Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matkanauczycielka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matkanauczycielka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

JAK PRZETRWAĆ WAKACJE - PORADNIK DLA NAUCZYCIELI

Mniej więcej w okolicy czwartego września, lub też, używając języka ustawowego, około trzy dni po rozpoczęciu zajęć dydaktycznych, nauczyciele zaczynają odliczać dni do wakacji. Kiedy nadchodzi wreszcie dzień zakończenia roku, wszyscy, zgodnie twierdzą, że jadą na oparach i jeszcze jeden dzień odbiłby się poważnie na ich zdrowiu, głównie psychicznym. Jednak, kiedy nadchodzą upragnione wakacje, wielu nauczycieli nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić. Owszem, są tacy, którzy odrabiają strajkowe zaległości w szkołach prywatnych, albo tacy, którzy bez opamiętania rzucają się w wir podróży. Są też tacy, którzy mają małe dzieci i po prostu zmienia im się ilość osób do zaopiekowania na metraż. Mimo wszystko, spora część nauczycieli w okresie wakacyjnym snuje się smętnie po mieszkaniu, parku czy galerii w poszukiwaniu sensu życia budząc się w okolicy połowy sierpnia z poczuciem zmarnowanego czasu. Zatem, aby nie dopuścić do takiej sytuacji oraz zapobiec pojawieniu się syndromu ocaleńca, przedstawiam malowniczy poradnik wakacyjny.

Nie odcinaj się od pracy. Kiedy powrócisz do domu z naręczem kwiatów, spokojnie zajmij się ich aranżacją. Możesz je zewidencjonować i każdemu z nich założyć dzienniczek, przeprowadzić obserwację i zaczerpnąć wiedzy u źródła (w tym wypadku wujka Googla) odnośnie mocnych i słabych stron. Jeśli jesteś specjalistą lub przeczytałaś lub przeczytałeś ostatnio artykuł o tym, możesz sporządzić profil osobowościowy każdego kwiatka oraz prowadzić statystyki upodobań. Jeśli jakiś kwiatek padnie, nie zapomnij sporządzić notatki służbowej oraz dokonać autoewaluacji. Możesz pokusić się o analizę przypadku.

Zostaw sobie coś na później. Nie wybiegaj przed szereg i nie składaj dyrekcji sprawozdań i dokumentów przed terminem (nikt nie lubi kujonów!). Nie uzupełniaj wszystkich arkuszy przed zakończeniem roku i nie oddawaj dziennika. Zostaw sobie odrobinę papierologii, która będzie namiastką tego, co robiłeś lub robiłaś (albo i nie) do tej pory. W ten sposób zapewnisz sobie odrobinę atrakcji i nie będziesz dźgać ludzi w oczy swoim wolnym czasem.

Nie wychodź z wprawy. W kolejnym tygodniu wakacji zobliguj się do opieki nad stadem nieletnich. Mogą to być koledzy lub koleżanki Twoich dzieci lub krewni i znajomi królika. Wszystko jedno, ich rodzice będą zachwyceni, a Ty pozostawisz sobie link między sobą na wakacjach, a pracą. Nie zapomnij tylko odpowiednio się do tego przygotować. Sporządź plan pracy, scenariusze zajęć, przygotuj pomieszczenie i pomoce naukowe. Jeśli zaplanujesz wyjście na plac zabaw, nie zapomnij o karcie wycieczki i koniecznie pamiętaj o zgodach rodziców lub opiekunów prawnych na korzystanie ze wspólnej piaskownicy, huśtawki plastikowej z oparciem i bez, huśtawki typu piekło-niebo, itp. Jeśli planujesz zorganizować pobyt z poczęstunkiem, nie zapomnij sprawdzić rozporządzenia zmieniającego rozporządzenie wprowadzające zmiany w ustawie zmieniającej zapisy w przepisach dotyczących żywienia zbiorowego z 28 października 1956 roku.

Pozostań w kontakcie. Stopniowo ograniczaj korzystanie z dziennika internetowego i służbowego maila. Jeśli tylko masz taką możliwość, poproś któregoś z rodziców o to, żeby zadzwonił do Ciebie kontrolnie spytać, czy na rozpoczęcie roku dziecko ma przyjść w rajstopkach czy lepiej w sandałkach, albo czy podręczniki do niemieckiego będą refundowane i kiedy przyjdą katechizmy? Jeśli nikt z rodziców nie podejmie się tego zadania, poproś kogoś znajomego, lub członka rodziny, żeby raz w tygodniu (najlepiej w niedzielę o 21. 07) zadzwonił do Ciebie albo napisał SMS z pytaniem, czy moglibyście porozmawiać w bardzo ważnej sprawie.

Ćwicz pamięć. Raz na jakiś czas wybierz się do marketu w okolicy placówki oświatowej, w której pracujesz. Zrób to najlepiej w godzinach największego ruchu po to, żeby spotkać tam swoich uczniów i/ lub ich rodziców. Możesz się wtedy zabawić w memory (dopasowywanie opiekuna do ucznia, dopasowywanie ucznia do numerka w dzienniku, czy jak tam akurat wolisz - daj się ponieść zabawie!). Musisz jednak liczyć się z tym, że w każdej chwili może Cię zaczepić rodzic z zapytaniem, dlaczegóżto jego latorośl nie miała w tym roku świadectwa z paskiem, dlaczego nie postawiłeś lub postawiłaś dziecku piątki na koniec roku i wreszcie, dlaczego syn sąsiada ma wzorowe zachowanie, skoro wszyscy dookoła wiedzą, że w kościele przysypia podczas kazania.

Przeżyj to jeszcze raz. Gdy zatęsknisz za swoimi podopiecznymi, udaj się do działu ksiąg zakazanych, wyjmij z regału najczarniejszą z teczek i sięgnij po pliczek wypracowań. Spróbuj przeczytać je wszystkie, albo chociaż część z nich i zobacz, jakie wywrą na Tobie wrażenie. Musisz jednak uważać, bo może okazać się, że druga połówka po powrocie z pracy znajdzie Cię siedzącego pod stołem, dmuchającego w papierową torbę i powtarzającego jak mantrę, że już nigdy więcej nie wrócisz do tej roboty!

