Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2019

CZŁOWIEK-MARKETING

Moi Drodzy!

Ponieważ jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Kolega Małżonek postanowił ugryźć ogłoszenie o sprzedaży naszej Miss Nastolatek Karoliny Północnej, a samo ogłoszenie jest już jakby nieaktualne, stwierdziłam, że musi się tu znaleźć. Zatem cieszcie swe oczy jako i ja cieszyłam:

www.pixabay.com


Suzuki Forenza 2.0L 2004 automat LPG
Miss Nastolatek z Karoliny Północnej

Zbuntowana piętnastolatka, niezbyt dobrze się prowadzi, ale ruda nie tańczy jeszcze jak  szalona.
Stan: jeździ to jeździ, po co drążyć temat?
Cena to ok 2,5zł za kilogram, wliczając benzynę w baku, nigdzie nie dostaniesz tak taniej benzyny.

Najważniejsze elementy wyposażenia:
 - schowek na okulary przeciwsłoneczne - rajbany zawsze bezpieczne,
 - dźwignia do otwierania bagażnika od środka - dla grubszych imprezowiczów,
 - kwadratowa tablica z tyłu, co przy przerejestrowywaniu pozwala wybrać skróconą, czteroznakową tablicę
 - sprawna gaśnica z podbitym przeglądem do 05.2019,
 - LPG bez zaworu wstydu - dumni na gazie.

Pozostałe wyposarzenie:
 - klimatyzacja manualna,
 - elektryczne szyby (przód i tył),
 - elektrycznie regulowane lusterka,
 - centralny zamek (z kluczyka, bez pilota),
 - wspomaganie kierownicy,
 - automatyczna skrzynia biegów,
 - Isofix na tylnej kanapie,
 - radio z CD/MP3, Bluetooth i USB

Przegląd do 05.2019
OC do 09.2019
legalizacja baku LPG do 02.2021

sobota, 29 października 2016

Halloween


#Śpisiowamama

Dawno, dawno temu, kiedy to nasi protoplaści mówili na chleb bep, a na księdza Zorro, a ich protoplaści drapali się kijem po tyłku próbując wykrzesać ogień w swojej glinianej jamie, wtedy to właśnie Celtowie próbowali wykminić jakby tu zrobić w konia złe duchy, co to straszą pod łóżkiem i ogólnie są odpowiedzialne za całe zło tego świata z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem włącznie;) Po długiej burzy mózgów i konkursie projektów doszli do tego, że najsprytniej będzie przebrać się za stracha, żeby inne strachy pomyślały, że to swój i dały mu święty spokój  (stąd przebieranki), a dla pewności, co by nie mieć wątpliwości i tak na wszelki wypadek stwierdzili, że warto jeszcze tym strachom jakąś szamkę załatwić, wszak wiadomo, że jak człowiek głodny to i zły  (stąd cukierek albo psikus). Jeśli natomiast rozchodzi się o nazwę, to objaśniam, co mi wiadomo w tej sprawie: 
Celtowie urządzali przebieranki w obawie przed tym, że duch babci zechce jednak przyjść i ochrzanić ich za to, że nie zjedli tej owsianki za dzieciaka, co to nad nią tak babcia stała. A duchy najczęściej przychodziły wraz z zakończeniem lata i początkiem pory roku zwanej #pizgazłem. Z czasem, kiedy religia chrześcijańska położyła swoją łapkę na Europie zaczął się rebranding. Ustanowiono zatem, że zamiast imprezki z przebierankami będzie imprezka na cześć wszystkich świętych. Ludzie to kupili, ale nie do końca. Bo owszem, 1. listopada świętują uroczystość Wszystkich Świętych, ale jednak przebieranki w wigilię Wszystkich Świętych pozostały. Notabene stąd też wzięła się nazwa Halloween. Ogólnie rzecz biorąc jest to efekt końcowy ewolucji słów All Hallows Eve (czyli po naszemu wigilia Wszystkich Świętych właśnie).

