środa, 24 lutego 2016

Fasola

Jakiś czas temu uznałam się za kobietę nowoczesną. Dlaczegoż by nie? Poglądowo bliżej mi przecież do lewa niż do prawa, a też nie mam nic przeciwko gospodarce wolnorynkowej. Jestem zdecydowanie za in vitro, zdecydowanie nie za naprotechnologią (don’t even make me start!) i za legalizacją tego i owego. Wiem, co to znaczy na propsie, hasztag czy selfie. Obiły mi się też o uszy takie apki jak Uber, Snapchat czy Tinder. Kilka razy w swoim życiu skosztowałam jarmużu, chyba nawet sama go przyrządziłam raz czy dwa ;) Wiem też jak wyglądają nasiona chia i słyszałam o cudownym działaniu ostropestu czy młodego zielonego jęczmienia. Niebawem zapoznam się z tajnikami chustonoszenia i, być może, nadejdzie taki dzień, kiedy sama zrobię sobie sukienkę z pszenicy. Żeby tego było mało, sprzątam kupy po swoim psie rasy Jack Russell Kundel i segreguję śmieci. Latem jeżdżę na rowerze, noszę do tego słomkowy kapelusz i przydupas (bardziej znany w towarzystwie jako nerka). Jeszcze nie ufarbowałam sobie włosów na hipsterski, pastelowy deep ocean, ale wszystko przede mną ;) Chodzę także na siłkę w żarówiastych najeczkach (co prawda chyba sprzed dwóch sezonów, ale chyba się liczy?), za to legginsy już mam z Decathlonu. Nie mam też bidono-shakera Gym Hero, ale przynajmniej wiem, że takie istnieją ;P Na tej siłce chodzę sobie po prostu (na bieżni:P). Na zwykłe, plebejskie cardio, czasem na zorganizowane zajęcia typu brzuch-uda-pośladki. Jednak wiem, że prawdziwym hitem sezonu jest TRX i crossfit.

www.ausentedreams.pl


Wszystko to utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie jest źle. Że trzymam rękę na pulsach. Do dziś… Dziś bowiem nastał ten dzień, w którym nowoczesność mnie dogoniła, a ponieważ ostatnio noszę przy sobie kilka dodatkowych kilogramów, sądzę, że chyba nawet mnie przegoniła! Otóż dziś właśnie w czeluściach Internetów znalazłam przepis na brownie bez cukru i mąki [emotikon: scared]. Z niedowierzaniem sprawdziłam więc, jak to możliwe i jakim, w ogóle, cudem ktoś nazywa to brownie. Przecież istotą tego ciasta jest właśnie czekolada, cukier, masło i mąka. Okazało się, że można. Wystarczy zastąpić cukier i mąkę… fasolą, albo burakiem.

www.freepik.com

Także tak… moja nowoczesność skończyła się w tym miejcu. Zostałam cebulakiem, zwykłą Grażyną, żoną Janusza. Lecę więc czym prędzej do kerfa po kuboty! Adios!

wtorek, 16 lutego 2016

Casa de Ted

Przychodzi taki czas w życiu rodziców, kiedy trzeba się zabrać za organizację pokoju dla syna ich jeszcze nienarodzonego. Dlatego też, razem z Vincem pokusiliśmy się o metamorfozę z gatunku low cost, czyli niski budżet. Przy czym nasz niski budżet to prawdziwie niski budżet, a nie telewizyjnie/ blogersko-lajfstajlowo niski. Czyli koszty idące w tysiące nowych polskich złotych, bo oto (mniej lub bardziej znana) dekoratorka wydaje pierdyliard złotych monet na firanki, świeczki i poduszki. Tak, to jest zdecydowanie mój typ. Wracając jednak do tematu: nasza metamorfoza okazała się prawdziwie ekonomiczna, z resztą sprawdźcie sami:


Na pierwszy ogień niech pójdą ściany! Proste jak włosy Magdy Gessler cuda rąk robotniczych z okresu wczesny Gierek. Pomalowane przez Vinca farbą w kolorze białe żagle, gdyby ktoś nie wiedział: kropla szarości w litrze białej farby. Jeśli chcecie sobie przypomnieć, jak przeżyłam to malowanie, możecie o tym przeczytać  tu

Nieodzowny element dziecięcego pokoju: łóżeczko. Nasze jest sprawdzone przez przeurocze latorośle znajomych, którzy oznajmili nam pewnego dnia, że koniecznie i w trybie natychmiastowym muszą się go pozbyć (z tego miejsca jeszcze raz dziękujemy Aga Mar i Przem :*). Tym sposobem Ted dorobił się swojego wyra zanim jeszcze zorientował się, że ma dwa przeciwstawne kciuki ;)

