Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

JAK PRZETRWAĆ WAKACJE - PORADNIK DLA NAUCZYCIELI

Mniej więcej w okolicy czwartego września, lub też, używając języka ustawowego, około trzy dni po rozpoczęciu zajęć dydaktycznych, nauczyciele zaczynają odliczać dni do wakacji. Kiedy nadchodzi wreszcie dzień zakończenia roku, wszyscy, zgodnie twierdzą, że jadą na oparach i jeszcze jeden dzień odbiłby się poważnie na ich zdrowiu, głównie psychicznym. Jednak, kiedy nadchodzą upragnione wakacje, wielu nauczycieli nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić. Owszem, są tacy, którzy odrabiają strajkowe zaległości w szkołach prywatnych, albo tacy, którzy bez opamiętania rzucają się w wir podróży. Są też tacy, którzy mają małe dzieci i po prostu zmienia im się ilość osób do zaopiekowania na metraż. Mimo wszystko, spora część nauczycieli w okresie wakacyjnym snuje się smętnie po mieszkaniu, parku czy galerii w poszukiwaniu sensu życia budząc się w okolicy połowy sierpnia z poczuciem zmarnowanego czasu. Zatem, aby nie dopuścić do takiej sytuacji oraz zapobiec pojawieniu się syndromu ocaleńca, przedstawiam malowniczy poradnik wakacyjny.

Nie odcinaj się od pracy. Kiedy powrócisz do domu z naręczem kwiatów, spokojnie zajmij się ich aranżacją. Możesz je zewidencjonować i każdemu z nich założyć dzienniczek, przeprowadzić obserwację i zaczerpnąć wiedzy u źródła (w tym wypadku wujka Googla) odnośnie mocnych i słabych stron. Jeśli jesteś specjalistą lub przeczytałaś lub przeczytałeś ostatnio artykuł o tym, możesz sporządzić profil osobowościowy każdego kwiatka oraz prowadzić statystyki upodobań. Jeśli jakiś kwiatek padnie, nie zapomnij sporządzić notatki służbowej oraz dokonać autoewaluacji. Możesz pokusić się o analizę przypadku.

Zostaw sobie coś na później. Nie wybiegaj przed szereg i nie składaj dyrekcji sprawozdań i dokumentów przed terminem (nikt nie lubi kujonów!). Nie uzupełniaj wszystkich arkuszy przed zakończeniem roku i nie oddawaj dziennika. Zostaw sobie odrobinę papierologii, która będzie namiastką tego, co robiłeś lub robiłaś (albo i nie) do tej pory. W ten sposób zapewnisz sobie odrobinę atrakcji i nie będziesz dźgać ludzi w oczy swoim wolnym czasem.

Nie wychodź z wprawy. W kolejnym tygodniu wakacji zobliguj się do opieki nad stadem nieletnich. Mogą to być koledzy lub koleżanki Twoich dzieci lub krewni i znajomi królika. Wszystko jedno, ich rodzice będą zachwyceni, a Ty pozostawisz sobie link między sobą na wakacjach, a pracą. Nie zapomnij tylko odpowiednio się do tego przygotować. Sporządź plan pracy, scenariusze zajęć, przygotuj pomieszczenie i pomoce naukowe. Jeśli zaplanujesz wyjście na plac zabaw, nie zapomnij o karcie wycieczki i koniecznie pamiętaj o zgodach rodziców lub opiekunów prawnych na korzystanie ze wspólnej piaskownicy, huśtawki plastikowej z oparciem i bez, huśtawki typu piekło-niebo, itp. Jeśli planujesz zorganizować pobyt z poczęstunkiem, nie zapomnij sprawdzić rozporządzenia zmieniającego rozporządzenie wprowadzające zmiany w ustawie zmieniającej zapisy w przepisach dotyczących żywienia zbiorowego z 28 października 1956 roku.

