Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vince. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vince. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Syndrom niespokojnej ciężarówki

Czekanie… CZEKANIE… CZE KA NIE! Czyli o tym, jak szlag mnie trafia i przechodzę transformację Megazorda! Dlaczego? Ano dlatego, że muszę CZEKAĆ , czyli siedzieć na tyłku i odliczać wolno płynące minuty podczas, gdy ktoś inny robi coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym zrobić JA!!!

#Śpisiowamama


W tym wypadku tym ktosiem jest Kolega Małżonek, a to coś to nic innego, jak malowanie. Tak jest. Malarstwo ścienne jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie domeną kobiet. Matka malowała ściany (ba! Dalej maluje), siostra maluje ściany (i nie tylko), to i ja maluję, a jakże! Problem pojawił się w momencie, kiedy w moim brzuchu zamieszkał Ted i wszyscy wokoło (z moim zdrowym rozsądkiem włącznie) mówią mi, że malowanie we dwoje to nienajlepszy pomysł. Dlatego należało zrobić to, co w zarządzaniu nazywa się delegowaniem uprawnień, czyli poprosić o pomoc kolegę małżonka!

Reakcja Vinca na wieść o rychłym malowaniu była mniej więcej taka sama, jakbym zaproponowała mu całonocny shopping w galerii połączony z prezentacją najnowszych trendów w makijażu, której towarzyszy dwugodzinny wykład na temat wyższości butów Manolo Blahnik nad Louboutin… Jednym słowem: Let’s do it!

Myślałam, że do szału doprowadzą mnie dociekliwe pytania w stylu: Czy to malowanie, to na serio? A nie może być tak, jak jest? Ale ten kolor jest ładny? Naprawdę już ci się nie podoba ten biały? Gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek…

Dzielnie i z medalową konsekwencją przyszłej matki utrzymywałam, że malowanie jest konieczne i basta! Kolega Małżonek nie miał wyboru, zaklepał urlop w mordorze i ruszył z kopyta… Kompletowanie sprzętu, analiza jakości i składu zakupionej folii malarskiej, analiza porównawcza taśm, wreszcie malowanie sufitu i implementacja farby na powierzchnię użytkową! Wszystko z największą starannością, ale co tu się dziwić, w końcu powiedzenie: Trust me, I'm an engineer! zobowiązuje. Kolega Małżonek do większości prac domowych podchodzi właśnie w ten sposób: zbieranie sił - analiza stanu faktycznego - plan naprawczy - działanie.

Ogółem wyszły cztery dni. CZTERY dłuugie dni, podczas których ja obżarłam moje piękne paznokcie niemal aż do kości. Cztery doby po dwadzieścia cztery godziny, podczas których odgryzłam sobie język, żeby nie udzielać małżonkowi złotych rad i nie zadawać kretyńskich pytań. CZTERY dni ze świadomością, że sama zrobiłabym to wszystko w dwa i tym samym byłabym już na etapie ustawiania mebli, albo nawet picia herbatki w nowym-starym salonie. Taka to jest różnica między inżynierskim umysłem, a dzikością tequili ;) A gdzie tu jeszcze malowanie grzejnika?!

A idź pani w… niwecz! Zdaje się słyszeć podświadomie.

Postanowiłam jednak podejść do tematu jak do treningu rodzicielskiego. Ot, taka szkoła cierpliwości przed samodzielnym ubieraniem się Teda, jedzeniem, wiązaniem butów, czy rozwiązywaniem równań kwadratowych i odmianą czasownika posiłkowego ;) Poza tym, po prostu opuściłam domowy przybytek na dni kilka i wyprowadziłam się na ten czas do matki ;P wpadając tylko od czasu do czasu na rekonesans połączony z pełnymi uznania wyrazami akceptacji. Albowiem, zgodnie z zasadą rodzicielstwa: należy doceniać każdy wysiłek i trud podejmowany w dążeniu do celu, a także chwalić za pozytywne rezultaty ;) Bo przecież nie trudno domyślić się, że rezultaty są dość niesamowite :D

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego mama wraca do pracy?

Powracam do Was w wielkim stylu i z przytupem! Być może powinnam zacząć od przeprosin, napisania szczerych wyrazów żalu i obiecania poprawy. Problem jednak w tym, że nie byłyby one szczere… Celowo nie pisałam tak długo, bo zwyczajnie nie miałam o czym tutaj pisać, a chcąc utrzymać poziom i wiedząc, ze duża część z Was po prostu tandetnej bablaniny nie zniesie, postanowiłam nie pisać wcale ;) Dziś jednak podzielę się z Wami tematem, który już od jakiegoś czasu bardzo mnie frapuje. Otóż za chwilę wyjawię Wam szokującą prawdę o swojej rodzinie, więc się przygotujcie, bo będzie grubo! Gotowi? To uwaga!


