę nie zgubić końcówki ;) 

Krok 3: moczymy nawinięty kordonek w roztworze kleju











Krok 4: nawijamy kordonek na balon
Krok 5: kroki 2-4 powtarzamy tak długo, aż uzyskamy pożądany efekt. W zależności od koncepcji, kulki mogą być rzadko lub gęsto uplecione :D













Krok 6: czekamy aż klej wyschnie. Trochę to potrwa, ale kiedy to się stanie i kordonek się usztywni, możemy przebić balony i delikatnie wyciągamy je z bawełnianej plątaniny :)






































Krok 7: w otworkach po balonach umieszczamy lampki, zapalamy i... GOTOWE!!!



czwartek, 16 lipca 2015

DIY: decoupage!

moje ulubione dzieło: "Skrzynia na zabawki" :D


Bohaterem dzisiejszego dnia jest decoupage! Jest to technika zdobnicza polegająca na oklejaniu odpowiednio przygotowanej powierzchni papierem lub serwetką. Cały trik polega na tym, aby papier czy serwetka były jak najmniej widoczne, do tego celu używa się więc różnego rodzaju klejów, lakierów, a także białka jajka (jak kto woli ;) ). Jeśli chodzi o oklejaną powierzchnię, to tutaj mamy szerokie pole manewru. Mogą to być specjalne drewniane pudełka, szklane słoiki, wazony, co kto lubi… :)

Zatem… Proszę Państwa, jak przemienić zwyczajne przedmioty w nietuzinkowe bibeloty w stylu vintage, scandi, shabby, prowansalskim, boho, itp. itd.? Oto krótka instrukcja:


krok 1.      Wybieramy przedmiot. W moim przypadku były to drewniane deseczki – tzw. odpady stolarskie (czyli jesteśmy przy tym eko! :D)

krok 2.      Malujemy przedmiot ciemną farbą podkładową. Ja używam farb lateksowych. Po malowaniu mieszkania resztki zlewam do słoików, gdzie czekają spokojnie na swoją kolej :)

krok 3.      Po wyschnięciu farby podkładowej, przedmiot pokrywamy specjalnym lakierem do spękań.

krok 4.      Kiedy lakier przeschnie nakładamy warstwę jasnej farby. Już po chwili możemy zauważyć, jak wierzchnia warstwa zaczyna pękać. Dzięki temu uzyskujemy efekt vintage.

krok 5.      Podczas gdy wierzchnia warstwa schnie możemy zabrać się za wycinanie i dopasowanie upragnionego wzoru.

krok 6.      Po dopasowaniu upragnionego wzoru pokrywamy przedmiot warstwą rozcieńczonego kleju wikolowego, białkiem jajka lub też (jak na zdjęciu) specjalnym lakierem nabłyszczającym. Do rozprowadzenia preparatu można użyć pędzelka lub gąbeczki.


Ważne!!!

1. Na warstwę podkładową wybieramy ciemniejszą farbę, dzięki temu spękania będą lepiej widoczne :)

2. Trzeba pamiętać, żeby warstwę jasnej farby nakładać w miarę pewnie, niesety nakładanie kilku warstw może spowodować, że spękania nie będą widoczne ;)

2. Serwetki dostępne w naszych sklepach mają zazwyczaj trzy warstwy, ważne jest, aby oddzielić je od siebie, ponieważ interesuje nas tylko warstwa wierzchnia ;) Niektórym wyda się to oczywiste, jednak Megi tworząc swój pierwszy decoupage (metodą prób i błędów) zapomniała o tej części, efektem czego były dramatycznie kiczowate dekupażowe jajka wielkanocne (kto doświadczył, ten wie ;) ).

3. Preparatu do spękań używamy jeśli chcemy uzyskać efekt vintage. W ten sposób nadamy bibelotom efektowny wiekowy look ;)

 Przypływ radości z okazji narodzin mojej pierwszej siostrzenicy (w końcu siostra cioteczna to też siostra:) ):D

 "Light my fire"

Na bogato i na niebiesko :)


piątek, 27 lutego 2015

Jak to z kuchnią było

Ilekroć przestępowałam próg mej kuchni, na usta cisnęły mi się przekleństwa. Nie mogłam pojąć, czym kierowali się poprzedni właściciele wybierając glazurę i dopełniającą ją tapetę. Ta druga zginęła jako pierwsza, niestety glazury tak łatwo zastąpić się nie da. Jednak co począć, kiedy własna kuchnia jest źródłem coraz większych frustracji i przekleństw w myślach? Na dodatek własny i osobisty małż nie chce nawet słyszeć o wielkich remontach, czemu wtóruje głośny opór portfela!

Tu z pomocą przyszły mi Internety, które już jakiś czas temu podsunęły mi alternatywne rozwiązanie: FARBA DO GLAZURY (!!!) Po krótkim rozpoznaniu rynku farb wszelakich, kilkugodzinnej lekturze oraz jednemu odcinkowi programu o metamorfozach wnętrz odnalazłam farbę, której szukałam. Niestety nie uświadczysz jej w marketach budowlanych (zamiast tego można otrzymać pełne zdziwienia spojrzenie sugerujące, że jednak chyba masz coś nie tak z głową ;P ). Jednak okazało się, że rzeczona farba znajduje się na wyposażeniu większości sklepów specjalizujących się w sprzedaży farb.