#Śpisiowamama

Tylko po co ja o tym w ogóle piszę? Ano po to, że co roku ten temat wraca jak nie przymierzając bumerang. Być może dlatego, że dziwnym trafem co roku 31. października wypada akurat w przeddzień Wszystkich Świętych...? Generalnie ubawiłam się setnie pismem naszego, toruńskiego kuratora oświaty, który w jakże wysublimowany sposób próbował przekonać nieprzekonanych, że Halloween to zło, a przy okazji delikatnie dać do zrozumienia nauczycielom i dyrektorom szkół, kto tu rządzi i kogo za sobą ma. Nieco już mniej subtelnie natomiast wprowadził pan kurator ferment na linii rodzic-dyrekcja szkoły sugerując, że rodzice maja pomóc szkole podjąć odpowiednią decyzję. Czyli ogólnie to wiecie, co macie robić... wszystko na mój koszt jak mawiał klasyk ;) Moim skromnym zdaniem bardzo nietrafioną była również uwaga, jakoby szczególnie zagrożone były umysły uczniów szkół specjalnych, którym to impreza Halloweenowa może tylko namieszać w głowie. Nie wiem, jakie źródła kazały tak przypuszczać autorowi pisma, ale moje twierdzą, że wszelkie formy aktywizacji, teatralizacji, sztuki, zabawy i działania (w tym właśnie przebieranki) mają raczej pozytywny wpływ na uczniów szkół specjalnych. Ale co ja tam wiem...

Inna sprawa, że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej nagonce na Halloween... Zupełnie jakbyśmy nie mogli przestać na chwilę się umartwiać i trochę zabawić. Oh wait! Jesteśmy w Polsce, tutaj nawet Dzisiaj w Betlejem śpiewa się na melodię Wisi na krzyżu. Mimo wszystko jednak argumenty przeciwników Halloween nie bardzo do mnie trafiają. 

No bo tak: 
Pogańskie święto! No tak, ale jak tak dobrze pomyśleć, to większość świąt jest pogańska tyle że odpowiednio zaadaptowana do wymagań chrześcijańskich. Ot taka choinka na przykład. 100% german w niej, ale w Bożym Narodzeniu nie przeszkadza. Swoją drogą ciekawi mnie, co na ten temat mówią w Brytyjskich kościołach?

Nie polskie to święto! Okeej. W takim razie zrezygnujmy też z Walentynek, bo nijak się one mają do polskiej tradycji. Zlikwidujmy jarmarki bożonarodzeniowe i letnie grille.

Gusła i zabobony. Serio? A Andrzejki to pies? Rozumiem, że andrzejkowe wróżby i zabobony to nie zabobony i nie mącą umysłów dzieci.

Komercjalizacja. Piniondz wszędzie, panie! No co zrobisz, takie czasy. Swoją drogą na zniczach też niemały zarobek ludzie mają, prawda? A odnośnie komercjalizacji to chyba najlepiej poczytać sobie, dlaczego strój świętego Mikołaja jest czerwono biały i jakiż tam produkt jest podstępnie ulokowany ;)

Spustoszenie duszy i umysłu. Na tenże gruby kaliber mam jeszcze grubszy: albowiem jakoś nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś był równie zatroskany o umysły i dusze młodych ludzi na przykład w trakcie karnawału albo juwenaliów. Wtedy to na potęgę możemy doświadczać wysypu żywych trupów, wampirów, Monster High i innych maszkar. Albo kolędnicy, wśród których można znaleźć i diabła... Ale rozumiem, że wtedy są spoko?

No i, w końcu, naczelny argument, że jak to, że to się nie godzi tak imprezować, podczas gdy nazajutrz taka refleksja i zaduma ma nadejść. I tego to już kompletnie nie rozumiem, bo nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Dlaczego pogodny nastrój i dobra zabawa jednego dnia mają wykluczyć wspomnienie drogich nam osób dnia następnego? A w ogóle to chciałam przypomnieć, że święto Wszystkich Świętych to w sumie radosne święto i tak na dobrą sprawę każdy z nas świętuje wówczas swoje imieniny (tak mi w podstawówce powiedziała pani od religii ;) ), a czas wspominek i żałoby wypada w Dzień Zaduszny przecież. No ale to już jak kto woli...