Kiedy będziesz miał lub miała te wszystkie etapy za sobą, możesz odetchnąć pełną piersią, wyjść na balkon, do ogrodu czy parku i zadzwonić w południe do koleżanki czy kolegi akurat nie pracującego w edukacji z zapytaniem, czy nie mieliby akurat ochoty na kawkę. Kiedy po drugiej stronie usłyszysz charakterystyczny jęk, możesz dorzucić coś w stylu, że przepraszasz, ale zapomniałeś, że nie mają wakacji. Po tym możesz już rozkoszować się całym tygodniem wolnego.



czwartek, 24 listopada 2016

Dziękuję Ci, Ameryko!


Pielgrzymi (czyli pierwsi osadnicy na ziemiach północnoamerykańskich) musieli mieć w sobie pierwiastek polski 😂 Samo wkurzenie życiem pod koroną królewską chyba nie tłumaczy tak ryzykownych ruchów, jakimi było osiedlanie się na nowych ziemiach 😉 Kogo nie wykończyły nowe bakterie i wirusy tego, podobnie jak u nas drogowców, zaskoczyła jesień i zima. Zginęliby pewnie niechybnie i szlag by trafił całą kolonizację, gdyby nie zorganizowana grupa Indian, która akurat przyszła im z pomocą. Podzielili się jedzeniem, pokazali jak uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Ich potomkowie odwdzięczyli się za to wybijając połowę Indian, a drugą połowę zamykając w rezerwatach. No cóż, jak widać, każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara. Zanim jednak doszło do rękoczynów, Pielgrzymi zasiedli wraz z Indianami do kilkudniowej uczty, na pamiątkę której to właśnie w każdy czwarty czwartek listopada obchodzimy Święto Dziękczynienia. To znaczy my nie, ale Amerykanie owszem. I moim zdaniem jest to bardzo pozytywne święto, które moglibyśmy sobie zaimportować 😊

I tak przy okazji amerykańskiego święta Dziękczynienia pomyślałam sobie, że jest kilka rzeczy, za które jestem Amerykanom wdzięczna 😉

Jeansy. No klasyka przecież 😊 Każdy je ma i nosi dumnie. Są dobre na wszystko, na spacer, do pracy, do kościoła i na ryby. Długie, krótkie, rybaczki, ogrodniczki, dzwony, rurki, czego dusza zapragnie. Spodnie, spódnice, kurtki, koszule... No klasyka 😊

Burgery. Czyli nowa odsłona kotleta mielonego w towarzystwie buły, warzywek i frytek 😊 Dzięki niemu miliony polskich rodziców przekonały swe dzieci do jedzenia mięsa mielonego, a setki ludzi znalazło pracę i ubiło interes życia, zarówno w osiedlowych budach, autostradowych Makusiach, jak i fancy burgerowniach.

Koncepcja od zera do milionera czyli słynny American Dream. No ludzie, gdyby nie Amerykanie, ludzkość nigdy by nie wpadła, żeby przełamać stereotypy i role społeczne. Pucybut zostałby pucybutem i nigdy by nie pomyślał, żeby aspirować do czegoś więcej 😉 

Walt Disney. Dzięki niemu miliony dzieci na całym świecie miały cudowne dzieciństwo okraszone fantazją i odrobiną magii. Ja panu Disneyowi jestem szczególnie wdzięczna za Piękną i bestię, gdyż jest to moja ulubiona bajka. A kto choć łzy nie uronił przy śmierci Mufasy jest oficjalnie martwy w środku 😉

Sekularyzacja Świętego Mikołaja. Jak niesie wieść jedna z amerykańskich firm na swoje potrzeby zaprojektowała strój Mikołaja na nowo, pozbawiając go przy tym biskupich akcesoriów. Dzięki temu człowiek w czerwono-białym kubraczku stał się Świętym Mikołajem, Gwiazdorem, Dziadkiem Mrozem, Aniołkiem, Dzieciątkiem Jezus, Świątecznym Pancernikiem i czym tam jeszcze trzeba w jednym 😉 Przez to z kolei wszystkie dzieci, niezależnie od wyznań i kultur mogą cieszyć się z prezentów na gwiazdkę 😊

I na sam koniec, wisienka na torcie:

FRIENDSy. Seriale. Wszyscy wiemy, że Amerykanie robią to dobrze 😊 Tak się składa, że Przyjaciele to mój ulubiony serial. Mogę ich oglądać niemal na okrągło i choć niektóre teksty znam już na pamięć, to wciąż niesamowicie mnie śmieszą. Oczywiście to nie jest mój jedyny ulubiony serial, ale chociaż inne przychodzą i odchodzą, ten wciąż pozostaje 😊


A Wy za co kochacie Amerykę? 😂 No chyba, że nie kochacie... 😉


wtorek, 15 listopada 2016

Najgorzej

Podobno najgorzej jest być dzieckiem nauczyciela... Gorzej mają chyba tylko... Nie, jednak te nauczycielskie mają najgorzej. W sumie to nie wiem, czy to prawda, bo akurat mam dwoje rodziców, w tym jednego nauczyciela, więc nie mam porównania. Ale jeśli kiedyś będę miała więcej rodziców, to dam Wam znać, jak wypadł ranking ;)

W każdym razie, życie mi się tak ułożyło, że sama jestem nauczycielką i oprócz tego jeszcze rodzicem (tyle szczęścia na raz, kto by przypuszczał!?). Doszły do mnie słuchy, że przede mną teraz dwa modele działania:

1. albo moje dziecko będzie przetyrane wzdłuż i wszerz (w myśl zasady: żeby nie przynieść wstydu mamusi)

2. albo będzie konkretnie olane na rzecz obcych dzieci (w myśl zasady: szewc bez butów chodzi)

Naiwnie kieruję jednak swe oczy w stronę środka, czyli że ja pokażę dziecku co i jak, a ono samo zdecyduje, czy go to kręci, czy nie.

Nie powiem, że wizja wielojęzycznego dziecka, które zaczyna mówić z opóźnieniem, bo nie może się zdecydować, czy jego językiem ojczystym będzie damn, cholera czy inne fafluchte, jest dość kusząca. Jednak daleka jestem od tego, żeby wałkować dni tygodnia z dwulatkiem, który wciąż upiera się, że jutro byliśmy u babci, albo, co lepsze, nie mówi wcale.