Dacie wiarę, że minął już rok odkąd Ted jest z nami? Wiem, że brzmi to jak tanie i wyświechtane hasełko typowego nośnika reklamowego na Instagramie, ale to najszczersza PRAWDA! Z tej okazji zbliża się mój powrót do pracy. Wiem, ze w tym momencie Wasze analityczne umysły zaczną przeliczanie… No bo jak to? Dzieciak ma rok, a ona już wraca do pracy?! Ano tak to, gdyż postanowiłam dobrodusznie podzielić się urlopem rodzicielskim z Kolegą Małżonkiem! I tak naprawdę to łaski mu żadnej nie robiłam, bo to tak samo jego prawo, jak i moje. Po prawdzie to on mi zrobił łaskę, że tylko dwa miesiace tego urlopu wziął ;)

Ludzie generalnie nawet nie pytają nas, skąd ta fanaberia. Zamiast tego dziwnie wykrzywiają usta, przechylają głowę i wzdychają AHAAA… I mogę sobie tylko wyobrazić pytania, jakie piętrzą się w ich głowie. Wychodząc zatem naprzeciw zapytaniom narodu spieszę z odpowiedziami:

Po pierwsze primo, jak już wspomniałam, urlop rodzicielski nazwany jest rodzicielskim nie bez kozery. Prawo do skorzystania z niego (w wymiarze 32 tygodni na jedno dziecko) mają bowiem rodzice, czyli kolektyw w składzie matka i ojciec. Wiele osób o tym wie, ale niewiele korzysta. Takie czasy.

Po drugie primo stając się dorosła i samowystarczalna doszłam do wniosku, że skoro już te wszystkie instytucje jak energetyka, Polskie Górnictwo Naftowe i Ciepłownictwo, telefonia komórkowa czy spółdzielnia tak namiętnie do mnie piszą co miesiąc ileż to im wiszę, to już postaram się płacić na czas. Do tego, musicie przyznać, jakże niespotykanego hobby, dołączyłam również kredyt hipoteczny i jego też wolę mieć z głowy, bo z bankiem lepiej nie zadzierać ;)

Kolejna sprawa jest taka, że przegapiłam swoją szansę i w trakcie urlopu nie otworzyłam żadnego, ale to ŻADNEGO biznesu na szpilkach. Moje miasto nie wzbogaci się o wegańską knajpkę serwującą hipsterskie zapiekanki z majonezem ze świeżopu, bezglutenowe pierożki, brownie z fasoli i sojową latte… Nie skończyłam też kursu kroju i szycia, lokalsi nie będą więc mogli kupić ode mnie słodkich, dziecięcych ciuszków uszytych w duchu montessori. Dlatego, sorry, ale muszę wrócić do swojej dawnej pracy zarobkowej ;)

Nie bez znaczenia jest też nauka, jaką przekazała mi mama. Otóż powtarzała ona zawsze, że kobieta, niezależnie od tego z jak bogatej rodziny pochodzi i w jak bogatą rodzinę się wżeni (czy raczej wmęży ;P) , powinna mieć swoje, choćby najmniejsze, pieniądze. Wiadomo, jak to jest z meża pieniędzmi. Dziś są w nadmiarze, jutro ich nie ma. Dodatkowo, pracującej żonie nikt nie zarzuci braku wkładu do domowego budżetu. Owszem, można się wykłócać nad tym, że przecież praca w domu to też praca i nawet znacznie cięższa od tej na etacie. Jednak konia z rzędem temu, kto do tej prawdy przekona ZUS…