Pozostań w kontakcie. Stopniowo ograniczaj korzystanie z dziennika internetowego i służbowego maila. Jeśli tylko masz taką możliwość, poproś któregoś z rodziców o to, żeby zadzwonił do Ciebie kontrolnie spytać, czy na rozpoczęcie roku dziecko ma przyjść w rajstopkach czy lepiej w sandałkach, albo czy podręczniki do niemieckiego będą refundowane i kiedy przyjdą katechizmy? Jeśli nikt z rodziców nie podejmie się tego zadania, poproś kogoś znajomego, lub członka rodziny, żeby raz w tygodniu (najlepiej w niedzielę o 21. 07) zadzwonił do Ciebie albo napisał SMS z pytaniem, czy moglibyście porozmawiać w bardzo ważnej sprawie.

Ćwicz pamięć. Raz na jakiś czas wybierz się do marketu w okolicy placówki oświatowej, w której pracujesz. Zrób to najlepiej w godzinach największego ruchu po to, żeby spotkać tam swoich uczniów i/ lub ich rodziców. Możesz się wtedy zabawić w memory (dopasowywanie opiekuna do ucznia, dopasowywanie ucznia do numerka w dzienniku, czy jak tam akurat wolisz - daj się ponieść zabawie!). Musisz jednak liczyć się z tym, że w każdej chwili może Cię zaczepić rodzic z zapytaniem, dlaczegóżto jego latorośl nie miała w tym roku świadectwa z paskiem, dlaczego nie postawiłeś lub postawiłaś dziecku piątki na koniec roku i wreszcie, dlaczego syn sąsiada ma wzorowe zachowanie, skoro wszyscy dookoła wiedzą, że w kościele przysypia podczas kazania.

Przeżyj to jeszcze raz. Gdy zatęsknisz za swoimi podopiecznymi, udaj się do działu ksiąg zakazanych, wyjmij z regału najczarniejszą z teczek i sięgnij po pliczek wypracowań. Spróbuj przeczytać je wszystkie, albo chociaż część z nich i zobacz, jakie wywrą na Tobie wrażenie. Musisz jednak uważać, bo może okazać się, że druga połówka po powrocie z pracy znajdzie Cię siedzącego pod stołem, dmuchającego w papierową torbę i powtarzającego jak mantrę, że już nigdy więcej nie wrócisz do tej roboty!

Kiedy będziesz miał lub miała te wszystkie etapy za sobą, możesz odetchnąć pełną piersią, wyjść na balkon, do ogrodu czy parku i zadzwonić w południe do koleżanki czy kolegi akurat nie pracującego w edukacji z zapytaniem, czy nie mieliby akurat ochoty na kawkę. Kiedy po drugiej stronie usłyszysz charakterystyczny jęk, możesz dorzucić coś w stylu, że przepraszasz, ale zapomniałeś, że nie mają wakacji. Po tym możesz już rozkoszować się całym tygodniem wolnego.



wtorek, 15 listopada 2016

Najgorzej

Podobno najgorzej jest być dzieckiem nauczyciela... Gorzej mają chyba tylko... Nie, jednak te nauczycielskie mają najgorzej. W sumie to nie wiem, czy to prawda, bo akurat mam dwoje rodziców, w tym jednego nauczyciela, więc nie mam porównania. Ale jeśli kiedyś będę miała więcej rodziców, to dam Wam znać, jak wypadł ranking ;)

W każdym razie, życie mi się tak ułożyło, że sama jestem nauczycielką i oprócz tego jeszcze rodzicem (tyle szczęścia na raz, kto by przypuszczał!?). Doszły do mnie słuchy, że przede mną teraz dwa modele działania:

1. albo moje dziecko będzie przetyrane wzdłuż i wszerz (w myśl zasady: żeby nie przynieść wstydu mamusi)

2. albo będzie konkretnie olane na rzecz obcych dzieci (w myśl zasady: szewc bez butów chodzi)

Naiwnie kieruję jednak swe oczy w stronę środka, czyli że ja pokażę dziecku co i jak, a ono samo zdecyduje, czy go to kręci, czy nie.