Ale... kto mi zabroni dzielić się z dzieckiem moją pasją? Tak, mili Pańswo, komunikacja, konwersacja, nauka i nauczanie języków obcych to jest to, co taki tygrysek, jak ja lubi bardzo.  W końcu mogę sobie gadać do kogoś w wybranym przeze mnie języku, śpiewać na głos piosenki i czytać bajki i inne czytanki bez obawy, że zostanę posądzona o niepoczytalność. Angielski, niemiecki i, od jakiegoś czasu, hiszpański... you name it. Ktoś mi zarzuci, że to przerost ambicji nad treścią. Dla tego kogoś - z pewnością, a dla mnie - bynajmniej! Bowiem mowa nie bierze się u człowieka z powietrza, a dzieci (już od pierwszych dni) wraz z dźwiękami otoczenia przyswajają to, co my nazywamy językiem. Mało tego, już noworodki są wstanie odróżnić mowę od innych dźwięków, a kilkumiesięczne maluchy rozpoznają język ojczysty. Im większa różnorodność językowa, tym elastyczniejszy staje się umysł dziecka, a co za tym idzie jego wyobraźnia i kreatywność. I tu nawet nie chodzi o to, żeby moje dziecko miało szóstki w szkole (choć oczywiście nimi nie pogardzę ;) ), ale o to, żeby potrafiło się porozumieć z drugim człowiekiem, odczytać informacje podczas dalekich i bliskich podróży, czy miało świadomość, że w tej piosence na pewno nikt nie obraża jego starej ;) A jeśli w pakiecie dostanie przy tym szerokokątne postrzeganie świata i gibkość umysłową, to tylko się cieszyć.

Dobra wiadomość jest taka, że wszystkie nasze dzieci będą wielojęzyczne, bowiem wielojęzyczność to pojęcie szerokie, a wielojęzycznym jest człowiek, który potrafi porozumieć się z innym człowiekiem w jakimkolwiek innym języku niż jego język ojczysty. Zatem, zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, nasze dzieci są zobligowane do opanowania przynajmniej jednego języka obcego w szkole podstawowej i kolejnego w szkole ponadpodstawowej.

Także, jeśli o mnie chodzi to the more the merrier :D

M.  Oparkowska-Siuzdak

sobota, 29 października 2016

Halloween


#Śpisiowamama

Dawno, dawno temu, kiedy to nasi protoplaści mówili na chleb bep, a na księdza Zorro, a ich protoplaści drapali się kijem po tyłku próbując wykrzesać ogień w swojej glinianej jamie, wtedy to właśnie Celtowie próbowali wykminić jakby tu zrobić w konia złe duchy, co to straszą pod łóżkiem i ogólnie są odpowiedzialne za całe zło tego świata z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem włącznie;) Po długiej burzy mózgów i konkursie projektów doszli do tego, że najsprytniej będzie przebrać się za stracha, żeby inne strachy pomyślały, że to swój i dały mu święty spokój  (stąd przebieranki), a dla pewności, co by nie mieć wątpliwości i tak na wszelki wypadek stwierdzili, że warto jeszcze tym strachom jakąś szamkę załatwić, wszak wiadomo, że jak człowiek głodny to i zły  (stąd cukierek albo psikus). Jeśli natomiast rozchodzi się o nazwę, to objaśniam, co mi wiadomo w tej sprawie: 
Celtowie urządzali przebieranki w obawie przed tym, że duch babci zechce jednak przyjść i ochrzanić ich za to, że nie zjedli tej owsianki za dzieciaka, co to nad nią tak babcia stała. A duchy najczęściej przychodziły wraz z zakończeniem lata i początkiem pory roku zwanej #pizgazłem. Z czasem, kiedy religia chrześcijańska położyła swoją łapkę na Europie zaczął się rebranding. Ustanowiono zatem, że zamiast imprezki z przebierankami będzie imprezka na cześć wszystkich świętych. Ludzie to kupili, ale nie do końca. Bo owszem, 1. listopada świętują uroczystość Wszystkich Świętych, ale jednak przebieranki w wigilię Wszystkich Świętych pozostały. Notabene stąd też wzięła się nazwa Halloween. Ogólnie rzecz biorąc jest to efekt końcowy ewolucji słów All Hallows Eve (czyli po naszemu wigilia Wszystkich Świętych właśnie).

#Śpisiowamama

Tylko po co ja o tym w ogóle piszę? Ano po to, że co roku ten temat wraca jak nie przymierzając bumerang. Być może dlatego, że dziwnym trafem co roku 31. października wypada akurat w przeddzień Wszystkich Świętych...? Generalnie ubawiłam się setnie pismem naszego, toruńskiego kuratora oświaty, który w jakże wysublimowany sposób próbował przekonać nieprzekonanych, że Halloween to zło, a przy okazji delikatnie dać do zrozumienia nauczycielom i dyrektorom szkół, kto tu rządzi i kogo za sobą ma. Nieco już mniej subtelnie natomiast wprowadził pan kurator ferment na linii rodzic-dyrekcja szkoły sugerując, że rodzice maja pomóc szkole podjąć odpowiednią decyzję. Czyli ogólnie to wiecie, co macie robić... wszystko na mój koszt jak mawiał klasyk ;) Moim skromnym zdaniem bardzo nietrafioną była również uwaga, jakoby szczególnie zagrożone były umysły uczniów szkół specjalnych, którym to impreza Halloweenowa może tylko namieszać w głowie. Nie wiem, jakie źródła kazały tak przypuszczać autorowi pisma, ale moje twierdzą, że wszelkie formy aktywizacji, teatralizacji, sztuki, zabawy i działania (w tym właśnie przebieranki) mają raczej pozytywny wpływ na uczniów szkół specjalnych. Ale co ja tam wiem...

Inna sprawa, że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej nagonce na Halloween... Zupełnie jakbyśmy nie mogli przestać na chwilę się umartwiać i trochę zabawić. Oh wait! Jesteśmy w Polsce, tutaj nawet Dzisiaj w Betlejem śpiewa się na melodię Wisi na krzyżu. Mimo wszystko jednak argumenty przeciwników Halloween nie bardzo do mnie trafiają. 