Ostatni argument na mojej liście jest, moim zdaniem, najważniejszy. Wiele razy słyszałam tekst o tym, jak to będę mogła sobie odpocząć na “urlopie”, albo jakiego to mam farta, bo nie idę w poniedziałek do pracy. Znamy te teksty doskonale. Nie zrozumcie mnie źle, na tym urlopie rzeczywiście odpoczęłam od pracy i spraw okołopracowych. Nabrałam dystansu i odzwyczaiłam się od wstawania o świcie (a przynajmniej nie ostatecznego wstawania o świcie). Jednak, nie czarujmy się, z prawdziwym urlopem ma to niewiele wspólnego ;) Moim zdaniem każda kobieta, którą wkurzają wyświechtane teksty o niewyrywaniu sobie rękawów na urlopie macierzyńskim powinna podzielić się jego dobrodziejstwem z ojcem dziecka. W końcu mężczyzna ów całkiem konkretnie przyczynił się do jego powstania. Niech ten strudzony ośmiogodzinną pracą chłop zobaczy i na swej własnej skórze skosztuje tego cymesiku, niech się nim zachłyśnie, żeby potem nie gadał na prawo i lewo, że dzieci to jest luzik, spijanie sobie z dziubków i pierdzenie tęczą. Że są takie słodkie i kochane i, że kompletnie nie rozumie, czemu ta baba taka wkurzona non stop chodzi i dbać o siebie przestała, a w nocy zamiast mieć ochotkę na baraszkowanie, pada jak zastrzelona czapla. Tak, kobiety, mężczyzna jest tak skonstruowany, że choćbyśmy mu film instruktażowy pokazały, to dopóki nie doświadczy, to nie uwierzy. Mój niby wierzy i sam chce, dlatego z całego serca życzę mu powodzenia :D



piątek, 12 sierpnia 2016

Czarna trzynastka


Kiedy jakieś siedemnaście lat temu poznałam Kolegę Małżonka dźwięk jego imienia przyprawiał mnie o charakterystyczny i jakże subtelny, nastoletni rechot. Co nie omieszkała wypomnieć mi moja własna, rodzona matka, kiedy jej wyznałam, że synowi naszemu nadamy imię Tadeo ;) Ale wróćmy do meritum:

ON był chudy i szczurowaty, JA atrakcyjna inaczej i gdyby wtedy ktoś oznajmił mi, że to właśnie ON będzie ojcem mego dziecka, zeszłabym niechybnie od nadmiaru śmiechu. Spotykaliśmy się, można rzec, w miarę regularnie, gdyż oboje działaliśmy aktywnie w organizacji młodzieżowej zwanej Związkiem Harcerstwa Polskiego ;) Zatem wiadomo, jak to u harcerzy, zbiórki, apele, obozy, biwaki... No ogólnie często się widywaliśmy,a mimo to każde patrzyło w inną stronę ;) Ja bardziej w stronę arcyprzystojnego kolegi (z tego miejsca pozdrawiam Cię, Mati), a on bardziej w stronę mej serdecznej przyjaciółki  (pozdrawiam Cię, Małgosiu ). I tak sobie patrzyliśmy, każde w swoją stronę dopóki kilka lat później nie spotkaliśmy się u naszej wspólnej koleżanki na imprezie urodzinowej :D Ach, cóż to była za historia! Ja wystawiona do wiatru przez ziomka ze szkoły (pozdrawiam Cię, Damianie), a on mający dziewczynę  (pozdrawiam Cię, Zuzanno). Logiczne, że i tym razem nam nie wyszło. Jednak trafił nam się chyba wyjątkowo uparty Amor, bo chociaż wymieniliśmy się numerami telefonów! 

Bujaliśmy się z tymi numerami chyba z rok, aż w końcu umówiliśmy się na niezobowiązujące piwko. No wiadomo, że niezobowiązujące piwka są najlepsze,  bo potem okazuje się, ze do czegoś tam jednak zobowiązują i wcale na jednym się nie kończą ;)

Całe dwa tygodnie przetrwał nasz związek, kiedy to w swej butności postanowiłam, że to chyba jednak nie to i zdecydowałam o przerwie. Jak jednak wiadomo, coś takiego jak przerwa od związku nie istnieje i albo się w nim jest, albo nie. Zatem w ten czas stwierdziłam, że jednak nie :P Ten nasz Amor prowadzący ma jednak ewidentnie płacone za godzinę, bo po półtora roku znowu wybraliśmy się na niezobowiązujące piwko i jeszcze bardziej niezobowiązujący koncert. Tym razem chyba wszystko było bardziej zobowiązujące, gdyż jesteśmy zobowiązani tak do dziś.

W tak zwanym międzyczasie wzięliśmy ślub.  Nie dlatego, że jesteśmy jakoś bardzo wierzący, ale głównie dlatego, że mama mi kazała ;) No i chyba, jak prawie każda dziewczynka, marzyłam o mega imprezie na moją cześć, na której wystąpię w ekstra kiecce za marsjańskie dolary. Wychodząc za mąż byłam, zdaje się, nielichym ryzykantem ;) Oboje byliśmy bezrobotni (on dopiero co stracił robotę, a potem znów stracił robotę i znów... a przede mną był ostatni rok studiów i zbezczeszczony plan o tym, że przecież do chwili otrzymania dyplomu miałam być radosną utrzymanką ;) ), nie mieliśmy tez za bardzo gdzie mieszkać i tym bardziej za co. A jednak się udało i już właściwie po roku mogłam pokazać życiu fakersa niczym Agnieszka Chylińska. Kolega Małżonek z bezrobotnego stał się robotnym, ja w ostateczności nie zostałam utrzymanką i któregoś dnia jak na szczęśliwych konsumentów przystało zaczerpnęliśmy ze źródła kredytów hipotecznych i związaliśmy się świętym węzłem bankowym, którego pęta silniejsze są chyba niż te kościelne;) Serio, ilekroć zostanę przez Kolegę Małżonka zainspirowana do poszukiwania prawnika rozwodowego, przypominam sobie o tym kredycie i jakoś mi przechodzi ;)