#Śpisiowamama

Wszystkiego dobrego z okazji imienin :D


wtorek, 18 października 2016

30


W ubiegłym miesiącu kopnął mnie zaszczyt świętowania urodzin :) Już po raz trzydziesty :D I, o dziwo, obyło się bez spazmów i płaczu ;) A dlaczego? Ano dlatego, że po prostu szkoda mi czasu na bezproduktywne użalanie się nad sobą ;) Owszem, zdarzył mi się epizod, kiedy to byłam o krok od uronienia krokodylej łzy nad swym nieuchronnym losem, ale wtedy to trafiłam na instagramowe fotki młodocianych dziewoj, które rozpaczały, że oto skończyły właśnie 20 (tak, słownie DWADZIEŚCIA ) lat.

Zdaję sobie sprawę, że są osoby (i to nawet sporo tych osób jest), dla których 25. urodziny to czas, kiedy kończy się świat, a po trzydziestce to pozostaje jedynie położyć się i czekać na śmierć;)

Żeby nie było tak kolorowo, to owszem i ja miałam takie przebłyski, że jak to? Przecież jeszcze niedawno uważałam, że ludzie po trzydziestce są starzy ;) Ale potem sama skończyłam trzydziestkę i doszłam do wniosku, że trzydziestolatki są spoko ;)

Z resztą już chyba do końca życia będzie tak, że dla jednych będę starą truflą, podczas gdy dla innych będę głupim szczylem.  Jak w piosence Hey, nikomu nie dogodzisz ;)

Zatem, jako rzecze Chandler Bing: "Lepiej mieć z górki, niż leżeć pod nią!"

Happy birthday to me!

poniedziałek, 26 października 2015

Brudna robota

Szanowni Państwo, dziś w poście z cyklu DIY przedstawiamy przecudnej urody, hipsterski makeover balona i kawałka bawełnianego sznurka (zwanego kordonkiem) przez wtajemniczonych zwanym cottonballs :)

Uprzedzam, będzie brudno i śmierdząco i niezbyt lekko, przynajmniej na początku ;) ale efekt jest rewelacyjny!


Na początek potrzebne rzeczy:

- kordonek (jeden wystarczył na wykonanie 16 niezbyt gęsto uplecionych kulek)

- vicol (0.2 kg rozdrobnione z wodą 2:1 wystarczyło na 20 kulek) 

- balony (lepiej wykorzystać balony na wodę, ponieważ klasyczne delikatnie nadmuchane wyglądają jak łezki) 

- nożyczki (ostre, ale może niekoniecznie bardzo reprezentacyjne, bo bardzo się uświnią ;)) 

- linka i klamerki (kulki będą sobie wesoło dyndać podczas schnięcia ;) )



Produkcja cottonballsów przebiega następująco:

Krok 1: dmuchamy balony do upragnionej wielkości 
















Krok 2: nawijamy kordonek na palce. Najlepiej zawijać ósemki na kciuk i palec wskazujący. Kiedy już się z tym uporamy, staramy się za wszelką cenę nie zgubić końcówki ;) 

Krok 3: moczymy nawinięty kordonek w roztworze kleju











Krok 4: nawijamy kordonek na balon
Krok 5: kroki 2-4 powtarzamy tak długo, aż uzyskamy pożądany efekt. W zależności od koncepcji, kulki mogą być rzadko lub gęsto uplecione :D













Krok 6: czekamy aż klej wyschnie. Trochę to potrwa, ale kiedy to się stanie i kordonek się usztywni, możemy przebić balony i delikatnie wyciągamy je z bawełnianej plątaniny :)






































Krok 7: w otworkach po balonach umieszczamy lampki, zapalamy i... GOTOWE!!!



sobota, 3 października 2015

W co się bawić ... ?

 www.misiespisie.pl



Kreatywne dzieci to skarb, a ze skarbem wiadomo, co trzeba zrobić ;) Jeśli chodzi o moje osobiste dzieciństwo, to myślę, że kreatywności nie można nam odmówić. My, czyli trójka Drombo (czy ktoś to jeszcze pamięta?!) w składzie: moja młodsza siostra, kuzynka i ja. Skutkiem naszej kreatywności były, między innymi: kilogramy rozbitej, babcinej ceramiki, litry zmarnowanego płynu i mydła, smugi na kafelkach, zarwane łóżka, porysowana podłoga i fotele. Drobnych urazów oczywiście nie liczę ;) Skąd zatem te wszystkie ofiary? Są to oczywiście skutki dziecięcych zabaw :)