Nie powiem, że wizja wielojęzycznego dziecka, które zaczyna mówić z opóźnieniem, bo nie może się zdecydować, czy jego językiem ojczystym będzie damn, cholera czy inne fafluchte, jest dość kusząca. Jednak daleka jestem od tego, żeby wałkować dni tygodnia z dwulatkiem, który wciąż upiera się, że jutro byliśmy u babci, albo, co lepsze, nie mówi wcale.

Ale... kto mi zabroni dzielić się z dzieckiem moją pasją? Tak, mili Pańswo, komunikacja, konwersacja, nauka i nauczanie języków obcych to jest to, co taki tygrysek, jak ja lubi bardzo.  W końcu mogę sobie gadać do kogoś w wybranym przeze mnie języku, śpiewać na głos piosenki i czytać bajki i inne czytanki bez obawy, że zostanę posądzona o niepoczytalność. Angielski, niemiecki i, od jakiegoś czasu, hiszpański... you name it. Ktoś mi zarzuci, że to przerost ambicji nad treścią. Dla tego kogoś - z pewnością, a dla mnie - bynajmniej! Bowiem mowa nie bierze się u człowieka z powietrza, a dzieci (już od pierwszych dni) wraz z dźwiękami otoczenia przyswajają to, co my nazywamy językiem. Mało tego, już noworodki są wstanie odróżnić mowę od innych dźwięków, a kilkumiesięczne maluchy rozpoznają język ojczysty. Im większa różnorodność językowa, tym elastyczniejszy staje się umysł dziecka, a co za tym idzie jego wyobraźnia i kreatywność. I tu nawet nie chodzi o to, żeby moje dziecko miało szóstki w szkole (choć oczywiście nimi nie pogardzę ;) ), ale o to, żeby potrafiło się porozumieć z drugim człowiekiem, odczytać informacje podczas dalekich i bliskich podróży, czy miało świadomość, że w tej piosence na pewno nikt nie obraża jego starej ;) A jeśli w pakiecie dostanie przy tym szerokokątne postrzeganie świata i gibkość umysłową, to tylko się cieszyć.

Dobra wiadomość jest taka, że wszystkie nasze dzieci będą wielojęzyczne, bowiem wielojęzyczność to pojęcie szerokie, a wielojęzycznym jest człowiek, który potrafi porozumieć się z innym człowiekiem w jakimkolwiek innym języku niż jego język ojczysty. Zatem, zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, nasze dzieci są zobligowane do opanowania przynajmniej jednego języka obcego w szkole podstawowej i kolejnego w szkole ponadpodstawowej.

Także, jeśli o mnie chodzi to the more the merrier :D

M.  Oparkowska-Siuzdak

piątek, 22 stycznia 2016

(Nad)Wrażliwość


www.mystorybook.com

Mili Państwo, dziś będziemy rozmawiać właśnie o nadwrażliwości. Wielu z nas kojarzy nadwrażliwość z przewrażliwieniem czy nadopiekuńczością, jednak w tym kontekście to coś zupełnie innego. W tym wypadku, kiedy mówimy o nadwrażliwości mamy na myśli tą zmysłową, czyli to, że nasze zmysły odczuwają zbyt mocno albo odczuwają za mało. W tym poście bardzo często pojawiać się będzie słowo-klucz, czyli integracja sensoryczna. Co to takiego? Otóż integracja to scalenie czy wspólne działanie, a sensoryczna, bo dotyczy sensorów, czyli zmysłów. Wychodzi na to, że integracja sensoryczna to zgodna współpraca wszystkich zmysłów. Tym sposobem dochodzimy do kolejnego terminu, czyli do zaburzeń integracji sensorycznej. Zatem głoszę, co następuje: 

kiedy ludzkie zmysły trafiają na przeszkody w przetwarzaniu odbieranych bodźców, dochodzi do zaburzeń. Może zdarzyć się tak, że bodźce te będą odbierane nieprawidłowo, czyli albo zbyt słabo, albo zbyt mocno.