No bo tak: 
Pogańskie święto! No tak, ale jak tak dobrze pomyśleć, to większość świąt jest pogańska tyle że odpowiednio zaadaptowana do wymagań chrześcijańskich. Ot taka choinka na przykład. 100% german w niej, ale w Bożym Narodzeniu nie przeszkadza. Swoją drogą ciekawi mnie, co na ten temat mówią w Brytyjskich kościołach?

Nie polskie to święto! Okeej. W takim razie zrezygnujmy też z Walentynek, bo nijak się one mają do polskiej tradycji. Zlikwidujmy jarmarki bożonarodzeniowe i letnie grille.

Gusła i zabobony. Serio? A Andrzejki to pies? Rozumiem, że andrzejkowe wróżby i zabobony to nie zabobony i nie mącą umysłów dzieci.

Komercjalizacja. Piniondz wszędzie, panie! No co zrobisz, takie czasy. Swoją drogą na zniczach też niemały zarobek ludzie mają, prawda? A odnośnie komercjalizacji to chyba najlepiej poczytać sobie, dlaczego strój świętego Mikołaja jest czerwono biały i jakiż tam produkt jest podstępnie ulokowany ;)

Spustoszenie duszy i umysłu. Na tenże gruby kaliber mam jeszcze grubszy: albowiem jakoś nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś był równie zatroskany o umysły i dusze młodych ludzi na przykład w trakcie karnawału albo juwenaliów. Wtedy to na potęgę możemy doświadczać wysypu żywych trupów, wampirów, Monster High i innych maszkar. Albo kolędnicy, wśród których można znaleźć i diabła... Ale rozumiem, że wtedy są spoko?

No i, w końcu, naczelny argument, że jak to, że to się nie godzi tak imprezować, podczas gdy nazajutrz taka refleksja i zaduma ma nadejść. I tego to już kompletnie nie rozumiem, bo nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Dlaczego pogodny nastrój i dobra zabawa jednego dnia mają wykluczyć wspomnienie drogich nam osób dnia następnego? A w ogóle to chciałam przypomnieć, że święto Wszystkich Świętych to w sumie radosne święto i tak na dobrą sprawę każdy z nas świętuje wówczas swoje imieniny (tak mi w podstawówce powiedziała pani od religii ;) ), a czas wspominek i żałoby wypada w Dzień Zaduszny przecież. No ale to już jak kto woli...

#Śpisiowamama

Wszystkiego dobrego z okazji imienin :D


piątek, 22 stycznia 2016

(Nad)Wrażliwość


www.mystorybook.com

Mili Państwo, dziś będziemy rozmawiać właśnie o nadwrażliwości. Wielu z nas kojarzy nadwrażliwość z przewrażliwieniem czy nadopiekuńczością, jednak w tym kontekście to coś zupełnie innego. W tym wypadku, kiedy mówimy o nadwrażliwości mamy na myśli tą zmysłową, czyli to, że nasze zmysły odczuwają zbyt mocno albo odczuwają za mało. W tym poście bardzo często pojawiać się będzie słowo-klucz, czyli integracja sensoryczna. Co to takiego? Otóż integracja to scalenie czy wspólne działanie, a sensoryczna, bo dotyczy sensorów, czyli zmysłów. Wychodzi na to, że integracja sensoryczna to zgodna współpraca wszystkich zmysłów. Tym sposobem dochodzimy do kolejnego terminu, czyli do zaburzeń integracji sensorycznej. Zatem głoszę, co następuje: 

kiedy ludzkie zmysły trafiają na przeszkody w przetwarzaniu odbieranych bodźców, dochodzi do zaburzeń. Może zdarzyć się tak, że bodźce te będą odbierane nieprawidłowo, czyli albo zbyt słabo, albo zbyt mocno.

www.pakemanprimary.co,uk

Jednak o zaburzeniach integracji sensorycznej możemy mówić tylko w momencie, kiedy wykluczymy inne zaburzenia czy czynniki fizjologiczne (np. uszkodzenia wzroku, słuchu, zaburzenia neurologiczne, choroby, itp.). Dlatego: jeśli widzimy, że coś jest nie halo z naszym dzieckiem, jego kolegą, uczniem, sąsiadem, etc. najpierw udajemy się do lekarza. Jeśli on stwierdzi, że wszystko jest jednak halo, a mimo to wciąż nie opuszcza nas wrażenie, że nie do końca, możemy pokusić się o zaburzenia SI (to w języku czarów oznacza integrację sensoryczną ;) ).

Czym się objawiają zaburzenia SI? Najprościej jest dostrzec nadwrażliwość na bodźce wzrokowe, dźwięki, zapachy, smaki czy dotyk. Na przykład nasze dziecko krzywi się przed telewizorem albo skarży się, że czasem bolą je oczy, albo (co gorsze) światło boli je w oczy. W przypadku dźwięków dziecko może w pewnych przypadkach zasłaniać sobie uszy, albo skarżyć się, że niektóre dźwięki bolą je w uszy. Kiedy natomiast ledwo muśnięte dziecko podnosi lament i wrzeszczy w niebogłosy możemy podejrzewać, że mamy do czynienia z nadwrażliwością na dotyk. To samo tyczy się wyostrzenia smaku, czy węchu. Czasem, kiedy dziecko mówi, że coś smakuje obrzydliwie, to rzeczywiście w jego odczuciu może tak smakować. Podobnie jest z zapachami: dziecku coś śmierdzi, a my kompletnie nic nie czujemy. Jednak nadwrażliwość to jeszcze nie wszystko!

Zdarzają się przypadki, kiedy dziecko jest niedostymulowane i jego zmysły same szukają bodźców. W takim przypadku dzieci będą próbowały dostymulować się same i (o zgrozo!) będą robić to podświadomie. Na przykład celowo wpatrując się w obrazy u nas wywołujące oczopląs czy zwiastujące rychły napad epilepsji. Będą słuchały dziwnych albo po prostu zbyt głośnych dźwięków. Inne mogą się drapać, szczypać, czy celowo stąpać po klockach. Przykładów jest wiele. Jednak to wciąż nie koniec!

