Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona i on. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona i on. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Syndrom niespokojnej ciężarówki

Czekanie… CZEKANIE… CZE KA NIE! Czyli o tym, jak szlag mnie trafia i przechodzę transformację Megazorda! Dlaczego? Ano dlatego, że muszę CZEKAĆ , czyli siedzieć na tyłku i odliczać wolno płynące minuty podczas, gdy ktoś inny robi coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym zrobić JA!!!

#Śpisiowamama


W tym wypadku tym ktosiem jest Kolega Małżonek, a to coś to nic innego, jak malowanie. Tak jest. Malarstwo ścienne jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie domeną kobiet. Matka malowała ściany (ba! Dalej maluje), siostra maluje ściany (i nie tylko), to i ja maluję, a jakże! Problem pojawił się w momencie, kiedy w moim brzuchu zamieszkał Ted i wszyscy wokoło (z moim zdrowym rozsądkiem włącznie) mówią mi, że malowanie we dwoje to nienajlepszy pomysł. Dlatego należało zrobić to, co w zarządzaniu nazywa się delegowaniem uprawnień, czyli poprosić o pomoc kolegę małżonka!

Reakcja Vinca na wieść o rychłym malowaniu była mniej więcej taka sama, jakbym zaproponowała mu całonocny shopping w galerii połączony z prezentacją najnowszych trendów w makijażu, której towarzyszy dwugodzinny wykład na temat wyższości butów Manolo Blahnik nad Louboutin… Jednym słowem: Let’s do it!

Myślałam, że do szału doprowadzą mnie dociekliwe pytania w stylu: Czy to malowanie, to na serio? A nie może być tak, jak jest? Ale ten kolor jest ładny? Naprawdę już ci się nie podoba ten biały? Gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek…

Dzielnie i z medalową konsekwencją przyszłej matki utrzymywałam, że malowanie jest konieczne i basta! Kolega Małżonek nie miał wyboru, zaklepał urlop w mordorze i ruszył z kopyta… Kompletowanie sprzętu, analiza jakości i składu zakupionej folii malarskiej, analiza porównawcza taśm, wreszcie malowanie sufitu i implementacja farby na powierzchnię użytkową! Wszystko z największą starannością, ale co tu się dziwić, w końcu powiedzenie: Trust me, I'm an engineer! zobowiązuje. Kolega Małżonek do większości prac domowych podchodzi właśnie w ten sposób: zbieranie sił - analiza stanu faktycznego - plan naprawczy - działanie.

Ogółem wyszły cztery dni. CZTERY dłuugie dni, podczas których ja obżarłam moje piękne paznokcie niemal aż do kości. Cztery doby po dwadzieścia cztery godziny, podczas których odgryzłam sobie język, żeby nie udzielać małżonkowi złotych rad i nie zadawać kretyńskich pytań. CZTERY dni ze świadomością, że sama zrobiłabym to wszystko w dwa i tym samym byłabym już na etapie ustawiania mebli, albo nawet picia herbatki w nowym-starym salonie. Taka to jest różnica między inżynierskim umysłem, a dzikością tequili ;) A gdzie tu jeszcze malowanie grzejnika?!

A idź pani w… niwecz! Zdaje się słyszeć podświadomie.

Postanowiłam jednak podejść do tematu jak do treningu rodzicielskiego. Ot, taka szkoła cierpliwości przed samodzielnym ubieraniem się Teda, jedzeniem, wiązaniem butów, czy rozwiązywaniem równań kwadratowych i odmianą czasownika posiłkowego ;) Poza tym, po prostu opuściłam domowy przybytek na dni kilka i wyprowadziłam się na ten czas do matki ;P wpadając tylko od czasu do czasu na rekonesans połączony z pełnymi uznania wyrazami akceptacji. Albowiem, zgodnie z zasadą rodzicielstwa: należy doceniać każdy wysiłek i trud podejmowany w dążeniu do celu, a także chwalić za pozytywne rezultaty ;) Bo przecież nie trudno domyślić się, że rezultaty są dość niesamowite :D

czwartek, 22 listopada 2018

NIE MA ZA CO?

Jest czwartek, godzina piąta zero zero. Dzwoni budzik, a ja otwierając oczy marzę o tym, żeby był już wieczór, żebym mogła położyć się spać…

Na wpół śpiąca idę do kuchni po tak zwany lifesaver wszystkich ludzi, czyli kawę, kiedy przypominam sobie, że od kilku dni mam zepsuty ekspres, a spieniacz do mleka tydzień temu zaliczył upadek z szafki kuchennej i rozsypał się w drobny mak (przy okazji szybka recenzja spieniacza do kawy z Ikea: jeśli nie planujecie rzucać nim ze średniej wysokości, to polecam!). Znaczy się trzeba umyć kawiarkę i kolejne minutki lecą…

Jak większość kobiet na tej planecie, mimo niedomykającej się szafy, nie mam się w co ubrać. Znowu wytykam sobie, że nie posłuchałam Kasi Tusk i nie przygotowałam sobie stroju wieczorem…

Poranna batalia z dzieckiem… Kwestia obudzenia, przeprowadzenia czynności okołoporządkowych i przewiezienia do placówki opiekuńczej zajmują mi tyle energii, że właściwie mogłabym od razu położyć się spać. Wiadomo, zgodnie z najnowszymi trendami w parentingu należałoby zapuścić delikatną muzykę w tle, wykonać kilka pozycji z jogi, zjeść wspólnie pożywne śniadanie i podążać za dzieckiem i jego porannymi potrzebami… No właśnie, należałoby… Zamiast tego jest ubieranie na śpiocha, płacz, krzyk, nerwy, przeprosiny i ostre negocjacje…

Jadąc do pracy myślę sobie, że dziś jest TEN dzień, w którym jeden fałszywy ruch zza drugiej strony biurka poskutkuje moim zwolnieniem dyscyplinarnym albo złożeniem wypowiedzenia. To dziwne, jak za każdym razem loncik wydaje mi się krótszy, a jednak wciąż tam jest…

Po powrocie rozglądam się po mieszkaniu i zastanawiam, czy bałaganiarstwo to rzecz wrodzona czy nabyta? Nie mam jednak zbyt dużo czasu na rozmyślanie o sensach istnienia sobót gospodarczych i tym, gdyż okazuje się, że nas pies jest w niedyspozycji żołądkowej. Właściwie trudno jej się dziwić, przy tak silnym instynkcie łowieckim i tyloma skarbami do zjedzenia na każdym trawniku. Jedziemy więc do weterynarza, gdzie po licznych USG i badaniu krwi okazuje się, że to zwykła sraczka. Ta zwykła sraczka kosztuje mnie jakieś trzysta nowych polskich złotych…