www.pakemanprimary.co,uk

Jednak o zaburzeniach integracji sensorycznej możemy mówić tylko w momencie, kiedy wykluczymy inne zaburzenia czy czynniki fizjologiczne (np. uszkodzenia wzroku, słuchu, zaburzenia neurologiczne, choroby, itp.). Dlatego: jeśli widzimy, że coś jest nie halo z naszym dzieckiem, jego kolegą, uczniem, sąsiadem, etc. najpierw udajemy się do lekarza. Jeśli on stwierdzi, że wszystko jest jednak halo, a mimo to wciąż nie opuszcza nas wrażenie, że nie do końca, możemy pokusić się o zaburzenia SI (to w języku czarów oznacza integrację sensoryczną ;) ).

Czym się objawiają zaburzenia SI? Najprościej jest dostrzec nadwrażliwość na bodźce wzrokowe, dźwięki, zapachy, smaki czy dotyk. Na przykład nasze dziecko krzywi się przed telewizorem albo skarży się, że czasem bolą je oczy, albo (co gorsze) światło boli je w oczy. W przypadku dźwięków dziecko może w pewnych przypadkach zasłaniać sobie uszy, albo skarżyć się, że niektóre dźwięki bolą je w uszy. Kiedy natomiast ledwo muśnięte dziecko podnosi lament i wrzeszczy w niebogłosy możemy podejrzewać, że mamy do czynienia z nadwrażliwością na dotyk. To samo tyczy się wyostrzenia smaku, czy węchu. Czasem, kiedy dziecko mówi, że coś smakuje obrzydliwie, to rzeczywiście w jego odczuciu może tak smakować. Podobnie jest z zapachami: dziecku coś śmierdzi, a my kompletnie nic nie czujemy. Jednak nadwrażliwość to jeszcze nie wszystko!

Zdarzają się przypadki, kiedy dziecko jest niedostymulowane i jego zmysły same szukają bodźców. W takim przypadku dzieci będą próbowały dostymulować się same i (o zgrozo!) będą robić to podświadomie. Na przykład celowo wpatrując się w obrazy u nas wywołujące oczopląs czy zwiastujące rychły napad epilepsji. Będą słuchały dziwnych albo po prostu zbyt głośnych dźwięków. Inne mogą się drapać, szczypać, czy celowo stąpać po klockach. Przykładów jest wiele. Jednak to wciąż nie koniec!

Nie zawsze przecież zaburzenia percepcji zmysłowej są tak jasne i oczywiste. Czasem zdarza się, że mamy wrażenie, że dziecko nas nie słyszy, na coś nie zwraca uwagi, albo jest niezdarne. Tymczasem może się właśnie okazać, że mamy do czynienia z takim właśnie zaburzeniem. 

Myśleliście, że to już koniec? Nic z tego!

Istnieje bowiem coś takiego jak czucie głębokie, czyli propriocepcja. To jest coś w rodzaju czucia wewnętrznego. Czucie głębokie stymulowane jest na przykład podczas porodu naturalnego kiedy to dziecko musi przecisnąć się przez kanał rodny. Na tym również bazują wszystkie mądre księgi i jeszcze mądrzejsi ludzie, którzy każą takiego noworodka porządnie okutać. Kiedy jednak dziecko zbyt mocno nas przytula, pisząc w zeszycie prawie dziurawi kartki, bo tak mocno przyciska ołówek, albo wciska się wszędzie, gdzie się da, byle było ciasno, to może być znak, że coś dzieje się (albo prawdopodobnie już się zadziało) z jego czuciem głębokim. Można powiedzieć, że takie dziecko jest niedociśnięte. Od tego uzależnione jest także na przykład napięcie mięśniowe, które odpowiada za sprawną pracę rąk czy nóg.