Nie zawsze przecież zaburzenia percepcji zmysłowej są tak jasne i oczywiste. Czasem zdarza się, że mamy wrażenie, że dziecko nas nie słyszy, na coś nie zwraca uwagi, albo jest niezdarne. Tymczasem może się właśnie okazać, że mamy do czynienia z takim właśnie zaburzeniem. 

Myśleliście, że to już koniec? Nic z tego!

Istnieje bowiem coś takiego jak czucie głębokie, czyli propriocepcja. To jest coś w rodzaju czucia wewnętrznego. Czucie głębokie stymulowane jest na przykład podczas porodu naturalnego kiedy to dziecko musi przecisnąć się przez kanał rodny. Na tym również bazują wszystkie mądre księgi i jeszcze mądrzejsi ludzie, którzy każą takiego noworodka porządnie okutać. Kiedy jednak dziecko zbyt mocno nas przytula, pisząc w zeszycie prawie dziurawi kartki, bo tak mocno przyciska ołówek, albo wciska się wszędzie, gdzie się da, byle było ciasno, to może być znak, że coś dzieje się (albo prawdopodobnie już się zadziało) z jego czuciem głębokim. Można powiedzieć, że takie dziecko jest niedociśnięte. Od tego uzależnione jest także na przykład napięcie mięśniowe, które odpowiada za sprawną pracę rąk czy nóg.

www.wallpaperstock.net

No i po co ja w ogóle o tym wszystkim piszę?! Ano na przykład po to, żebyście, moi mili, pomyśleli o tym zanim zaczniecie podejrzewać swoje (lub nieswoje) pociechy o skrajny debilizm, niedbalstwo, czy niezdarność. Zaburzenia integracji sensorycznej można korygować w specjalnych gabinetach terapii sensorycznej oraz na treningach słuchowych (w przypadku zaburzeń percepcji słuchowej). Pamiętajcie, że zaburzenia SI często towarzyszą dyslektykom, ale równie dobrze mogą dotyczyć dzieci nie mających trudności w uczeniu się.

Co jednak wydaje mi się ważniejsze: warto, można i powinno się zapobiegać tym zaburzeniom! Dlaczego? Ano głównie dlatego, że, po pierwsze: terapia w gabinecie SI jest (delikatnie mówiąc) dość droga ;) Po drugie: gabinetów terapeutycznych jest wciąż niezbyt wiele (stąd po pierwsze), a w niektórych miastach nie ma ich wcale. Po trzecie: jak zwykle, lepiej zapobiegać niż leczyć! A w tym przypadku zapobieganie wydaje się dość banalne. Otóż najczęściej w gabinetach terapii sensorycznej rodzice zostawiają pierdyliony złotych monet za rzeczy, które najczęściej oni sami mieli na porządku dziennym, bo matka z ojcem wywalali na podwórko, żeby mieć chwilę spokoju. Tym samym gabinety SI wypełniają obrazy, dźwięki, piłeczki sensoryczne (takie z wypustkami), huśtawki, kołyski, tunele, deskorolki, równoważnie, maty i inne cuda, których odpowiedniki można znaleźć w plenerze. My, dorośli możemy zaoferować dzieciom podobne stymulatory w realu jeszcze zanim terapia będzie potrzebna. Wiadomo, z niczym nie można przesadzać i we wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek. Wszystko musi być też dopasowane do poziomu rozwoju dziecka, bo jeśli je przestymulujemy (czyli przesadzimy z bodźcami), to i tak będziemy potrzebować pomocy terapeuty z gabinetu SI.

fot. Śpisiowamama

Po więcej informacji odsyłam Was do stron, z których korzystałam, żeby napisać ten wpis:



niedziela, 13 grudnia 2015

Pani nauczycielka

www.mojaosswiata.wordpress.com


Zbliżają się święta, więc pewnie niedługo się zacznie ;) Dowiem się z mediów jaką to mam pracę ciekawą, ilu leniwych kolegów, ile kasy, no i przede wszystkim, ile WOLNEGO :D
To, razem z pewnym listem opublikowanym na portalu Mamadu skłoniło mnie do napisania tego posta.

W liście jedna z czytelniczek żali się na wiele rzeczy, między innymi na to, że wstyd jej się przyznać do tego, że jest nauczycielką... A mi mama zawsze powtarzała, że wstyd to kraść i że żadna praca nie hańbi, więc nie do końca mogłam sobie to wszystko w głowie pomieścić...

Po pierwsze, nikt mi nie trzymał pistoletu przy skroni, kiedy podejmowałam decyzję o wyborze zawodu. Moim zdaniem do każdej pracy oprócz odpowiednich kwalifikacji i umiejętności trzeba mieć jeszcze chęci, jednak to jest dość specyficzna branża i jeśli ktoś robi to bez większej ochoty, to musi mieć bardzo silną psychikę, bo inaczej zostanie zjedzony razem z butami. Głównie przez swoje własne frustracje. Nie twierdzę też, że trzeba być też nie wiadomo jakim zapaleńcem, bo po pierwsze nadgorliwców raczej nikt nie lubi, a po drugie trzeba mieć swoje życie po pracy. To się chyba fachowo nazywa balans ;) 

Należę też do ludzi, którzy wyznają zasadę, że człowiek nie jest przykuty łańcuchem do swojej roli społecznej, kariery, czy czegokolwiek w życiu. Raczej jest to kwestia wyboru. Więc jeśli wybór ten okaże się nietrafiony, to nie widzę sensu w trwaniu przy nim dla zasady. Wiem o czym mówię, bo moja pierwsza praca w szkole okazała się (delikatnie mówiąc) niewypałem. Był szok, krew, pot i łzy, czyli generalnie normalka w pierwszej pracy, a jednak brakowało mi czegoś pozytywnego. Postanowiłam więc zmienić pracę i z perspektywy czasu muszę przyznać, że sie opłacało!