Wieczór. Mimo wszelkich zabiegów okołonocnych dziecko nie chce spać, bo tak bardzo wstrząsa nim fakt wyjechanego ojca, że zwyczajnie nie może tego ogarnąć. W końcu jednak zasypa. Ja razem z nim, jednak to jeszcze nie mój czas, bo czeka mnie praca…

Siadam do testów po raz kolejny zastanawiając się nad sensem ich istnienia i mimo wszystko, kolejny raz je sprawdzając. Pomiędzy rozumieniem ze słuchu, a odmianą czasownika to be wpada mi do głowy kilka sprawdzonych przemyśleń odnośnie absurdów polskiej edukacji, ale nie mam za bardzo czasu się w nie zagłębiać, bo zbliża się dwunasta. Zasypiam nad trzecim testem...

_________________________________________________________________________

Dziś jest 22. listopada. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej trwa w najlepsze Thanksgiving, czyli święto dziękczynienia. Piękna tradycja doceniania drobnych problemów dnia codziennego jako wyznacznika dobrobytu. Moim zdaniem jedna z lepszych imprez eksportowych tego kraju.

Osobiście nie jestem wielką fanką listopada, tegoroczny jest jednak dla mnie przepełniony refleksją i walką o optymizm. Nie wiem, czy to metryka, głupota, czy szybki kurs pozytywnego myślenia w mediach społecznościowych, ale bardzo staram się dostrzegać jednak szklankę do połowy pełną. Mam już dość narzekania i użalania się nad sobą.
Kiedy Kolega Małżonek wyjeżdża, odliczam dni do jego powrotu i cieszę się, że wróci za trzy tygodnie, a nie za pół roku. Kiedy psuje mi się samochód, cieszę się, że stać mnie na taksówkę i doceniam komunikację miejską. Kiedy syn rozlewa na ścianę jagodowy koktajl, wykorzystuję to jako pretekst do przemalowania ścian w pokoju, które od dawna mnie wkurzały.

Jeśli bowiem zepsuty ekspres i rzygający pies mają być miarą dobrobytu, to poproszę tylko takie problemy pierwszego świata!


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poradnik dla ojców

Mój szwagier wkrótce zostanie ojcem po raz pierwszy i na tę okoliczność przygotowałam zarówno dla niego, jak i dla innych jemu podobnych mały poradnik:

Rób, jak uważasz, uważaj, jak robisz. Ogólnie trend jest taki, ze nie zmusza się panów do obecności podczas porodu. W sumie mnie to nie dziwi. Byłam, widziałam i muszę stwierdzić, że faktycznie, brałam udział w lepszych eventach. Z drugiej strony, nas, kobiet jakoś nikt nie pyta o zdanie w kwestii obecności przy porodzie, więc chyba sprawiedliwie byłoby, żeby oboje sprawców odhaczyło się na sali w tym szczególnym dniu. Natomiast, już tak bardziej serio, to ojciec na sali porodowej przydaje się po pierwsze dlatego, ze jest ojcem i kto inny miałby powitać swojego potomka na świecie jak nie ojciec? Po drugie, pamiętacie ze szkoły akcje pod pokojem nauczycielskim pt. „Ja pukam, ty mówisz”? No więc na porodówce przydaje się czasem właśnie taki ktoś, kto puka - niby nic, a jednak towarzysz ;) Po trzecie, kiedy trzeba na chłodno ocenić sytuację, przydaje się ktoś, kto zdecydowanie walnie pięścią w stół.

Równouprawnienie i równouobowiązkowienie. Jako współsprawca jesteś współodpowiedzialny za sterowanie tą małą machiną zwaną wychowanie dziecka. Jednak to wcale nie oznacza podbijanie karty na zakładzie od rana do nocy, trzepanie nadgodzin i przynoszenie do domu w zębach kapuchy. To oznacza, ze masz zarówno prawo, jak i obowiązek zmieniania zasrutanych pieluch, wizyt u lekarza, szczepień i wycierania glutów z nosa. Dzięki temu masz też prawo do zabaw i rozrywki wszelkiej, tulenia, miziania i cykania słodkich fotek. Jednak, drogi Panie Przyszły Tato, pamiętaj, że dziecko jest od urodzenia, a nie od trzeciego roku życia. Jeśli od początku nie będziesz obecny w jego życiu, trudno będzie ten czas potem nadrobić.

Kobieta po porodzie się zmienia. Wiem, że to brzmi niesamowicie, odkrywczo i w ogóle, ale to prawda. Jeśli myślisz, że po powrocie do domu ze szpitala odłożycie dziecko do łóżeczka, wpadniecie sobie w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie to z pewnością tak będzie, ale najpierw będzie, strach, stres, hormony, pot, łzy i nerwy. Będą dresy i worki pod oczami, będzie milion pytań, na które będziesz musiał udawać, że znasz odpowiedź. Będą pretensje, że zbyt często i na zbyt długo wychodzisz… Ale… kiedy to tylko możliwe, pamiętaj, że pierwsze dziecko to dla nas też mega wyzwanie. Że za większością tych wyrzutów stoją nadwyrężone nerwy, niewyspanie, zmęczenie i zazdrość (najczęściej o to, że Ty sobie wychodzisz, a ona w tym czasie musi siedzieć z dzieckiem bo przecież cycków w domu na całą noc nie zostawi). Rodzicielstwo to emocjonalny roller coaster. Tu uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili jest się wściekłym, za chwilę wzruszenie odbiera Ci mowę po to by zastąpiło je zmęczenie, po którym następuje największa w świecie radość. Przy odrobinie cierpliwości, rozmowie, randce od czasu do czasu i umożliwieniu Pani Matce  zamiany drechu na wyjściową kieckę, z pewnością będziecie, żyli długo i szczęśliwie.

Rodzic idealny nie istnieje. Usłyszysz o nim, co prawda, wiele razy. Będzie Twoim sąsiadem, synem siostry szwagra wuja drugiego męża kuzynki od strony teściowej, znanym aktorem czy panem w sklepie. Jednak pamiętaj, że tacy ludzie są jak duchy - wszyscy o nich mówią, a mało kto widział. W rodzicielstwie, jak w życiu, nie ma ideałów. Możliwe, że syn kolegi recytuje już alfabet, a córka sąsiada sama się odpieluchowała, ale przecież wiadomo, że nikt nie będzie przyznawał się do tego, że ma dość, że właśnie pokłócił się ze starą, a dziecko wpada do pokoju w najmniej odpowiednim momencie.