www.wallpaperstock.net

No i po co ja w ogóle o tym wszystkim piszę?! Ano na przykład po to, żebyście, moi mili, pomyśleli o tym zanim zaczniecie podejrzewać swoje (lub nieswoje) pociechy o skrajny debilizm, niedbalstwo, czy niezdarność. Zaburzenia integracji sensorycznej można korygować w specjalnych gabinetach terapii sensorycznej oraz na treningach słuchowych (w przypadku zaburzeń percepcji słuchowej). Pamiętajcie, że zaburzenia SI często towarzyszą dyslektykom, ale równie dobrze mogą dotyczyć dzieci nie mających trudności w uczeniu się.

Co jednak wydaje mi się ważniejsze: warto, można i powinno się zapobiegać tym zaburzeniom! Dlaczego? Ano głównie dlatego, że, po pierwsze: terapia w gabinecie SI jest (delikatnie mówiąc) dość droga ;) Po drugie: gabinetów terapeutycznych jest wciąż niezbyt wiele (stąd po pierwsze), a w niektórych miastach nie ma ich wcale. Po trzecie: jak zwykle, lepiej zapobiegać niż leczyć! A w tym przypadku zapobieganie wydaje się dość banalne. Otóż najczęściej w gabinetach terapii sensorycznej rodzice zostawiają pierdyliony złotych monet za rzeczy, które najczęściej oni sami mieli na porządku dziennym, bo matka z ojcem wywalali na podwórko, żeby mieć chwilę spokoju. Tym samym gabinety SI wypełniają obrazy, dźwięki, piłeczki sensoryczne (takie z wypustkami), huśtawki, kołyski, tunele, deskorolki, równoważnie, maty i inne cuda, których odpowiedniki można znaleźć w plenerze. My, dorośli możemy zaoferować dzieciom podobne stymulatory w realu jeszcze zanim terapia będzie potrzebna. Wiadomo, z niczym nie można przesadzać i we wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek. Wszystko musi być też dopasowane do poziomu rozwoju dziecka, bo jeśli je przestymulujemy (czyli przesadzimy z bodźcami), to i tak będziemy potrzebować pomocy terapeuty z gabinetu SI.

fot. Śpisiowamama

Po więcej informacji odsyłam Was do stron, z których korzystałam, żeby napisać ten wpis:



niedziela, 13 grudnia 2015

Pani nauczycielka

www.mojaosswiata.wordpress.com


Zbliżają się święta, więc pewnie niedługo się zacznie ;) Dowiem się z mediów jaką to mam pracę ciekawą, ilu leniwych kolegów, ile kasy, no i przede wszystkim, ile WOLNEGO :D
To, razem z pewnym listem opublikowanym na portalu Mamadu skłoniło mnie do napisania tego posta.

W liście jedna z czytelniczek żali się na wiele rzeczy, między innymi na to, że wstyd jej się przyznać do tego, że jest nauczycielką... A mi mama zawsze powtarzała, że wstyd to kraść i że żadna praca nie hańbi, więc nie do końca mogłam sobie to wszystko w głowie pomieścić...

Po pierwsze, nikt mi nie trzymał pistoletu przy skroni, kiedy podejmowałam decyzję o wyborze zawodu. Moim zdaniem do każdej pracy oprócz odpowiednich kwalifikacji i umiejętności trzeba mieć jeszcze chęci, jednak to jest dość specyficzna branża i jeśli ktoś robi to bez większej ochoty, to musi mieć bardzo silną psychikę, bo inaczej zostanie zjedzony razem z butami. Głównie przez swoje własne frustracje. Nie twierdzę też, że trzeba być też nie wiadomo jakim zapaleńcem, bo po pierwsze nadgorliwców raczej nikt nie lubi, a po drugie trzeba mieć swoje życie po pracy. To się chyba fachowo nazywa balans ;) 