Apropos opłacało ;) Wynagrodzenie nauczycieli nie jest tajemnicą Sagali, mimo to narosły wokół niego dzikie legendy. O konkretnych kwotach można sobie przeczytać choćby w internecie, jendak nie mam tutaj na myśli forów, portali internetowych, czy wydaniach gazet. Rzetelnych informacji w tej kwestii dostarczą oficjalne tabele wynagrodzeń i biuletyny informacji publicznej. Zatem enjoy! Przy okazji batalii o nauczycielskie wynagrodzenie często wspomina się, że sama pensja to nie wszystko, są jeszcze różne dodatki. Jednak, nie czarujmy się, druga pensja to to nie jest, a poza tym, nie każdemu się należy. Inna sprawa jest też taka, że nigdy nikomu premii, trzynastek, czternastek i innych nie wyliczam ;) Ale wiadomo, dla jednych pensja nauczyciela to suma bajońska, dla innych nędzny ochłap. Dla mnie jest ok (chociaż wiadomo, że kasy i obuwia nigdy nie jest za dużo ;) ) i choć daleko jej do średniej krajowej, to nie zmienia faktu, że wiedziałam, na co się piszę ;)

Skoro już brniemy w tematy drażliwe, otrzyjmy się i o ten... Otóż, moi państwo, pensum nauczyciela wynosi 40 godzin tygodniowo. W skład tego wchodzi 18 godzin do przepracowania przy tzw tablicy oraz 2 godziny wynikające z artykułu 42 Karty Nauczyciela, co daje razem godzin 20. Ale to też nie zawsze. Nauczyciele przedszkola pracują w wymiarze 22 i 25 godzin tygodniowo. Reszta to tak zwana praca własna, przygotowanie materiałów, sprawdzanie testów, kursy, szkolenia, konferencje, rady pedagogiczne, konsultacje, zebrania z rodzicami i sprawy organizacyjne. Oczywiście, nie ukrywam, że super jest kończyć zajęcia wcześniej, ale nie zawsze tak jest, czasem trzeba zostać dłużej, czasem nawet do wieczora. A urlop? Sześć tygodni w wakacje i dwa tygodnie w ferie. Super, prawda? Jedyny problem w tym, że nie zależy on ode mnie. Są marne szanse, że załapię się na ciekawą ofertę last minute , czy super ceny w marcu albo październiku. To także więcej niż pewne, że ominą mnie rozpoczęcia i zakończenia roku w przedszkolu i szkole mojego syna, bo na ogół trudno jest być w dwóch miejscach na raz ;) Ale znów: nie ja pierwsza i nie ostatnia. Taka praca ;)

Ogólnie rzecz biorąc, dużo czasu spędzam w pracy, nawet jeśli nie fizycznie, to psychicznie. Nawet teraz zastanawiam się, czy dobrze przygotowałam uczniów do sprawdzianu, czy wyjdzie nam przedstawienie, czy wyjaśniłam wszystko rodzicom...?

Wiadomo, że ludzie są różni. Różne są dzieci, różni są też rodzice, ale i różni są nauczyciele. Jak w każdym zawodzie, jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. Wyznaję raczej zasadę środka i nie jestem zwolennikiem ani teorii, że nauczyciel to wyrobnik i służący na łasce państwa, który musi się użerać z obcymi dzieciakami. Daleko mi też do ideału misjonarza, który wyrzeka się dóbr wszelkich i cały swój majątek przeznacza na rzecz niesienia kaganka oświaty... Jestem po prostu człowiekiem, który ma to szczęście, że robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą :)

www.mojaosswiata.wordpress.com

Z przymrużeniem oka ;) Wybaczcie, ale nie mogłam się oprzeć ;)

I tak najfajniejsze momenty mojej pracy są wtedy, kiedy spaceruję sobie w galerii handlowej i nagle jedno z moich dzieci biegnie do mnie z uśmiechem  w towarzystwie głośnego Heeeloooł!  :)

czwartek, 3 grudnia 2015

Matko kochana!

www.galerialawenda.pl


Na nieco ponad miesiąc przed pójściem na urlop postanowiłam jechać z dzieciakami na biwak! A co mi tam! Brzuch jeszcze nie taki duży, więc można. Poza tym lubię te moje dzieciaki, chociaż mają ogromny potencjał i potrafią krwi napsuć ;) Do tego nie jedziemy jakoś specjalnie daleko (właściwie nawet nie ruszamy się z miasta :P), więc jadę! 

Dzieciaki w pełnej ekscytacji, bo to biwak z noclegiem, więc frajda ogromna. Niestety nie dla wszystkich. Kilka dni przed biwakiem jedna z mam bije na alarm. Okazuje się, że oto ona właśnie musi koniecznie jechać z nami, bo inaczej jej syn nie będzie chciał zostać na noc. Z mojej strony pojawia się szok i niedowierzanie, bo przecież Młody ma już prawie dziesięć lat. Jednak okazuje się, że taki jest fakt i mimo tego że dziecię doskonale ogarnia ileśtam poziomów w GTA (zdaje się, że PEGI 18 to tylko ogólne wytyczne ;) ), zna położenie planet w Układzie Słonecznym i kilka innych głupot bez znaczenia, to samo spać nie będzie... 


Cóż, jak pokazało życie, jednak spało, ale mama zużyła chyba przy tym całą buteleczkę nerwosolu, czy jakiegoś innego specyfiku na ukojenie nerwów ;)
Po wszystkim, rano, kiedy odśpiewałyśmy z koleżanką nad Młodym peany na cześć jego odwagi i męstwa, on był bardzo zdziwiony i nie za bardzo wiedział, o co ten cały krzyk ;) 


Jaki z tego morał? Moim zdaniem dość prosty: to nie dziecko ma problem ze spaniem bez mamy, tylko mama ma problem... Na pewno ma ku temu swoje powody i na pewno sytuacja jest bardziej złożona niż może się wydawać, ale... Przecież matka nie może całe życie trzymać swojego dziecka za rękę. Oczywiście, że łatwo mi mówić, bo mój syn jest zaledwie średniej wielkości bananem wierzgającym w moim brzuchu. Mimo wszystko wiem, że już nie długo to się skończy, więc już teraz stoczyłam ze sobą wewnętrzną dyskusję i zapowiedziałam Vincowi, że jeśli zauważy u mnie przerastający syndrom matki-kwoki, ma mnie natychmiast pacnąć w łeb!