Rodzicielstwo to praca zespołowa. Jeśli więc wciąż masz problemy z #teamspirit to najwyższy czas go w sobie poszukać. To projekt mega długodystansowy, w stylu bardziej let’s-talk-about-challenges-not-problems i raczej pro bono, wiec nie ma co się nastawiać na gratyfikacje czy premie. Mało tego, nie da się ukryć, ze do tego interesu trzeba jeszcze co nieco dołożyć. Na pochwały i słowa uznania raczej nie ma co liczyć, bądź jednak pewny, ze wszyscy będą czyhać na najmniejsze Twoje potknięcie. Zanim jednak zwrócisz się z uznaniem do Starej, ze pięknie młodzież wychowała, pamiętaj, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska i o ile nie masz pod ręka dowodu na to, ze zrobiłeś to lepiej, zastanów się ze swoją kobietą, jak możecie to naprawić. Jak to mówią: w kupie siła!

Ponieważ wiem, że panowie wolą krótko, zwięźle i na temat, zakończę na tych kilku złotych radach. Pamiętaj, Ojcze, ze rodzicielstwo to mega przygoda, a chyba żadna przygoda nie przychodzi łatwo. Przerażony? Zacytuję Ci jeszcze Monice Coelho (F.R.I.E.N.D.S): Welcome to the real world! It sucks - you're gonna love it!

Macie jeszcze jakieś złote rady dla przyszłych ojców? Komentarze są Wasze! Enjoy!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego mama wraca do pracy?

Powracam do Was w wielkim stylu i z przytupem! Być może powinnam zacząć od przeprosin, napisania szczerych wyrazów żalu i obiecania poprawy. Problem jednak w tym, że nie byłyby one szczere… Celowo nie pisałam tak długo, bo zwyczajnie nie miałam o czym tutaj pisać, a chcąc utrzymać poziom i wiedząc, ze duża część z Was po prostu tandetnej bablaniny nie zniesie, postanowiłam nie pisać wcale ;) Dziś jednak podzielę się z Wami tematem, który już od jakiegoś czasu bardzo mnie frapuje. Otóż za chwilę wyjawię Wam szokującą prawdę o swojej rodzinie, więc się przygotujcie, bo będzie grubo! Gotowi? To uwaga!


Dacie wiarę, że minął już rok odkąd Ted jest z nami? Wiem, że brzmi to jak tanie i wyświechtane hasełko typowego nośnika reklamowego na Instagramie, ale to najszczersza PRAWDA! Z tej okazji zbliża się mój powrót do pracy. Wiem, ze w tym momencie Wasze analityczne umysły zaczną przeliczanie… No bo jak to? Dzieciak ma rok, a ona już wraca do pracy?! Ano tak to, gdyż postanowiłam dobrodusznie podzielić się urlopem rodzicielskim z Kolegą Małżonkiem! I tak naprawdę to łaski mu żadnej nie robiłam, bo to tak samo jego prawo, jak i moje. Po prawdzie to on mi zrobił łaskę, że tylko dwa miesiace tego urlopu wziął ;)

Ludzie generalnie nawet nie pytają nas, skąd ta fanaberia. Zamiast tego dziwnie wykrzywiają usta, przechylają głowę i wzdychają AHAAA… I mogę sobie tylko wyobrazić pytania, jakie piętrzą się w ich głowie. Wychodząc zatem naprzeciw zapytaniom narodu spieszę z odpowiedziami:

Po pierwsze primo, jak już wspomniałam, urlop rodzicielski nazwany jest rodzicielskim nie bez kozery. Prawo do skorzystania z niego (w wymiarze 32 tygodni na jedno dziecko) mają bowiem rodzice, czyli kolektyw w składzie matka i ojciec. Wiele osób o tym wie, ale niewiele korzysta. Takie czasy.

Po drugie primo stając się dorosła i samowystarczalna doszłam do wniosku, że skoro już te wszystkie instytucje jak energetyka, Polskie Górnictwo Naftowe i Ciepłownictwo, telefonia komórkowa czy spółdzielnia tak namiętnie do mnie piszą co miesiąc ileż to im wiszę, to już postaram się płacić na czas. Do tego, musicie przyznać, jakże niespotykanego hobby, dołączyłam również kredyt hipoteczny i jego też wolę mieć z głowy, bo z bankiem lepiej nie zadzierać ;)

Kolejna sprawa jest taka, że przegapiłam swoją szansę i w trakcie urlopu nie otworzyłam żadnego, ale to ŻADNEGO biznesu na szpilkach. Moje miasto nie wzbogaci się o wegańską knajpkę serwującą hipsterskie zapiekanki z majonezem ze świeżopu, bezglutenowe pierożki, brownie z fasoli i sojową latte… Nie skończyłam też kursu kroju i szycia, lokalsi nie będą więc mogli kupić ode mnie słodkich, dziecięcych ciuszków uszytych w duchu montessori. Dlatego, sorry, ale muszę wrócić do swojej dawnej pracy zarobkowej ;)

Nie bez znaczenia jest też nauka, jaką przekazała mi mama. Otóż powtarzała ona zawsze, że kobieta, niezależnie od tego z jak bogatej rodziny pochodzi i w jak bogatą rodzinę się wżeni (czy raczej wmęży ;P) , powinna mieć swoje, choćby najmniejsze, pieniądze. Wiadomo, jak to jest z meża pieniędzmi. Dziś są w nadmiarze, jutro ich nie ma. Dodatkowo, pracującej żonie nikt nie zarzuci braku wkładu do domowego budżetu. Owszem, można się wykłócać nad tym, że przecież praca w domu to też praca i nawet znacznie cięższa od tej na etacie. Jednak konia z rzędem temu, kto do tej prawdy przekona ZUS…