Gdyby jeszcze ktoś tego nie zauważył, to nie jesteśmy idealną parą. Jemu po wypiciu kilku głębszych z buzi nie pachnie szachami, a ja po przebudzeniu nie wyglądam jak gwiazda filmowa. Mimo szerokiej wiedzy psychologiczno-pedagogicznej i faktu, że mogłabym niemal zamieszkać w Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to często teoria pozostaje teorią, a mnie i tak dopadnie trójka Drombo, czyli szlag, foch i PMS. Myślę, że z powodzeniem można stwierdzić, że jesteśmy siebie warci. Każde z nas ma coś za uszami. Może niekoniecznie w tej samej dziedzinie, ale to przecież nie szkolny system wagowy, żeby licytować się, kto za tymi uszami ma więcej;) Zwłaszcza, ze on ma większe uszy, więc logiczne, że ma więcej;)

Tymże rozpasanym tekstem chciałam się pochwalić, że oto stuknęła nam właśnie szósta rocznica ślubowania, które złożyliśmy sobie w piątek, trzynastego około godziny szesnastej. Czasem było pechowo, a czasem nie ;) Zobaczymy, jak to się wszystko dalej potoczy ;) Trzymajcie kciuki :D Wasze zdrowie!




P.S. Zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, jeśli masz chęć, napisz do mnie, a podam Ci namiary na autorkę ;)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Z narodzinami Teda tak było...

Kiedy się wypełniły dni i nastał dzień w karcie ciąży nazwany planowanym terminem porodu, obudziła się Megi o brzasku czując dyskomfort w łonie (przy czym dyskomfort to bardzo łagodne określenie w stosunku do tzw. real feel, ale za to jakże szlachetne ;) ). Poprosiła zatem kolegę swego małżonka, aby zrezygnował w tym dniu ze swej wyrobniczej korpopracy i udał się z nią do gabinetu lekarza swego prowadzącego, w którym to miała odbyć się zaplanowana wcześniej wizyta kontrolna. Wszak zwolnienie lekarskie nie trwa wiecznie i należało je w owym czasie przedłużyć. Zatem odwołał Vince wszelkie zaskedżulowane taski i udał się z małżonką swoją w lekarskie progi, gdzie lekarz zbadawszy Megi oszacował, iż rzeczonego dyskomfortu porodem nazwać jeszcze nie można (jak to mówią ginekolodzy: rozwarcie dość skromne ;) ), jednakowoż postęp dokonać się może w nadchodzących godzinach. W drodze powrotnej dyskomfort Megi przybierał na sile tak, że po powrocie do domu okazało się, iż jest on regularny, co cztery minuty i okraszony dość silnym, jak na kobietę, uściskiem dłoni, który niemalże miażdżył palce (co Vince odnotował w swym kajeciku jako skurcz mocny ;P). Zarządził więc Vince stanowczo ewakuację i odprowadził małżonkę swoją pod prysznic, aby nieco ulżyć jej cierpieniom.

Dokładnie w południe ich oczom ukazały się otwierane automatycznie drzwi położniczej izby przyjęć, gdzie już przebywało kilka ciężarnych. Po krótkim wstępie wędrowała już Megi korytarzem szpitalnym ku gabinetowi zabiegowemu, w którym to lekarz orzekł pierwsze dopiero porodu podrygi i zalecił odczekanie swego na sali przedporodowej w towarzystwie dziarsko pykającego dźwięku KTG. Vinca zaś na ten czas odesłano do domu tłumacząc, iż wiele jeszcze wody w rzece upłynąć może zanim wody wiadome z wiadomego miejsca odpłyną i narodziny się rozpoczną. Pojechał więc on psem się wspólnym zająć i o obiad własny się zatroszczyć. Nie minęła jednak godzina, kiedy zadzwonił telefon mobilny, a w słuchawce Megi głos oznajmił, że jednak już czas i przyjechać należy.