Życia za nikogo nie przeżyję, nawet za swojego Teda i wiem, że będę musiała patrzeć na to, jak mniej lub bardziej sprawnie radzi sobie beze mnie, bez NAS. Na pewno nie będzie lekko, ale mam nadzieję, że damy radę :D

www.pixabay.com

sobota, 3 października 2015

W co się bawić ... ?

 www.misiespisie.pl



Kreatywne dzieci to skarb, a ze skarbem wiadomo, co trzeba zrobić ;) Jeśli chodzi o moje osobiste dzieciństwo, to myślę, że kreatywności nie można nam odmówić. My, czyli trójka Drombo (czy ktoś to jeszcze pamięta?!) w składzie: moja młodsza siostra, kuzynka i ja. Skutkiem naszej kreatywności były, między innymi: kilogramy rozbitej, babcinej ceramiki, litry zmarnowanego płynu i mydła, smugi na kafelkach, zarwane łóżka, porysowana podłoga i fotele. Drobnych urazów oczywiście nie liczę ;) Skąd zatem te wszystkie ofiary? Są to oczywiście skutki dziecięcych zabaw :)

Babcina ceramika ucierpiała podczas zabawy w Fikusie. Zabawa ta była zainspirowana dwoma maskotkami, które dostałyśmy nie pamiętam już od kogo. W każdym razie, od początku trudno było określi przynależność gatunkową naszych maskotek. Trochę przypominały misie, trochę pieski, jednak żadna z cech nie przeważała. Maskotki zostały nazwane fikusami, z pewnością dlatego, że były fikuśne ;) Zabawa w fikusie była prosta, każda z nas była fikusiową rodziną. Miałyśmy swoje domki i naturalne bogactwa, które służyły do wymiany (fikusie nie używały pieniędzy, w ich miasteczku panował handel wymienny ;) ). Jednak w fikusie można było bawić się tylko w domu babci i dziadka. Dlaczego? Ponieważ byli oni (do dziś są!) w posiadaniu dwóch, niezbędnych do tej zabawy rzeczy! Pierwszą z nich jest czaderski (dziś hipsterski) półkotapczan, ze szklaną witryną i wspaniałą funkcją ekstra: dwoma rozkładanymi biurkami (Gimby nie znają, nie ma szans!)! Pod tymi właśnie biurkami miałyśmy swoje domki. Drugą zaś rzeczą była wspomniana już ceramika, czyli przeróżne zestawy kubeczków, filiżanek, karafek, dzbanuszków, wazonów, itp. Żadna kawa nie smakowała tak wybornie, jak nasza, wyimaginowana kawa z tamtych lat. Fikusie oczywiście miały różne przygody, co zaowocowało uszczerbkiem w domowym wyposażeniu ;) Pamiętam także, że porysowałam dziadkom płytę w półkotapczanie. Nie dało się jednak tego uniknąć, ponieważ klocki jenga służyły nam jako zapałki, a wspomniana płyta była jak wielka płyta siarkowa ;)

Fikusie :) fot. archiwum prywatne :)

Szybko okazało się, że fikusie to tylko przedbiegi ;) Jednak oprócz zabaw rodem z RPG byłyśmy także bardzo pomocne w … łazience! Kolejnym naszym wymysłem była watka-klatka (proszę docenić rym!). Watka-klatka to nic innego jak piana, do której zrobienia zużyłyśmy litry zielonego Ludwika (innego jeszcze wtedy nie było ;P) i jeszcze więcej wody. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od przygotowania zwykłych baniek mydlanych. Najwyraźniej jednak szybko nas to znudziło i postanowiłyśmy zrobić wielką pianę w wannie. Wówczas któraś z nas wpadła na genialny pomysł wyszorowania płytek łazienkowych. Pamiętam, że następnego dnia rano ciocia zastanawiała się, skąd wzięły się smugi na jej jaśniutkich kafelkach… ;P Równie zastanawiająca była dla wszystkich dorosłych zagadka znikającego płynu do mycia naczyń ;)

www.pixabay.com

Myślę, że zarwana kanapa nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem dzieciństwa. Sprężynowe tapczany i kanapy same się prosiły o skakanie na nich. My czyniłyśmy to podczas rodzinnych spotkań tak długo, dopóki ktoś z dorosłych się nie zorientował ;) Pamiętam też, że kanapy i fotele ucierpiały podczas moich zabaw z przyjaciółką z podstawówki. Bawiłyśmy się wtedy w Fort Boyard znany nam tylko z opowieści, bo pora emisji była tak późna, że nie było opcji wytrwać i obejrzeć na własne oczy ;) Wymyślałyśmy sobie różne zadania, a jednym z nich były stawy z piraniami umieszczone na podłodze pokoju. Trzeba więc było zręcznie skakać z kanapy na tapczan, fotel, krzesło, czy co tam było pod nogami, byle nie skoczyć na podłogę ;) Nic więc dziwnego, że sprężyny nie wytrzymywały… ;)


Jak już pisałam, kreatywne dzieci to skarb… Z pewnością nasze kreatywne pomysły pozbawiły naszych rodziców nie jednego włosa na głowie i nierzadko spędziły sen z powiek. Mimo wszystko, mam nadzieję, że moje dziecko będzie równie kreatywne, a mi nie pozostanie nic innego, jak porządnie ubezpieczyć mieszkanie i wprowadzić tą kreatywność na odpowiednie tory ;)
www.pixabay.com

czwartek, 27 sierpnia 2015

DYSkusja

www.pixabay.com

Wokół specyficznych trudności w uczeniu się (bo tak właśnie określa się dysleksję i jej przyjaciółki) narosło wiele pytań i wątpliwości. Skąd się biorą? Skąd (nagle) taki wysyp? Wreszcie pojawia się mój ulubiony komentarz: "Za moich czasów tego nie było! Jak komuś w szkole nie szło, to trzeba było przysiąść i się nauczyć!"

Zacznę więc od tego ostatniego:
Otóż za moich czasów, jeśli na WFie dzieciak nie zasuwał jak Perishing  i nie zmieścił się w przewidzianym ustawowo czasie, dostawał jedynkę. To samo spotkało go, kiedy nie trafił do kosza, nie zrobił w minutę pięciuset pompek, albo nie wykonał z odpowiednią gracją układu akrobatycznego. Czy to oznacza, że dziecko było niepełnosprawne? Bynajmniej! Wiadomo, że każdy jest dobry w czymś innym i nie można wymagać od niskiej osoby żeby fruwała pod koszem jak Michael Jordan. 