Należę też do ludzi, którzy wyznają zasadę, że człowiek nie jest przykuty łańcuchem do swojej roli społecznej, kariery, czy czegokolwiek w życiu. Raczej jest to kwestia wyboru. Więc jeśli wybór ten okaże się nietrafiony, to nie widzę sensu w trwaniu przy nim dla zasady. Wiem o czym mówię, bo moja pierwsza praca w szkole okazała się (delikatnie mówiąc) niewypałem. Był szok, krew, pot i łzy, czyli generalnie normalka w pierwszej pracy, a jednak brakowało mi czegoś pozytywnego. Postanowiłam więc zmienić pracę i z perspektywy czasu muszę przyznać, że sie opłacało!

Apropos opłacało ;) Wynagrodzenie nauczycieli nie jest tajemnicą Sagali, mimo to narosły wokół niego dzikie legendy. O konkretnych kwotach można sobie przeczytać choćby w internecie, jendak nie mam tutaj na myśli forów, portali internetowych, czy wydaniach gazet. Rzetelnych informacji w tej kwestii dostarczą oficjalne tabele wynagrodzeń i biuletyny informacji publicznej. Zatem enjoy! Przy okazji batalii o nauczycielskie wynagrodzenie często wspomina się, że sama pensja to nie wszystko, są jeszcze różne dodatki. Jednak, nie czarujmy się, druga pensja to to nie jest, a poza tym, nie każdemu się należy. Inna sprawa jest też taka, że nigdy nikomu premii, trzynastek, czternastek i innych nie wyliczam ;) Ale wiadomo, dla jednych pensja nauczyciela to suma bajońska, dla innych nędzny ochłap. Dla mnie jest ok (chociaż wiadomo, że kasy i obuwia nigdy nie jest za dużo ;) ) i choć daleko jej do średniej krajowej, to nie zmienia faktu, że wiedziałam, na co się piszę ;)

Skoro już brniemy w tematy drażliwe, otrzyjmy się i o ten... Otóż, moi państwo, pensum nauczyciela wynosi 40 godzin tygodniowo. W skład tego wchodzi 18 godzin do przepracowania przy tzw tablicy oraz 2 godziny wynikające z artykułu 42 Karty Nauczyciela, co daje razem godzin 20. Ale to też nie zawsze. Nauczyciele przedszkola pracują w wymiarze 22 i 25 godzin tygodniowo. Reszta to tak zwana praca własna, przygotowanie materiałów, sprawdzanie testów, kursy, szkolenia, konferencje, rady pedagogiczne, konsultacje, zebrania z rodzicami i sprawy organizacyjne. Oczywiście, nie ukrywam, że super jest kończyć zajęcia wcześniej, ale nie zawsze tak jest, czasem trzeba zostać dłużej, czasem nawet do wieczora. A urlop? Sześć tygodni w wakacje i dwa tygodnie w ferie. Super, prawda? Jedyny problem w tym, że nie zależy on ode mnie. Są marne szanse, że załapię się na ciekawą ofertę last minute , czy super ceny w marcu albo październiku. To także więcej niż pewne, że ominą mnie rozpoczęcia i zakończenia roku w przedszkolu i szkole mojego syna, bo na ogół trudno jest być w dwóch miejscach na raz ;) Ale znów: nie ja pierwsza i nie ostatnia. Taka praca ;)

Ogólnie rzecz biorąc, dużo czasu spędzam w pracy, nawet jeśli nie fizycznie, to psychicznie. Nawet teraz zastanawiam się, czy dobrze przygotowałam uczniów do sprawdzianu, czy wyjdzie nam przedstawienie, czy wyjaśniłam wszystko rodzicom...?