Albowiem kiedy podczas pomiaru KTG dyskomfort przeobraził się w regularne i dość uciążliwe (coś w stylu o-żesz-qwa-bo-nie-wierzę) skurcze, położna dopomogła Megi w zawleczeniu się do gabinetu zabiegowego, gdzie orzeczono, iż dotychczas raczej skromne rozwarcie nieco się ośmieliło (7!).  Oddelegowano zatem Megi ponownie pod prysznic, gdzie w zastępstwie za cwałującego niczym Walkirie małżonka była jedna z położnych. Na szczęście dla szpitalnego budżetu prysznic nie był zbyt długi, gdyż prędko okazało się, że należy już udać się na salę porodową. Tamże uległa położna skamleniu Megi o ZOPa* i po anestezjologa posłać kazała. Tenże (w przeciwieństwie do Kolegi Małżonka) przybieżył czym prędzej, a zajrzawszy we wiadome miejsce orzekł, że na ZOPa już za późno, bo oto syn u bram!

Zleciały się na to całe zastępy personelu medycznego i niczym w serialu obyczajowym zaordynowały: Teraz będziemy przeć! Skoro więc kazali, to i trzeba było. Tym sposobem, zaledwie pięć minut później uszom wszelakim, jak porodówka długa i szeroka, dał się słyszeć ryk Pana Tadeusza zwanego dalej Tedem. W tymże również momencie położna oświecona genialnym pomysłem udała się na korytarz, aby zbadać, czy przypadkiem Kolega Małżonek na korytarzu nie wyczekuje. Po chwili wkroczył i on do sali narodzin by, niczym samuraj, jednym cięciem pępowinę przeciąć.

I tak to właśnie z narodzinami Teda było.

www.flickr.com


#wedidit          #mamdziecko



*efłajaj: ZOP = znieczulenie zewnątrzoponowe

środa, 30 marca 2016

Casa de Ted by Śpisiowamama

Ten wpis jest wyjątkowy i dość nietypowy, albowiem mało w nim będzie tekstu, za to więcej zdjęć :) Dlaczego? Ano dlatego, że kiedy je zobaczyłam, od razu pomyślałam, że muszą się tu znaleźć :D  W porównaniu z nimi moje zdjęciami z biednego telefonu typu Xperia Sreria ;) są tylko marną namiastką fotografii!

  

Pamiętajcie jednak, że są to fotki wykonane przez Śpisiowąmamę i wszelkiego typu chęci ich wykorzystania należy skonsultować z autorką :) Tak przynajmniej głosi dobre wychowanie oraz tak zwane prawa autorskie :) Endżoj!


Co tam LaMillou czy Zara Kids kiedy najlepsze skary to te udziergane przez prababcię Reginę ;)


Handmade cottonballs wykonane ręką matki (TUtek) oraz książka wykopana (również ręką matki) w lumpeksie ;P 



Skrzynia na zabawki z motywem na ludowo (TUtek) oraz mój faworyt: kaczka na kiju w spadku po starszym koledze ;)


Dziękujemy za uwagę i (przede wszystkim) dziękujemy Ci, Śpisiowamamo, za piękne zdjęcia :*

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jezusmaria!

Ted ma zaledwie 30 centymetrów, waży jakiś kilogram i radośnie podryguje sobie w moim brzuchu, jednak już odnoszę delikatne wrażenie, że niektórym to nie wystarcza.

Przez kilka lat udało nam się uniknąć tych cudownych aluzji, że przecież już TYYLE lat po ślubie, a tu wciąż nie słychać tupotu małych stóp... Teraz mam wrażenie, że wszystko to powraca do nas ze zdwojoną siłą... Ostatnio bowiem coraz częściej i boleśniej doświadczam takiej oto sytuacji:

Ktoś: Ojej, chłopiec, czy dziewczynka?
Ja: Chłopiec. <uśmiech>
Ktoś: Super! To następna na pewno będzie dziewczynka i będzie parka! <TRZASK. Oto opada moja szczęka>

 
autor: Śpisiowamama

Chryste, Panie! Myślę sobie, że przecież mój syn jeszcze się nie urodził, a naród już wciska mi w brzuch kolejne dziecko! Wtedy z kolei dopada mnie panika, że może (nowym zwyczajem naszych zacnych polityków) w nocy weszło w życie kolejne rozporządzenie nakazujące wszystkim parom posiadanie PRZYNAJMNIEJ dwóch dzieci?!?!?!?!

Sprawdzam zatem szybko aktualizację dziennika ustaw... Uff, nic nie ma! Przeszukuję internety w poszukiwaniu jakichkolwiek projektów w tej sprawie, ale prócz słynnej ustawy pt. Pińcet złoty na dziecko nic nie ma. Na szczęście, bo gdyby było, to Vince  padłby chyba na zawał.