Podobnie jest ze specyficznymi trudnościami w nauce. Jedni mają większe możliwości, inni mniejsze.
Gwoli ścisłości: specyficzne trudności w uczeniu się to zbiór zaburzeń występujących w układzie nerwowym. Najczęściej mówi się o zaburzeniach występujących w neuroprzekaźnikach ponieważ zaburzenia dyslektyczne to zaburzenia na linii oko - ręka. Nie chodzi tutaj o niepełnosprawność, bowiem osoba z takim zaburzeniem ma na ogół sprawne ręce i dłonie. Zna doskonale wszelkiego rodzaju definicje, litery, cyfry, znaki, itp. Jednak poprzez błąd występujący w neuroprzekaźnikach nie jest w stanie poprawnie czegoś napisać, opisać, obliczyć, czy przeczytać. Nie chodzi tu tylko o błędy ortograficzne, czy przestawianie liter w wyrazach. Dyslektycy bardzo często mają ogromne problemy ze skomponowaniem dłuższej wypowiedzi pisemnej, czy ustnej. Problemy sprawia im także zapamiętywanie materiału, czy zrozumienie złożonego polecenia.

www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się występują już u najmłodszych. Ich rezultatem może być problem z nauką czytania, a później z czytaniem ze zrozumieniem. Mają zaburzony słuch fonematyczny, czyli kłopoty z prawidłowym rozróżnieniem głosek, które pozwala składać głoski w logiczną całość (wyrazy). Problem z analizą i syntezą wyrazów (dzielenie wyrazów na sylaby oraz składanie sylab w wyrazy). Dyslektycy mogą mieć problemy z orientacją w przestrzeni (lewo-prawo, przód-tył) a także z przejrzystym pismem. 
Tyle w kwestii przebiegu dysleksji rozwojowej...

Teraz kolej na: "Za moich czasów... "
Otóż, może i za moich czasów tego nie było, ale za tych moich czasów nie było też internetu, Facebooka, smartfonów, samochodów z klimatyzacją i dronów. O selfie już nawet nie wspominam ;P Za tych samych czasów nie było także alergii, depresji, prokrastynacji i lęków. Czy to oznacza, że skoro kiedyś czegoś nie znaliśmy, to znaczy, że tak ma być teraz? Czy może tylko dlatego, że o czymś nie wiedzieliśmy albo nie umieliśmy tego zdiagnozować, to znaczy, że tego nie było? Czy postęp jest zarezerwowany tylko dla techniki i lekkiej rozrywki umysłowej?

Rozwój (na szczęście) dociera do wszystkich dziedzin nauki, również biologii, chemii i psychologii. Dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. Możemy również dowiedzieć się, kiedy coś w nim jest nie tak. Takie życie ;)

Teraz kwestia "skąd TO się bierze...?"
Dysleksja rozwojowa może być zarówno wrodzona, jak i nabyta. Jeśli któreś z rodziców boryka się z takim zaburzeniem, istnieje prawdopodobieństwo, że ich dzieci, również spotka podobny los.
Niestety, nawet jeśli rodzice nie mieli żadnych problemów z uczniem się, nie gwarantuje to jednak, że ich dzieci również nie będą ich miały. Trudności w uczeniu  się mogą mieć także swoje źródło w zmianach anatomicznych zachodzących w okresie ciąży, porodu oraz w zmianach uwarunkowanych środowiskowo. Kiedyś doszłam do wniosku, że być może jest to cena, jaką płacimy za postęp i nasze wygodne życie.

Podobnie jak większość obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków połowę swojego dzieciństwa spędziłam na podwórku. Biegaliśmy wtedy po drewnianych konstrukcjach i zwisaliśmy, jak małpki z metalowych drabinek. Dziś takie sprzęty są niedopuszczalne, nieatestowane i niebezpieczne! Pomogły nam one jednak stymulować rozwój. To właśnie na tych śmiertelnie niebezpiecznych drabinkach ćwiczyliśmy utrzymywanie równowagi, stymulowaliśmy błędnik i rozwijaliśmy koordynację wzrokowo - ruchową. Razem z nami rozwijały się nasze mięśnie (w tym tak ważna obręcz barkowa), a także nasz mózg! Po powrocie do domu trzeba było popracować nad motoryką małą kręcąc kurkami w kranie i myjąc ręce mydłem w kostce. Wszystkie dzieci w zerówce potrafiły wiązać buty, a jazda na rowerze bez trzymanki nie była nam obca. Niestety teraz w kranach mamy mieszadła, a mydło spływa wprost na nasze dłonie, wystarczy tylko podłożyć ją w odpowiednie miejsce. Drabinki już dawno zniknęły, sąsiedzi sumiennie pilnują, żeby dzieci nie wchodziły na trawnik (o drzewach już nie wspomnę!). Buty są na rzepy, więc nie trzeba umieć wiązać, a sztywne palce dzieci doskonale nadają się do scrollowania.
www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się mogą przytrafić się każdemu dziecku, bez względu na jego poziom intelektualny. Jestem jak najbardziej za ich wczesnym wykrywaniem (już na pierwszym etapie edukacji można stwierdzić, czy dziecko jest zagrożone dysleksją, czy nie), jednak badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej nie mają na celu dostarczenia rodzicom papierków, dzięki którym dziecko będzie inaczej oceniane lub będzie miało więcej czasu na sprawdzanie. Na tym papierku znajdują się bowiem nie tylko zalecenia dla nauczycieli, ale (przede wszystkim!) zalecenia dla rodziców. Skutki dysleksji rozwojowej można (i trzeba) niwelowac. W ten sposób mamy szansę wychować, zdrowe, sprawne i pewne siebie dziecko, które śmiało wkroczy w dorosłość.

http://liceum.magellanum.edu.pl

Materiał napisany na podstawie:

Jaworska M., Uczeń ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się na lekcji języka obcego a ocenianie. Języki Obce w Szkole, 2012

www.ptd.edu.pl