No i poszło: najpierw przygotowanie powierzchni. Na opakowaniu jest napisane, że powierzchnie połyskliwe należy najpierw oczyścić i zmatowić papierem ściernym. O ile czyszczenie było dla mnie oczywiste, to już zabawy z papierem ściernym postanowiłam sobie odpuścić. Do malowania wybrałam wałeczek (jak się okazało, taki sam, jak do malowania ścian farbą lateksową). Raz przy razie (jak mawia mój tata), kawałek po kawałku i pół ściany pomalowane. Później drugie pół. Druga ściana poszła równie gładko. Okazało się, że farba nadaje się do malowania przez osoby nieco mniej manualnie sprawne (na przykład tak, jak ja), nie rozmazuje się i nie pozostawia śladów. Pierwsza warstwa nie pokryła co prawda naszych wspaniałych kuchennych mazajów, ale druga warstwa owszem. Do tego dobrze pokrywa fugi (!), schnie szybciutko (choć drugą warstwę i tak lepiej nałożyć po 24 godzinach). Normalnie farba typu smart ;P A koszt? 69 (słownie: sześćdziesiąt dziewięć) złotych! Co prawda farba nie pachnie fiołkami i nie zaleca się wylewania jej wraz z domowymi ściekami, ale z drugiej strony nie trzeba też wietrzyć pomieszczenia przez dwa tygodnie ;) .


Tym sposobem w ciągu zaledwie kilku dni pozyskałam (prawie że) nowiutką kuchnię bez kucia, tynkowania, klejenia, szpachlowania i fugowania na nowo.

                                  Przed                                                  
 W trakcie
 Po :)
Sprawca całego zamieszania ;)

czwartek, 19 lutego 2015

Dwie lewe ręce?

Przypomniało mi się, że niedawno oglądałam w „Faktach” reportaż o tym, jakim jesteśmy ułomnym społeczeństwem. Oglądając materiał w telewizji doszłam do dwóch wniosków:
Po pierwsze – twórcy materiału, jak i wspomnianego w nim artykułu dali mi odczuć, że ja i moje pokolenie jesteśmy niezaradni i opóźnieni. Nie potrafimy poradzić sobie z naprawą najprostszych urządzeń, mało tego, jedyny przejaw majsterkowania to umiejętność zmieniania baterii w pilocie. Naszła mnie jednak przy tym mała refleksja: ci państwo(mam na myśli twórców reportażu) zapomnieli chyba o tym, że to właśnie media pomagają wielkim koncernom wdrażać swoją politykę celowego tworzenia słabych jakościowo produktów tylko po to, aby po ich zepsuciu, konsument kupił nowy. Ciekawi mnie jak mam naprawić baterię w moim smartfonie, jeśli jest ona integralną częścią telefonu, a producent nie przewiduje opcji rozłożenia go. Co z moim telewizorem, w którym twórca instaluje najtańszy z możliwych chip, po którego awarii telewizor nadaje się na śmietnik, a jego naprawa przewyższa koszty zakupu nowego sprzętu? Nakręciłam się, więc jadę dalej: co z moim samochodem? Pamiętam, jak mój tata kupił poloneza, który już wtedy był wiekowy, a jeździliśmy nim kolejne wieki. Auto, którym Vincent przemieszcza się na co dzień i od święta ma piętnaście lat i już chyli się ku upadkowi.

Po drugie: chciałabym zgłosić jednak sprzeciw wobec takiego uogólniania! Moja utalentowana siostra tworzy własnymi rękoma cudne rzeczy (obrazy, przedmioty, zabawki, nawet rzeźby), dodatkowo jest w stanie naprawić wszelkie usterki domowe typu uszczelnianie, dokręcanie, wiercenie, wbijanie gwoździ, drobne naprawy systemowe, malowanie, tapetowanie, itd., itp. Następny w kolejce jest mój małż, Vincent, który doskonale radzi sobie z drobną naprawą zegarków, drobnych sprzętów AGD (na szczęście nic z dużego AGD jeszcze nam się nie zepsuło :P) oraz naszej domowej floty. Ja natomiast w naszym domu zajmuję się skręcaniem mebli, malowaniem oraz drobnym ozdobnictwem, więc nie sądzę, żebyśmy mieli dwie lewe ręce. Nawet jeśli, to w myśl nowoczesnych ruchów pedagogicznych i psychologicznych ludzie leworęczni są tak samo wartościowi i manualnie sprawni, jak ci praworęczni.


Podobnie jak w harcerstwie niektóre sprawności zanikają i są zastępowane innymi (bardziej na czasie), podobnie w ludziach, pewne zdolności zanikają (np. umiejętność pisania na maszynie ;) ) na rzecz innych. Nie ma co ukrywać, że wszyscy jesteśmy ofiarami konsumpcjonizmu i reklam, a o tym, że sprawność majsterkowicza w narodzie nie zanika mógł przekonać się każdy, kto chociaż raz zakupił meble w Ikei ;)

Skrzynia po amunicji, wygrzebana w garażu u teściów i własnoręcznie przytaszczona przez Vincea ;) ozdobiona na folkowo przeze mnie :D