Nie trudno się domyślić, że na wieść o tym, że kiełkuje we mnie instynkt macierzyński jego entuzjazm był jakby żywcem zdjęty z obrazu E. Muncha Krzyk :P Mimo, że teraz Vincent z lubością przemawia do mojego brzucha i powziął już kilka przedsięwzięć związanych z naszym jeszcze nienarodzonym synem, gdybym jednak obwieściła mu, że oto państwo nakłada na nas obowiązek posiadania kolejnego, myślę, że ewidentnie by padł.

www.wikipedia.org

Na szczęście kwestię liczebności rodzinny państwo (póki co) pozostawia w naszej gestii. Na drugie szczęście nie żyjemy w ciemnogrodzie, w którym to decyzje o liczbie potomstwa padały na naradach rodzinnych i stanowiły element przedmałżeńskiego kontraktu ;)

Myślę jednak, że dla spokojności lepiej będzie zaopatrzyć się w sporą dawkę dystansu, bo zdaje się, że czeka nas jeszcze wiele tekstów, spojrzeń i dobrych rad, które zrównują człowieka z ziemią ;)

www.pixabay.com


środa, 30 grudnia 2015

Srebrne Usta 2015!

Mężczyźni w mojej rodzinie mają status srebrnoustych ;)

Mój własny, prywatny ojciec, który zapytany o zlokalizowanie garnków w kuchni, udziela odpowiedzi w stylu: "Zapewne na swoim miejscu..." Tenże sam ojciec przy wigilijnym stole zaniepokojony przez własną małżonkę, a moją rodzoną matkę, że oto w kuchni coś gra... Jakby telefon... Zwrócił się do niej słowami: "To radio. Gdybyś częściej bywała w kuchni, to byś wiedziała!"

Proszę Państwa, brawka!

Tymczasem kolej na mojego ukochanego szwagra, który niespełna miesiąc po zaślubinach podczas jakiejś wesołej imprezki rzekł do mej siostry tymi słowy: "Ty to jesteś... Japa ci się nie zamyka, mózg ci się wyłączył... "

Tadaam!

Wreszcie kolej na mojego osobistego kolegę małżonka, który podczas świąt zapytany, dlaczego wciąż przestawia nowy toster w kartonie z jednego miejsca na drugie, odpowiedział: "Otworzyłem karton, zobaczyłem papiery i go zamknąłem "

Benc!

www.desitattoos.com

sobota, 26 grudnia 2015

Magia Świąt


Zaczęło się od tego, że ktoś (zdaje się, że to była moja ukochana, rodzona siostra, ale pewna nie jestem, więc nie rzucam tutaj wyroków ;P), jakiś tydzień przed świętami wspomniał, że podobno wigilia jest najbardziej stresującym dniem w roku ;) Vince, nadworny Grinch mojej osobistej rodziny, podchwycił to od razu i zaczął knuć teorie spiskowe. Ja natomiast zapierając się nogami i rękoma próbowałam mu to wyperswadować. 
www.czytac-to-zyc-podwojnie.blogspot.com

Przecież w te święta stołujemy się u rodziny, udało nam się zerwać z tradycją WIELKICH PORZĄDKÓW ŚWIĄTECZNYCH (które w moim królestwie ChPD przejawiają się myciem okien, a tego przecież ciężarówkom zabraniają  przepisy BHP ;)). Sprawy kuchenne były ogarnięte, więc czym tu się martwić?! Na dodatek jedna z koleżanek w pracy stwierdziła, że ciężarne święta są takie magiczne... 

W sumie to rzeczywiście. Już dwa tygodnie wcześniej piłowałam świąteczne piosenki i musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie wysłać Vinca po choinkę do piwnicy!

W końcu jednak nadszedł ten dzień i się zaczęło... 

Na początku złapałam się na tym, że nadaję kierowcom na parkingu fizjologiczne przydomki. No ale jeśli zdrowy, w pełni sprawny mężczyzna parkuje swojego krosołwera w gazie zajmując półtora miejsca parkingowego, to w sumie sam się o to prosi.


Jednak potem było już tylko gorzej... Nim na niebie rozbłysła pierwsza gwiazdka, pokłóciliśmy się z Vincem z milion razy (w tym również o sposób układania wypranej pościeli w szafie). On wygłosił kilka ciekawych teorii, ja w odpowiedzi zakomunikowałam, że nie jadę z nim na wigilię do ukochanych teściów (przy czym chyba nie trudno się domyślić, że słowo ukochanych zastąpiłam innym przymiotnikiem, a w komunikacie zawarłam jeszcze kilka przerywników). Vince w odwecie postanowił ochłonąć poza domem, za co spotkała go zasłużona kara. No bo kto jedzie w wigilię na myjnie?!