Babcina ceramika ucierpiała podczas zabawy w Fikusie. Zabawa ta była zainspirowana dwoma maskotkami, które dostałyśmy nie pamiętam już od kogo. W każdym razie, od początku trudno było określi przynależność gatunkową naszych maskotek. Trochę przypominały misie, trochę pieski, jednak żadna z cech nie przeważała. Maskotki zostały nazwane fikusami, z pewnością dlatego, że były fikuśne ;) Zabawa w fikusie była prosta, każda z nas była fikusiową rodziną. Miałyśmy swoje domki i naturalne bogactwa, które służyły do wymiany (fikusie nie używały pieniędzy, w ich miasteczku panował handel wymienny ;) ). Jednak w fikusie można było bawić się tylko w domu babci i dziadka. Dlaczego? Ponieważ byli oni (do dziś są!) w posiadaniu dwóch, niezbędnych do tej zabawy rzeczy! Pierwszą z nich jest czaderski (dziś hipsterski) półkotapczan, ze szklaną witryną i wspaniałą funkcją ekstra: dwoma rozkładanymi biurkami (Gimby nie znają, nie ma szans!)! Pod tymi właśnie biurkami miałyśmy swoje domki. Drugą zaś rzeczą była wspomniana już ceramika, czyli przeróżne zestawy kubeczków, filiżanek, karafek, dzbanuszków, wazonów, itp. Żadna kawa nie smakowała tak wybornie, jak nasza, wyimaginowana kawa z tamtych lat. Fikusie oczywiście miały różne przygody, co zaowocowało uszczerbkiem w domowym wyposażeniu ;) Pamiętam także, że porysowałam dziadkom płytę w półkotapczanie. Nie dało się jednak tego uniknąć, ponieważ klocki jenga służyły nam jako zapałki, a wspomniana płyta była jak wielka płyta siarkowa ;)

Fikusie :) fot. archiwum prywatne :)

Szybko okazało się, że fikusie to tylko przedbiegi ;) Jednak oprócz zabaw rodem z RPG byłyśmy także bardzo pomocne w … łazience! Kolejnym naszym wymysłem była watka-klatka (proszę docenić rym!). Watka-klatka to nic innego jak piana, do której zrobienia zużyłyśmy litry zielonego Ludwika (innego jeszcze wtedy nie było ;P) i jeszcze więcej wody. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od przygotowania zwykłych baniek mydlanych. Najwyraźniej jednak szybko nas to znudziło i postanowiłyśmy zrobić wielką pianę w wannie. Wówczas któraś z nas wpadła na genialny pomysł wyszorowania płytek łazienkowych. Pamiętam, że następnego dnia rano ciocia zastanawiała się, skąd wzięły się smugi na jej jaśniutkich kafelkach… ;P Równie zastanawiająca była dla wszystkich dorosłych zagadka znikającego płynu do mycia naczyń ;)

www.pixabay.com

Myślę, że zarwana kanapa nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem dzieciństwa. Sprężynowe tapczany i kanapy same się prosiły o skakanie na nich. My czyniłyśmy to podczas rodzinnych spotkań tak długo, dopóki ktoś z dorosłych się nie zorientował ;) Pamiętam też, że kanapy i fotele ucierpiały podczas moich zabaw z przyjaciółką z podstawówki. Bawiłyśmy się wtedy w Fort Boyard znany nam tylko z opowieści, bo pora emisji była tak późna, że nie było opcji wytrwać i obejrzeć na własne oczy ;) Wymyślałyśmy sobie różne zadania, a jednym z nich były stawy z piraniami umieszczone na podłodze pokoju. Trzeba więc było zręcznie skakać z kanapy na tapczan, fotel, krzesło, czy co tam było pod nogami, byle nie skoczyć na podłogę ;) Nic więc dziwnego, że sprężyny nie wytrzymywały… ;)


Jak już pisałam, kreatywne dzieci to skarb… Z pewnością nasze kreatywne pomysły pozbawiły naszych rodziców nie jednego włosa na głowie i nierzadko spędziły sen z powiek. Mimo wszystko, mam nadzieję, że moje dziecko będzie równie kreatywne, a mi nie pozostanie nic innego, jak porządnie ubezpieczyć mieszkanie i wprowadzić tą kreatywność na odpowiednie tory ;)
www.pixabay.com