Wiadomo, że ludzie są różni. Różne są dzieci, różni są też rodzice, ale i różni są nauczyciele. Jak w każdym zawodzie, jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. Wyznaję raczej zasadę środka i nie jestem zwolennikiem ani teorii, że nauczyciel to wyrobnik i służący na łasce państwa, który musi się użerać z obcymi dzieciakami. Daleko mi też do ideału misjonarza, który wyrzeka się dóbr wszelkich i cały swój majątek przeznacza na rzecz niesienia kaganka oświaty... Jestem po prostu człowiekiem, który ma to szczęście, że robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą :)

www.mojaosswiata.wordpress.com

Z przymrużeniem oka ;) Wybaczcie, ale nie mogłam się oprzeć ;)

I tak najfajniejsze momenty mojej pracy są wtedy, kiedy spaceruję sobie w galerii handlowej i nagle jedno z moich dzieci biegnie do mnie z uśmiechem  w towarzystwie głośnego Heeeloooł!  :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

DYSkusja

www.pixabay.com

Wokół specyficznych trudności w uczeniu się (bo tak właśnie określa się dysleksję i jej przyjaciółki) narosło wiele pytań i wątpliwości. Skąd się biorą? Skąd (nagle) taki wysyp? Wreszcie pojawia się mój ulubiony komentarz: "Za moich czasów tego nie było! Jak komuś w szkole nie szło, to trzeba było przysiąść i się nauczyć!"

Zacznę więc od tego ostatniego:
Otóż za moich czasów, jeśli na WFie dzieciak nie zasuwał jak Perishing  i nie zmieścił się w przewidzianym ustawowo czasie, dostawał jedynkę. To samo spotkało go, kiedy nie trafił do kosza, nie zrobił w minutę pięciuset pompek, albo nie wykonał z odpowiednią gracją układu akrobatycznego. Czy to oznacza, że dziecko było niepełnosprawne? Bynajmniej! Wiadomo, że każdy jest dobry w czymś innym i nie można wymagać od niskiej osoby żeby fruwała pod koszem jak Michael Jordan. 

Podobnie jest ze specyficznymi trudnościami w nauce. Jedni mają większe możliwości, inni mniejsze.
Gwoli ścisłości: specyficzne trudności w uczeniu się to zbiór zaburzeń występujących w układzie nerwowym. Najczęściej mówi się o zaburzeniach występujących w neuroprzekaźnikach ponieważ zaburzenia dyslektyczne to zaburzenia na linii oko - ręka. Nie chodzi tutaj o niepełnosprawność, bowiem osoba z takim zaburzeniem ma na ogół sprawne ręce i dłonie. Zna doskonale wszelkiego rodzaju definicje, litery, cyfry, znaki, itp. Jednak poprzez błąd występujący w neuroprzekaźnikach nie jest w stanie poprawnie czegoś napisać, opisać, obliczyć, czy przeczytać. Nie chodzi tu tylko o błędy ortograficzne, czy przestawianie liter w wyrazach. Dyslektycy bardzo często mają ogromne problemy ze skomponowaniem dłuższej wypowiedzi pisemnej, czy ustnej. Problemy sprawia im także zapamiętywanie materiału, czy zrozumienie złożonego polecenia.

www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się występują już u najmłodszych. Ich rezultatem może być problem z nauką czytania, a później z czytaniem ze zrozumieniem. Mają zaburzony słuch fonematyczny, czyli kłopoty z prawidłowym rozróżnieniem głosek, które pozwala składać głoski w logiczną całość (wyrazy). Problem z analizą i syntezą wyrazów (dzielenie wyrazów na sylaby oraz składanie sylab w wyrazy). Dyslektycy mogą mieć problemy z orientacją w przestrzeni (lewo-prawo, przód-tył) a także z przejrzystym pismem. 
Tyle w kwestii przebiegu dysleksji rozwojowej...