Kiedy już byłam w połowie podziału majątku, skłonna wyguglować nazwisko dobrego adwokata rozwodowego, Vince wrócił i wydarzył się wigilijny cud

Udało się nam jakoś opanować sytuację :D

www.pixabay.com

Potem było już tylko świąteczne obżarstwo, śmiech, wiosenne spacery oraz, w przypadku Vinca, praca ;)


Taka to jest MAGIA ŚWIĄT ;)

czwartek, 3 grudnia 2015

Matko kochana!

www.galerialawenda.pl


Na nieco ponad miesiąc przed pójściem na urlop postanowiłam jechać z dzieciakami na biwak! A co mi tam! Brzuch jeszcze nie taki duży, więc można. Poza tym lubię te moje dzieciaki, chociaż mają ogromny potencjał i potrafią krwi napsuć ;) Do tego nie jedziemy jakoś specjalnie daleko (właściwie nawet nie ruszamy się z miasta :P), więc jadę! 

Dzieciaki w pełnej ekscytacji, bo to biwak z noclegiem, więc frajda ogromna. Niestety nie dla wszystkich. Kilka dni przed biwakiem jedna z mam bije na alarm. Okazuje się, że oto ona właśnie musi koniecznie jechać z nami, bo inaczej jej syn nie będzie chciał zostać na noc. Z mojej strony pojawia się szok i niedowierzanie, bo przecież Młody ma już prawie dziesięć lat. Jednak okazuje się, że taki jest fakt i mimo tego że dziecię doskonale ogarnia ileśtam poziomów w GTA (zdaje się, że PEGI 18 to tylko ogólne wytyczne ;) ), zna położenie planet w Układzie Słonecznym i kilka innych głupot bez znaczenia, to samo spać nie będzie... 


Cóż, jak pokazało życie, jednak spało, ale mama zużyła chyba przy tym całą buteleczkę nerwosolu, czy jakiegoś innego specyfiku na ukojenie nerwów ;)
Po wszystkim, rano, kiedy odśpiewałyśmy z koleżanką nad Młodym peany na cześć jego odwagi i męstwa, on był bardzo zdziwiony i nie za bardzo wiedział, o co ten cały krzyk ;) 


Jaki z tego morał? Moim zdaniem dość prosty: to nie dziecko ma problem ze spaniem bez mamy, tylko mama ma problem... Na pewno ma ku temu swoje powody i na pewno sytuacja jest bardziej złożona niż może się wydawać, ale... Przecież matka nie może całe życie trzymać swojego dziecka za rękę. Oczywiście, że łatwo mi mówić, bo mój syn jest zaledwie średniej wielkości bananem wierzgającym w moim brzuchu. Mimo wszystko wiem, że już nie długo to się skończy, więc już teraz stoczyłam ze sobą wewnętrzną dyskusję i zapowiedziałam Vincowi, że jeśli zauważy u mnie przerastający syndrom matki-kwoki, ma mnie natychmiast pacnąć w łeb!


Życia za nikogo nie przeżyję, nawet za swojego Teda i wiem, że będę musiała patrzeć na to, jak mniej lub bardziej sprawnie radzi sobie beze mnie, bez NAS. Na pewno nie będzie lekko, ale mam nadzieję, że damy radę :D

www.pixabay.com

wtorek, 17 lutego 2015

Jak pies z kotem ;)

Mimo tego, że moja podstawowa komórka społeczna składa się zaledwie z dwóch osób, nasz dom nie zalicza się do spokojnych. Być może dlatego, że oprócz nas zamieszkują go także: pies (sztuk 1), kot (sztuk 1) oraz koszatniczka (sztuk 1). Z czego tylko koszatniczka jest płci męskiej, poza nim reszta to baby.

Można by pomyśleć, że skoro i kot i pies to baby, powinny się ze sobą dogadać… Właściwie, na ogół tak jest. Choć te relacje trafniej opisało by określenie męskiej, szorstkiej przyjaźni ;) Mimo tego, że i jedna i druga panna to niekwestionowane KRÓLOWE, od pierwszego dnia ustaliły między sobą pewne zasady koegzystencji, np.: miska psa, to miska psa, a miska kota, to miska wszystkich ;P Proste, prawda?