Ostatni argument na mojej liście jest, moim zdaniem, najważniejszy. Wiele razy słyszałam tekst o tym, jak to będę mogła sobie odpocząć na “urlopie”, albo jakiego to mam farta, bo nie idę w poniedziałek do pracy. Znamy te teksty doskonale. Nie zrozumcie mnie źle, na tym urlopie rzeczywiście odpoczęłam od pracy i spraw okołopracowych. Nabrałam dystansu i odzwyczaiłam się od wstawania o świcie (a przynajmniej nie ostatecznego wstawania o świcie). Jednak, nie czarujmy się, z prawdziwym urlopem ma to niewiele wspólnego ;) Moim zdaniem każda kobieta, którą wkurzają wyświechtane teksty o niewyrywaniu sobie rękawów na urlopie macierzyńskim powinna podzielić się jego dobrodziejstwem z ojcem dziecka. W końcu mężczyzna ów całkiem konkretnie przyczynił się do jego powstania. Niech ten strudzony ośmiogodzinną pracą chłop zobaczy i na swej własnej skórze skosztuje tego cymesiku, niech się nim zachłyśnie, żeby potem nie gadał na prawo i lewo, że dzieci to jest luzik, spijanie sobie z dziubków i pierdzenie tęczą. Że są takie słodkie i kochane i, że kompletnie nie rozumie, czemu ta baba taka wkurzona non stop chodzi i dbać o siebie przestała, a w nocy zamiast mieć ochotkę na baraszkowanie, pada jak zastrzelona czapla. Tak, kobiety, mężczyzna jest tak skonstruowany, że choćbyśmy mu film instruktażowy pokazały, to dopóki nie doświadczy, to nie uwierzy. Mój niby wierzy i sam chce, dlatego z całego serca życzę mu powodzenia :D



piątek, 12 sierpnia 2016

Czarna trzynastka


Kiedy jakieś siedemnaście lat temu poznałam Kolegę Małżonka dźwięk jego imienia przyprawiał mnie o charakterystyczny i jakże subtelny, nastoletni rechot. Co nie omieszkała wypomnieć mi moja własna, rodzona matka, kiedy jej wyznałam, że synowi naszemu nadamy imię Tadeo ;) Ale wróćmy do meritum:

ON był chudy i szczurowaty, JA atrakcyjna inaczej i gdyby wtedy ktoś oznajmił mi, że to właśnie ON będzie ojcem mego dziecka, zeszłabym niechybnie od nadmiaru śmiechu. Spotykaliśmy się, można rzec, w miarę regularnie, gdyż oboje działaliśmy aktywnie w organizacji młodzieżowej zwanej Związkiem Harcerstwa Polskiego ;) Zatem wiadomo, jak to u harcerzy, zbiórki, apele, obozy, biwaki... No ogólnie często się widywaliśmy,a mimo to każde patrzyło w inną stronę ;) Ja bardziej w stronę arcyprzystojnego kolegi (z tego miejsca pozdrawiam Cię, Mati), a on bardziej w stronę mej serdecznej przyjaciółki  (pozdrawiam Cię, Małgosiu ). I tak sobie patrzyliśmy, każde w swoją stronę dopóki kilka lat później nie spotkaliśmy się u naszej wspólnej koleżanki na imprezie urodzinowej :D Ach, cóż to była za historia! Ja wystawiona do wiatru przez ziomka ze szkoły (pozdrawiam Cię, Damianie), a on mający dziewczynę  (pozdrawiam Cię, Zuzanno). Logiczne, że i tym razem nam nie wyszło. Jednak trafił nam się chyba wyjątkowo uparty Amor, bo chociaż wymieniliśmy się numerami telefonów! 

Bujaliśmy się z tymi numerami chyba z rok, aż w końcu umówiliśmy się na niezobowiązujące piwko. No wiadomo, że niezobowiązujące piwka są najlepsze,  bo potem okazuje się, ze do czegoś tam jednak zobowiązują i wcale na jednym się nie kończą ;)

Całe dwa tygodnie przetrwał nasz związek, kiedy to w swej butności postanowiłam, że to chyba jednak nie to i zdecydowałam o przerwie. Jak jednak wiadomo, coś takiego jak przerwa od związku nie istnieje i albo się w nim jest, albo nie. Zatem w ten czas stwierdziłam, że jednak nie :P Ten nasz Amor prowadzący ma jednak ewidentnie płacone za godzinę, bo po półtora roku znowu wybraliśmy się na niezobowiązujące piwko i jeszcze bardziej niezobowiązujący koncert. Tym razem chyba wszystko było bardziej zobowiązujące, gdyż jesteśmy zobowiązani tak do dziś.

W tak zwanym międzyczasie wzięliśmy ślub.  Nie dlatego, że jesteśmy jakoś bardzo wierzący, ale głównie dlatego, że mama mi kazała ;) No i chyba, jak prawie każda dziewczynka, marzyłam o mega imprezie na moją cześć, na której wystąpię w ekstra kiecce za marsjańskie dolary. Wychodząc za mąż byłam, zdaje się, nielichym ryzykantem ;) Oboje byliśmy bezrobotni (on dopiero co stracił robotę, a potem znów stracił robotę i znów... a przede mną był ostatni rok studiów i zbezczeszczony plan o tym, że przecież do chwili otrzymania dyplomu miałam być radosną utrzymanką ;) ), nie mieliśmy tez za bardzo gdzie mieszkać i tym bardziej za co. A jednak się udało i już właściwie po roku mogłam pokazać życiu fakersa niczym Agnieszka Chylińska. Kolega Małżonek z bezrobotnego stał się robotnym, ja w ostateczności nie zostałam utrzymanką i któregoś dnia jak na szczęśliwych konsumentów przystało zaczerpnęliśmy ze źródła kredytów hipotecznych i związaliśmy się świętym węzłem bankowym, którego pęta silniejsze są chyba niż te kościelne;) Serio, ilekroć zostanę przez Kolegę Małżonka zainspirowana do poszukiwania prawnika rozwodowego, przypominam sobie o tym kredycie i jakoś mi przechodzi ;)

Gdyby jeszcze ktoś tego nie zauważył, to nie jesteśmy idealną parą. Jemu po wypiciu kilku głębszych z buzi nie pachnie szachami, a ja po przebudzeniu nie wyglądam jak gwiazda filmowa. Mimo szerokiej wiedzy psychologiczno-pedagogicznej i faktu, że mogłabym niemal zamieszkać w Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to często teoria pozostaje teorią, a mnie i tak dopadnie trójka Drombo, czyli szlag, foch i PMS. Myślę, że z powodzeniem można stwierdzić, że jesteśmy siebie warci. Każde z nas ma coś za uszami. Może niekoniecznie w tej samej dziedzinie, ale to przecież nie szkolny system wagowy, żeby licytować się, kto za tymi uszami ma więcej;) Zwłaszcza, ze on ma większe uszy, więc logiczne, że ma więcej;)

Tymże rozpasanym tekstem chciałam się pochwalić, że oto stuknęła nam właśnie szósta rocznica ślubowania, które złożyliśmy sobie w piątek, trzynastego około godziny szesnastej. Czasem było pechowo, a czasem nie ;) Zobaczymy, jak to się wszystko dalej potoczy ;) Trzymajcie kciuki :D Wasze zdrowie!