Teraz kolej na: "Za moich czasów... "
Otóż, może i za moich czasów tego nie było, ale za tych moich czasów nie było też internetu, Facebooka, smartfonów, samochodów z klimatyzacją i dronów. O selfie już nawet nie wspominam ;P Za tych samych czasów nie było także alergii, depresji, prokrastynacji i lęków. Czy to oznacza, że skoro kiedyś czegoś nie znaliśmy, to znaczy, że tak ma być teraz? Czy może tylko dlatego, że o czymś nie wiedzieliśmy albo nie umieliśmy tego zdiagnozować, to znaczy, że tego nie było? Czy postęp jest zarezerwowany tylko dla techniki i lekkiej rozrywki umysłowej?

Rozwój (na szczęście) dociera do wszystkich dziedzin nauki, również biologii, chemii i psychologii. Dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. Możemy również dowiedzieć się, kiedy coś w nim jest nie tak. Takie życie ;)

Teraz kwestia "skąd TO się bierze...?"
Dysleksja rozwojowa może być zarówno wrodzona, jak i nabyta. Jeśli któreś z rodziców boryka się z takim zaburzeniem, istnieje prawdopodobieństwo, że ich dzieci, również spotka podobny los.
Niestety, nawet jeśli rodzice nie mieli żadnych problemów z uczniem się, nie gwarantuje to jednak, że ich dzieci również nie będą ich miały. Trudności w uczeniu  się mogą mieć także swoje źródło w zmianach anatomicznych zachodzących w okresie ciąży, porodu oraz w zmianach uwarunkowanych środowiskowo. Kiedyś doszłam do wniosku, że być może jest to cena, jaką płacimy za postęp i nasze wygodne życie.

Podobnie jak większość obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków połowę swojego dzieciństwa spędziłam na podwórku. Biegaliśmy wtedy po drewnianych konstrukcjach i zwisaliśmy, jak małpki z metalowych drabinek. Dziś takie sprzęty są niedopuszczalne, nieatestowane i niebezpieczne! Pomogły nam one jednak stymulować rozwój. To właśnie na tych śmiertelnie niebezpiecznych drabinkach ćwiczyliśmy utrzymywanie równowagi, stymulowaliśmy błędnik i rozwijaliśmy koordynację wzrokowo - ruchową. Razem z nami rozwijały się nasze mięśnie (w tym tak ważna obręcz barkowa), a także nasz mózg! Po powrocie do domu trzeba było popracować nad motoryką małą kręcąc kurkami w kranie i myjąc ręce mydłem w kostce. Wszystkie dzieci w zerówce potrafiły wiązać buty, a jazda na rowerze bez trzymanki nie była nam obca. Niestety teraz w kranach mamy mieszadła, a mydło spływa wprost na nasze dłonie, wystarczy tylko podłożyć ją w odpowiednie miejsce. Drabinki już dawno zniknęły, sąsiedzi sumiennie pilnują, żeby dzieci nie wchodziły na trawnik (o drzewach już nie wspomnę!). Buty są na rzepy, więc nie trzeba umieć wiązać, a sztywne palce dzieci doskonale nadają się do scrollowania.
www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się mogą przytrafić się każdemu dziecku, bez względu na jego poziom intelektualny. Jestem jak najbardziej za ich wczesnym wykrywaniem (już na pierwszym etapie edukacji można stwierdzić, czy dziecko jest zagrożone dysleksją, czy nie), jednak badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej nie mają na celu dostarczenia rodzicom papierków, dzięki którym dziecko będzie inaczej oceniane lub będzie miało więcej czasu na sprawdzanie. Na tym papierku znajdują się bowiem nie tylko zalecenia dla nauczycieli, ale (przede wszystkim!) zalecenia dla rodziców. Skutki dysleksji rozwojowej można (i trzeba) niwelowac. W ten sposób mamy szansę wychować, zdrowe, sprawne i pewne siebie dziecko, które śmiało wkroczy w dorosłość.

http://liceum.magellanum.edu.pl

Materiał napisany na podstawie:

Jaworska M., Uczeń ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się na lekcji języka obcego a ocenianie. Języki Obce w Szkole, 2012

www.ptd.edu.pl