W każdym razie, mimo tak jasno postawionych granic, nieuniknione są czasem konfrontacje. Przy ich okazji miałam szczęście zaobserwować, jak bardzo świat kota różni się od świata psa. Dajmy na to taką sytuację:
Kocurka leży tuż obok mnie, na kanapie. Pies radośnie wkracza do pokoju, ochoczo machając ogonem. Podchodzi do kanapy i wielkimi, okrągłymi oczami w towarzystwie radosnych pomruków domaga się głaskania. Kocurka się budzi i patrzy na to wszystko kręcąc łebkiem. Pies nie poddaje się i dalej wdzięczy się do mnie oczekując pieszczot. Na to wszystko kot (doprowadzony już chyba do ostateczności) wyciąga w kierunku psa jedną łapkę i rozczapierzonymi pazurami drąca psa po zadku. Sunia, myśląc, że kot wyręcza mnie w przeszczochaniu nastawia zadek i cały grzbiet tak, żeby kocurka nie pozostawiła przypadkiem jakiegoś niegłaskanego miejsca… Tak to właśnie wygląda. Kot wściekle okłada psa, a pies myśli, że to wyraz sympatii.

Myślę sobie też, że być może podobnie jest z kobietami i mężczyznami. Niby wszyscy mamy dwie nogi, dwie ręce, głowę, itp. Niestety, nie oznacza to jednak, że mieszkający w tej głowie mózg u jednych i drugich będzie funkcjonował tak samo. Patrząc na te moje zwariowane zwierzaki, przypominam sobie, jak wiele jest sytuacji, w których reagujemy jak pies i kot. Ona się cieszy, że zrobi remont, a on się wścieka, że trzeba będzie latać po sklepach i wybierać najodpowiedniejszy odcień białego. On się cieszy, że jest sobota i można się wyspać, a ona się wścieka, że znów pół dnia prześpi w wyrze. I tak w kółko…


Jak mawiał klasyk: życia nie oszukasz, facetom i kobietom nierzadko trudno jest się dogadać, ale doświadczenie pokazuje, że mimo wszystko, jakoś się to udaje. Tak, czy inaczej miska z wodą jest wspólna, pańcia każdego głaszcze za uchem tak samo, a wizyta u weterynarza i jedno i drugie kosztuje mnóstwo stresu. 


niedziela, 18 stycznia 2015

Ona i on… rodzina tradycyjna ;)



Ona wniosła do domu 15 kilo ogórków, a on, po powrocie z pracy, je ukisił – tak podsumowałabym model mojej rodziny. Kobiety, które znam mogę podzielić w tej kwestii na dwa obozy: te, które mi zazdroszczą oraz te, które kiwają głową ze zdziwienia (prawdopodobnie z dezaprobatą również).
Mój małż – Vincent – jest, owszem typem kanapowca, jednak posiada również niezwykle magiczną cechę: potrafi słuchać, reaguje na polecenia, ale przede wszystkim jest doskonałym kucharzem ;) Naprawdę wspaniale gotuje i robi to (zazwyczaj i w przeciwieństwie do mnie) z przyjemnością. Ja niestety tego daru nie posiadłam (jestem raczej w typie ChPD). Moja mamusia ubolewa nad tym, że nie umiem ugotować rosołu, upiec kurczaka czy zrobić gołąbków albo bigosu. Nie oznacza to, że nie umiem gotować. Przeciwnie, Vincent zawsze mnie chwali i myślę, że robi to szczerze i bez przymusu ;P Wracając do Vincenta, który oprócz tego, że świetnie gotuje, posiadł również tę cudowną umiejętność posprzątania po sobie w kuchni. Nie ma również problemów z tym, żeby posprzątać resztę mieszkania, kiedy go o to poproszę :)
            W ten sposób stworzyliśmy dość nietypowy model rodziny, w którym to ja kupuję na targu piętnaście kilogramów ogórków, a Vincent je zaprawia. Podobnie robimy z jabłkami na sok i pomidorami (chociaż te ostatnie akurat Vincent przytargał sam ;P). Nie oznacza to jednak, że jestem zagorzałą, wyzwoloną wyznawczynią feminizmu. Wręcz przeciwnie, często proszę małża o pomoc i choć rośnie we mnie opór na samo słowo patriarchat, to obce są mi jakiekolwiek skrajności.


W naszej rodzinie to ja rozpoznaję markę i model auta i lepiej orientuję się w terenie. Vince lepiej gotuje i dba o nasze zwierzaki (pielęgnuje je, jeździ do weterynarza, etc.) Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że zarówno ja, jak i sam Vince nie mamy pod tym względem żadnych kompleksów i niczego nikomu nie musimy udowadniać. Przecież nie od dziś wiadomo, że tradycyjna rodzina to rodzina szczęśliwa