P.S. Zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, jeśli masz chęć, napisz do mnie, a podam Ci namiary na autorkę ;)

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Matki

Klęska urodzaju. Dzień Matki i Boże Ciało w jednym. 4.45. Kolega Małżonek nachyla się nade mną i czule muska ustami mój policzek. Otwieram jedno oko, potem powoli drugie. Uśmiecham się, na co on mówi aksamitnym głosem: „Obudził się…” [bęc!] Próbuje się jeszcze tłumaczyć, że próbował go uśpić, ale że już późno, a on musi się zbierać do pracy…

Kto w ogóle pracuje w Boże Ciało?! Internetów się burżujom zachciewa, a potem mój stary musi zasuwać w świątek, piątek czy niedzielę! Ale nie o tym…

Skrzydła matczynej miłości podnoszą mnie z łóżka. Serio, gdyby nie one, to wcale bym nie wstała. Niczym bohaterka Nocy żywych trupów zmierzam ruchem posuwistym do komnaty jaśnie pana, który po raz kolejny tego dnia wzywa (przypomnę tylko, iż wciąż jeszcze na zegarze nie wybiła piąta!). Szybka ocena sytuacji: na szczęście nie jest źle. Młody zrezygnował z opcji Dziecko Rosemary i sięgnął po lżejszy kaliber, jakim jest delikatne zawodzenie i meczenie niczym mała koza. Jednym słowem: sytuacja jak najbardziej do ogarnięcia. Po wielkości gałek ocznych i zagęszczeniu ruchów wnioskuję, że spania już raczej z tego nie ukręcimy, przynajmniej nie do śniadania ;) Rozsiadam się zatem w bujanym fotelu z Młodzieżą pod pachą. Młodzież ta wije się jak mała flądra wyciągnięta z wody, co niestety nie wróży dobrze. Grymas na twarzy też nie byle jaki, ale cały czas jeszcze mam nadzieję… Paradoks naszej sytuacji polega na tym, że ja przymykając oko niemalże usypiam, natomiast Młodzież zdaje się W OGÓLE NIE MRUGAĆ. Oczy ma za to wielkie jak pięć polskich nowych złotych, a mina wciąż nie zapowiada niczego dobrego. Lulamy się zatem w tym fotelu i zastanawiam się, o co Młodzieży może tym razem chodzić. Staram się przy tym nie przejmować, że moje dociekania przypominają nieco rozmowę głuchego z niemową. Nie sięgam już nawet po moje dwie mądre księgi pod tytułem parentingowy must have, bo boję się, że gdybym tylko zaczęła się w nie zagłębiać o tej porze, okazałoby się, że najprawdopodobniej nawaliliśmy z Kolegą Małżonkiem na całej linii. Przez to nasz syn będzie asymetrycznie zdezintegrowany sensorycznie, a jego rozwój będzie nieharmonijny. Do tego będzie niestabilny emocjonalnie, niepewny siebie i niezdolny do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie, przez co skończy jako menel pod sklepem monopolowym, albo jakiś ultraprawicowy polityk (!!!!!). No z czym do ludzi?!

Nie wiem, czy to kwestia wczesnej godziny, ale widzę nagle, jak autorka jednej z książek każe wyrzucić mi kubek Super Mamy, który dostałam już na tak zwany zaś. Autor drugiej za to dzwoni już do opieki społecznej, żeby uprzejmie donieść o moich parentingowych niedociągnięciach.

Nagle dociera do mnie, że w komnacie jaśnie pana jest jakoś cicho. Patrzę na Młodzież – oko zamknięte, drugie też. Małe usta wykrzywione na kształt uśmiechu. Zdaje się, że dziecię chciało się poprzytulać… No i tak to możemy pracować ;)

www.pinterest.com



#happymothersday

niedziela, 24 kwietnia 2016

Z narodzinami Teda tak było...

Kiedy się wypełniły dni i nastał dzień w karcie ciąży nazwany planowanym terminem porodu, obudziła się Megi o brzasku czując dyskomfort w łonie (przy czym dyskomfort to bardzo łagodne określenie w stosunku do tzw. real feel, ale za to jakże szlachetne ;) ). Poprosiła zatem kolegę swego małżonka, aby zrezygnował w tym dniu ze swej wyrobniczej korpopracy i udał się z nią do gabinetu lekarza swego prowadzącego, w którym to miała odbyć się zaplanowana wcześniej wizyta kontrolna. Wszak zwolnienie lekarskie nie trwa wiecznie i należało je w owym czasie przedłużyć. Zatem odwołał Vince wszelkie zaskedżulowane taski i udał się z małżonką swoją w lekarskie progi, gdzie lekarz zbadawszy Megi oszacował, iż rzeczonego dyskomfortu porodem nazwać jeszcze nie można (jak to mówią ginekolodzy: rozwarcie dość skromne ;) ), jednakowoż postęp dokonać się może w nadchodzących godzinach. W drodze powrotnej dyskomfort Megi przybierał na sile tak, że po powrocie do domu okazało się, iż jest on regularny, co cztery minuty i okraszony dość silnym, jak na kobietę, uściskiem dłoni, który niemalże miażdżył palce (co Vince odnotował w swym kajeciku jako skurcz mocny ;P). Zarządził więc Vince stanowczo ewakuację i odprowadził małżonkę swoją pod prysznic, aby nieco ulżyć jej cierpieniom.

Dokładnie w południe ich oczom ukazały się otwierane automatycznie drzwi położniczej izby przyjęć, gdzie już przebywało kilka ciężarnych. Po krótkim wstępie wędrowała już Megi korytarzem szpitalnym ku gabinetowi zabiegowemu, w którym to lekarz orzekł pierwsze dopiero porodu podrygi i zalecił odczekanie swego na sali przedporodowej w towarzystwie dziarsko pykającego dźwięku KTG. Vinca zaś na ten czas odesłano do domu tłumacząc, iż wiele jeszcze wody w rzece upłynąć może zanim wody wiadome z wiadomego miejsca odpłyną i narodziny się rozpoczną. Pojechał więc on psem się wspólnym zająć i o obiad własny się zatroszczyć. Nie minęła jednak godzina, kiedy zadzwonił telefon mobilny, a w słuchawce Megi głos oznajmił, że jednak już czas i przyjechać należy.

Albowiem kiedy podczas pomiaru KTG dyskomfort przeobraził się w regularne i dość uciążliwe (coś w stylu o-żesz-qwa-bo-nie-wierzę) skurcze, położna dopomogła Megi w zawleczeniu się do gabinetu zabiegowego, gdzie orzeczono, iż dotychczas raczej skromne rozwarcie nieco się ośmieliło (7!).  Oddelegowano zatem Megi ponownie pod prysznic, gdzie w zastępstwie za cwałującego niczym Walkirie małżonka była jedna z położnych. Na szczęście dla szpitalnego budżetu prysznic nie był zbyt długi, gdyż prędko okazało się, że należy już udać się na salę porodową. Tamże uległa położna skamleniu Megi o ZOPa* i po anestezjologa posłać kazała. Tenże (w przeciwieństwie do Kolegi Małżonka) przybieżył czym prędzej, a zajrzawszy we wiadome miejsce orzekł, że na ZOPa już za późno, bo oto syn u bram!

Zleciały się na to całe zastępy personelu medycznego i niczym w serialu obyczajowym zaordynowały: Teraz będziemy przeć! Skoro więc kazali, to i trzeba było. Tym sposobem, zaledwie pięć minut później uszom wszelakim, jak porodówka długa i szeroka, dał się słyszeć ryk Pana Tadeusza zwanego dalej Tedem. W tymże również momencie położna oświecona genialnym pomysłem udała się na korytarz, aby zbadać, czy przypadkiem Kolega Małżonek na korytarzu nie wyczekuje. Po chwili wkroczył i on do sali narodzin by, niczym samuraj, jednym cięciem pępowinę przeciąć.

I tak to właśnie z narodzinami Teda było.

www.flickr.com


#wedidit          #mamdziecko



*efłajaj: ZOP = znieczulenie zewnątrzoponowe

poniedziałek, 7 marca 2016

Być kobietą!

www.audreyhepburn.prv.pl 

Być kobietą, być kobietą… jak śpiewała Alicja Majewska i wcale jej się nie dziwię, bo przecież cudownie jest być kobietą! Już od małego słyszymy w kółko: Nie garb się! Nie mlaskaj! Nie siorb! Zachowuj się! Po prostu sama słodycz ;)

Później już jest tylko lepiej, dojrzewanie i jego problemy: albo za duże albo za małe cycki, PMS, bóle menstruacyjne, bóle porodowe, hormony, cykle i inne wspaniałości, które sprawiają, że mózg kobiety zaczyna przypominać jesień średniowiecza.

Wreszcie czas na słodycz macierzyństwa, a raczej macierzyńskiego! W końcu można poleżeć rok na tyłku, malować paznokcie i oglądać seriale. Nic to, że statystycznie większość chorób, gorączek i innych nagłych ataków spawacza zdarza się akurat, kiedy ojciec dziecka jest na nocce, dyżurze, w delegacji, czy innym, ważnym, służbowym spotkaniu. I tak potem trzeba świecić oczami na wywiadówce, a na pocieszenie usłyszeć pełnie uznania: No, pięknie żeś syna/ córkę wychowała!

Potem to już jest z górki. Jesteś za stara, żeby pracować, ale za młoda, żeby iść na emeryturę ;) I tak to wygląda. Ciągle trzeba się malować, bo przecież nie można się pokazać na dzielni bez zrobionego oka. Do tego ciągłe marzenia o labutinach i innych szanelach, na które i tak prawdopodobnie nigdy nie będzie cię stać ;)  Cudownie jest być kobietą… zawsze, ale to zawsze ważysz pięć kilko za dużo i zawsze znajdzie się kumpela, która bez wysiłku wygląda o niebo lepiej od ciebie. Poza tym ma trójkę wspaniałych, utalentowanych dzieci, dwa psy, a do tego wielki dom, który sprząta w trzy minuty, a sama wygląda przy tym jak Perfekcyjna Pani Domu.
www.huffingtonpost.pl

Jednak na nasze wielkie szczęście, siostro, nie jesteśmy facetami! Nie musimy domyślać się o co nam chodzi, bo przecież same wiemy (choć też nie zawsze :P). Nie musimy znosić naszych znaczących spojrzeń i zastanawiać się CO TYM RAZEM?! Nie musimy znać się na samochodach, dopóki wiemy, że nasz jest koloru czerwonego ;) A w ostateczności możemy zrobić słodkie oczy i uderzyć w ton równie słodkiej idiotki, dzięki czemu załatwimy większość spraw. Od wniesienia kanapy na czwarte piętro, po umycie szybki w owym, czerwonym autku ;) Nie musimy wstydzić się profilaktycznych wizyt u lekarza, ani martwić się tym, że akurat dziś konar nie zapłonął ;) Jak jesteśmy wściekłe, to możemy sobie powrzeszczeć, możemy nawet się rozpłakać publicznie, bo kto nam zabroni?! Nikt się z nas nie śmieje, kiedy nie wiemy, co to jest koło zamachowe ani kiedy na siłce podniesiemy pięć kilo zamiast dwudziestu :D

www.iqkartka.pl

Podsumujmy więc, moi Państwo: już chyba zdecydowanie lepiej jest być kobietą ;) Na tę okoliczność zapraszam do wysłuchania piosenki: Być kobietą... by Alicja Majewska


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jezusmaria!

Ted ma zaledwie 30 centymetrów, waży jakiś kilogram i radośnie podryguje sobie w moim brzuchu, jednak już odnoszę delikatne wrażenie, że niektórym to nie wystarcza.

Przez kilka lat udało nam się uniknąć tych cudownych aluzji, że przecież już TYYLE lat po ślubie, a tu wciąż nie słychać tupotu małych stóp... Teraz mam wrażenie, że wszystko to powraca do nas ze zdwojoną siłą... Ostatnio bowiem coraz częściej i boleśniej doświadczam takiej oto sytuacji:

Ktoś: Ojej, chłopiec, czy dziewczynka?
Ja: Chłopiec. <uśmiech>
Ktoś: Super! To następna na pewno będzie dziewczynka i będzie parka! <TRZASK. Oto opada moja szczęka>

 
autor: Śpisiowamama

Chryste, Panie! Myślę sobie, że przecież mój syn jeszcze się nie urodził, a naród już wciska mi w brzuch kolejne dziecko! Wtedy z kolei dopada mnie panika, że może (nowym zwyczajem naszych zacnych polityków) w nocy weszło w życie kolejne rozporządzenie nakazujące wszystkim parom posiadanie PRZYNAJMNIEJ dwóch dzieci?!?!?!?!

Sprawdzam zatem szybko aktualizację dziennika ustaw... Uff, nic nie ma! Przeszukuję internety w poszukiwaniu jakichkolwiek projektów w tej sprawie, ale prócz słynnej ustawy pt. Pińcet złoty na dziecko nic nie ma. Na szczęście, bo gdyby było, to Vince  padłby chyba na zawał.

Nie trudno się domyślić, że na wieść o tym, że kiełkuje we mnie instynkt macierzyński jego entuzjazm był jakby żywcem zdjęty z obrazu E. Muncha Krzyk :P Mimo, że teraz Vincent z lubością przemawia do mojego brzucha i powziął już kilka przedsięwzięć związanych z naszym jeszcze nienarodzonym synem, gdybym jednak obwieściła mu, że oto państwo nakłada na nas obowiązek posiadania kolejnego, myślę, że ewidentnie by padł.

www.wikipedia.org

Na szczęście kwestię liczebności rodzinny państwo (póki co) pozostawia w naszej gestii. Na drugie szczęście nie żyjemy w ciemnogrodzie, w którym to decyzje o liczbie potomstwa padały na naradach rodzinnych i stanowiły element przedmałżeńskiego kontraktu ;)

Myślę jednak, że dla spokojności lepiej będzie zaopatrzyć się w sporą dawkę dystansu, bo zdaje się, że czeka nas jeszcze wiele tekstów, spojrzeń i dobrych rad, które zrównują człowieka z ziemią ;)

www.pixabay.com


środa, 30 grudnia 2015

Srebrne Usta 2015!

Mężczyźni w mojej rodzinie mają status srebrnoustych ;)

Mój własny, prywatny ojciec, który zapytany o zlokalizowanie garnków w kuchni, udziela odpowiedzi w stylu: "Zapewne na swoim miejscu..." Tenże sam ojciec przy wigilijnym stole zaniepokojony przez własną małżonkę, a moją rodzoną matkę, że oto w kuchni coś gra... Jakby telefon... Zwrócił się do niej słowami: "To radio. Gdybyś częściej bywała w kuchni, to byś wiedziała!"

Proszę Państwa, brawka!

Tymczasem kolej na mojego ukochanego szwagra, który niespełna miesiąc po zaślubinach podczas jakiejś wesołej imprezki rzekł do mej siostry tymi słowy: "Ty to jesteś... Japa ci się nie zamyka, mózg ci się wyłączył... "

Tadaam!

Wreszcie kolej na mojego osobistego kolegę małżonka, który podczas świąt zapytany, dlaczego wciąż przestawia nowy toster w kartonie z jednego miejsca na drugie, odpowiedział: "Otworzyłem karton, zobaczyłem papiery i go zamknąłem "

Benc!

www.desitattoos.com

sobota, 26 grudnia 2015

Magia Świąt


Zaczęło się od tego, że ktoś (zdaje się, że to była moja ukochana, rodzona siostra, ale pewna nie jestem, więc nie rzucam tutaj wyroków ;P), jakiś tydzień przed świętami wspomniał, że podobno wigilia jest najbardziej stresującym dniem w roku ;) Vince, nadworny Grinch mojej osobistej rodziny, podchwycił to od razu i zaczął knuć teorie spiskowe. Ja natomiast zapierając się nogami i rękoma próbowałam mu to wyperswadować. 
www.czytac-to-zyc-podwojnie.blogspot.com

Przecież w te święta stołujemy się u rodziny, udało nam się zerwać z tradycją WIELKICH PORZĄDKÓW ŚWIĄTECZNYCH (które w moim królestwie ChPD przejawiają się myciem okien, a tego przecież ciężarówkom zabraniają  przepisy BHP ;)). Sprawy kuchenne były ogarnięte, więc czym tu się martwić?! Na dodatek jedna z koleżanek w pracy stwierdziła, że ciężarne święta są takie magiczne... 

W sumie to rzeczywiście. Już dwa tygodnie wcześniej piłowałam świąteczne piosenki i musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie wysłać Vinca po choinkę do piwnicy!

W końcu jednak nadszedł ten dzień i się zaczęło... 

Na początku złapałam się na tym, że nadaję kierowcom na parkingu fizjologiczne przydomki. No ale jeśli zdrowy, w pełni sprawny mężczyzna parkuje swojego krosołwera w gazie zajmując półtora miejsca parkingowego, to w sumie sam się o to prosi.


Jednak potem było już tylko gorzej... Nim na niebie rozbłysła pierwsza gwiazdka, pokłóciliśmy się z Vincem z milion razy (w tym również o sposób układania wypranej pościeli w szafie). On wygłosił kilka ciekawych teorii, ja w odpowiedzi zakomunikowałam, że nie jadę z nim na wigilię do ukochanych teściów (przy czym chyba nie trudno się domyślić, że słowo ukochanych zastąpiłam innym przymiotnikiem, a w komunikacie zawarłam jeszcze kilka przerywników). Vince w odwecie postanowił ochłonąć poza domem, za co spotkała go zasłużona kara. No bo kto jedzie w wigilię na myjnie?!

Kiedy już byłam w połowie podziału majątku, skłonna wyguglować nazwisko dobrego adwokata rozwodowego, Vince wrócił i wydarzył się wigilijny cud

Udało się nam jakoś opanować sytuację :D

www.pixabay.com

Potem było już tylko świąteczne obżarstwo, śmiech, wiosenne spacery oraz, w przypadku Vinca, praca ;)


Taka to jest MAGIA ŚWIĄT ;)

wtorek, 4 sierpnia 2015

Pamiętnik z czekania cz. I

www.pixabay.com

Dzień 1.

Drogi pamiętniczku…
już raz byłam mamą, ale, nie wiadomo dlaczego, ktoś lub coś zadecydowało, że to nie mój czas i dupa. Podobno to spotyka aż 20% przyszłych mam, jednak trzeba przyznać, że statystyka w tym wypadku niezbyt sprawdza się jako pocieszenie. Podobnie jak hasła w stylu:
Jesteś jeszcze młoda, będziesz miała mnóstwo dzieci” (dopełnieniem tego hasła jest najczęściej swawolne machnięcie ręką) – kiedy ja, tak naprawdę, nie chcę mieć mnóstwa dzieci, chcę tamto jedno.
„Przynajmniej wiesz, że możesz zajść w ciążę” (tutaj następuje pełne wywyższenia spojrzenie koleżanki, która stara się o dziecko) – masz rację, koleżanko, w konkursie pt. Kto ma gorzej, zdecydowanie wygrywasz, bhawo Ty!
Muszę przyznać, że się trochę zdenerwowałam, więc nie będę już brnęła dalej w ten temat ;)


Dzień 2.

Drogi pamiętniczku…
czekanie jest do dupy. Za to bardzo zabawny jest fakt, że czekać przyszło właśnie mi. Nie znam osoby, która byłaby bardziej niecierpliwa niż ja sama. No, może mój własny, osobisty dziadek (genetyka – to wiele tłumaczy). Tym sposobem jest mi dane czekać i czekać i czekać… Zatem czekam, choć raczej niecierpliwie. Cierpliwość nie ma tu nic do rzeczy. Dlatego chodzę cała wściekła, przez co obrywa szanowny małżonek. Sama już nie wiem, czy wściekam się dlatego, że czekam, czy to może PMS. Jedno jest pewne: nienawidzę bezczynnie czekać!


Dzień 3.

Drogi pamiętniczku…
okazało się, że ta wściekłość to jednak PMS (yey!). Moja euforia trwała nawet kilka dni, jednak zginęła marnie w nawałnicy, przygnieciona myślami w stylu: Co dalej?, Trzeba działać!, Do roboty!, Kiedy będzie ten właściwy moment?!
Po prostu jestem idiotką. W taki sposób nigdy się nie doczekam!


Dzień 4.

Drogi pamiętniczku…
jakoś sobie z tym planowaniem poradziliśmy i, muszę przyznać, że było to bardzo miłe #fun #romantic #greattime #withmylove. Teraz pozostaje nam tylko czekać! #funfunfun 

***

czwartek, 2 lipca 2015

Wióry lecą!


Wiele dobrego mogę o sobie powiedzieć ;), ale niestety nie to, że jestem cierpliwa :( Nigdy nie byłam dobra w siedzeniu na dupie i czekaniu, aż coś się wydarzy. Wręcz przeciwnie, czekanie mnie stresuje i frustruje. Jednak najgorsze jest czekanie na coś, na co kompletnie nie mam wpływu… Tak się składa, że akurat teraz sobie siedzę i czekam i … Do szału mnie to doprowadza! Ciekawi jesteście, na co ja tak czekam? A na cóż może czekać kobieta, która straciła ciążę? Przecież to oczywiste, że na kolejny odcinek Na Wspólnej!

Tak to właśnie ze mną jest. Oczywiście nie jestem aż tak zwariowana, że wściekam się publicznie na to, że pani w mięsnym zamiast kindziuka ukroiła mi krakowskiej suchej. Albo kiedy zaczepia mnie jakieś obce dziecko, nie wrzeszczę na matkę, żeby zabrała mi je sprzed oczu. Nie. Akurat tak mnie wychowano, że kultura przede wszystkim. Mało tego, kulturalnie lajkuję brzuchate i dzieciate zdjęcia znajomych, bo przecież co oni winni, że mają, a ja nie?

Ciekawe, co w tej kwestii ma do powiedzenia psychologia i w jaki sposób wytłumaczyć fakt, że gdzie się nie ruszę, widzę brzuchatki i dziecięce wózki? Z pewnością były tam od zawsze, tylko jakoś wcześniej nie zwracałam na nie uwagi. To na pewno tak, jak z nieszczęśliwym związkiem. W trakcie, albo tuż po rozstaniu, nagle okazuje się, że wszyscy dookoła są szczęśliwie zakochani. Oczywiście zakręcona Megi ma tak również z samochodami: zawsze, gdy tylko upatrzę sobie jakiś samochód do kupienia, okazuje się, że wszyscy nim jeżdżą ;) Ale wracając do tematu…

Na ulicy i przy ludziach pełna kultura, trzymam fason, śmieję się i zalotnie macham rączką w amerykańskim stylu: I’m fine!  Ale powstałe ciśnienie zawsze musi gdzieś wyjść ;) U mnie, oczywiście, wychodzi gdzie? Tak jest! W doomu! Ku radości szanownego małżonka :) Po prostu krew, pot i łzy. Myślę, że Vince mógłby dużo powiedzieć na ten temat. W końcu przecież większość kobiet jest tak skonstruowana, że gdzieś te wszystkie emocje muszą ulecieć (choć może nie jest to zbyt trafny dobór słów, bo one właściwie nie ulatują ale eksplodują, atakują z znienacka i miażdżą). Ponieważ Vince jest raczej z tych mało subtelnych, którzy nie lubią jak im się w kaszę dmucha, to niestety, proszę państwa, ale lecą wióry. Wówczas najczęściej pada pytanie, które mnie osłabia: O co ci chodzi?!


Typowy facet. Nic nie rozumie! No jak to, o co mi chodzi?! Wiadomo, że o to samo. O nowy odcinek Na Wspólnej przecież! Potem już jest z górki: najpierw dochodzę do wniosku, że przecież on nic nie rozumie i że w nim jest mniej więcej tyle empatii, co w kłodzie. Potem już szybko idzie: ja mówię coś, czego żałuję, on też mówi coś, czego potem żałuje i taką sobie robimy wspaniałą kanapkę. Polewamy to jego frustracją i fochem zmieszanym z odrobiną moich łez i gotowe!

Po jakimś czasie, kiedy już trochę ochłonę, dochodzą do mnie racjonalne argumenty, o których już przecież tyle się naczytałam. Przecież to jednak facet i w sumie rzeczywiście może nie rozumieć (szok!). W końcu jednak, mimo wszystko, nasze mózgi funkcjonują nieco inaczej. Że empatia to dla faceta zupa z Azji, wiadomo, nie od dziś, bo przecież czego Jaś się nie nauczył… i tak dalej.

Jednak okazuje się po chwili, że trochę tej empatii w środku faceta przebywa i razem zbieramy te wszystkie wióry, które naleciały. Dopiero następnego dnia w mojej głowie pojawia się pytanie, czy to jest w porządku, że celowo (acz podświadomie) doprowadzam do takich awantur, żeby rozładować nagromadzoną frustrację?! No cóż, jakoś trzeba sobie radzić i sytuację oczyścić. W końcu wieczne dąsy i pretensje o wszystko też nie są zdrowe. Ja winię za wszystko hormony ;P


źródło zdjęć: www.pixabay.com