Następna w kolejce jest moja największa (do tej pory) zachcianka ciążowa, czyli bujany fotel! Jest fantastyczny i wiem, że Ted już go lubi :) Weszliśmy w jego posiadanie drogą kupna poprzez popularny portal ogłoszeniowy (dla wtajemniczonych OLX ;) ). Tuż obok fotela postawiliśmy sosnowy regał, który służył nam przez lata w sypialni za komodę ;) Jednak do nowej roli postanowiłam go nieco odpicować. Odmalowałam go zatem w stylu shabby chicShabby to mój ulubiony styl dekoracyjny, gdyż wybacza wszelkie błędy, nierówności i mazy, a do tego jest genialny w swej prostocie (coś jak tarta – proste, acz wykwintne ;P). Zatem regał: maźnięty raz przy razie pędzlem umoczonym w białej emalii akrylowej (takiej, o!), a na nim cztery plastikowe koszyki prosto z Pepco, a pod nim karton, również tego samego pochodzenia. Na górze położyłam moje ręcznie robione cottonballsy, które już powoli zaczęły tracić nadzieję, że na cokolwiek się przydadzą (swoją drogą, oto  tutek, jak je zrobić).

Chcieliśmy też wyposażyć Teda w szafę. Z początku myśleliśmy o przerobieniu starego regału, potem szukaliśmy jakiejś fajnej używki. Pewnego dnia okazało się, że znajomi rodziców likwidują swoją sypialnię i szukają chętnych na meble. Przygarnęliśmy więc jedną z ich szaf. Było z nią trochę zachodu, bo okazało się, że to prawdziwa stolarska robota, nie żadne tam złóż-to-sam z Ikeły. Na szczęście szafa okazała się bardzo chętna do współpracy i dała się pięknie pomalować :D Szafę dodatkowo ozdobiły gałeczki, znane Wam z zagadki na fejsie, które okrasiłam małym dekupażem ;) Technikę tą postanowiłam wykorzystać też na łóżeczku :D

Wszystko po to, żeby jak najlepiej zgrać się z ulubionym mebelkiem, który chyba najdłużej czekał na swoją życiową rolę. Sprzęt ten był również inspiracją dla całego wnętrza :D Moi drodzy, skrzynia na zabawki. Kto czytał bloga, ten wie, że zrobiłam ją już ponad rok temu i nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić (a kto nie czytał, może przeczytać tu). Planując potomstwo postanowiłam więc, że będzie to skrzynia na zabawki i tak też się stało. W skrzyni zamieszkały pierwsze Tedowe zabawki (w tym rewelacyjna, oldschoolowa kaczka na kiju!).

W pokoiku pozostawiliśmy też papierowy klosz (których jestem fanką) i truskawkową fototapetę :) Na ścianie zawisł też wyjątkowy obraz: Kasztankowy konik na biegunach by #Śpisiowamama, który również cierpliwie czekał na swoje pięć minut :D













Przejdźmy zatem do kosztów (tyle się o nich napisałam na początku, że wypadałoby je podliczyć):

- fotel bujany: 280zł
- farba: Dulux kolory świata Białe żagle 5l: 90zł
- kosze plastikowe: 60zł
- emalia akrylowa do drewna i metalu LuxDecor (można nią malować zabawki) 400ml*: 10zł
- łóżeczko: barter za nowy materac do łóżka latorośli
- szafa: dobre wino

RAZEM: 440zł w gotówce plus bartery ;)

Można? Można!

Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że lepsze z nas cwaniaczki, bo najkosztowniejsze rzeczy dostaliśmy. No cóż, nie zaprzeczę. Jednak urządzając pokoik dziecięcy zawsze mamy do wyboru kilka opcji od drugiego życia starych mebli po kupno nowiutkich i pachnących mebelków od projektanta. Wszystko zależy od nas (no i trochę też od naszego portfela ;P).


*400ml emalii wystarczyło na odświeżenie łóżeczka pokrycie (jedną warstwą) regału i pomalowanie zewnętrznych elementów szafy (również jedną warstwą). Jedna warstwa pozwala uzyskać efekt shabby, jednak jeśli chcecie uzyskać efekt jednolity, potrzebne będzie więcej warstw i dodatkowa puszka emalii :)


czwartek, 11 lutego 2016

El quatro... i co dalej?

No i zaczęło się! Zgodnie z wszelkimi zaleceniami nastąpiło ogólne zwolnienie obrotów i ciężarówka udała się na tak zwane El quatro! Tylko cóż tu począć z takim ogromem wolnego czasu?! Na dobry początek włączyłam telewizor, a tam…

W telewizji śniadaniowej na moich oczach rozgrywa się dramat! Oto Michał Wiśniewski pozostał sam w domu, a piękna pani dziennikarka bieży czym prędzej, żeby sprawdzić jak sobie radzi (ja w tym momencie natomiast zastanawiam się, czy ta piękna pani zdaje sobie sprawę, że po wielu latach studiów dziennikarskich, pisanych w pocie czoła felietonach, reportażach na zaliczenie i innych ambitnych dziennikarskich działaniach wypytuje Michała Wiśniewskiego o to, co biedak je na obiad, kiedy jego czwarta żona wyjedzie kręcić Agenta [WTF?!]). Dramat Michała Wiśniewskiego trwa kilkanaście minut, żeby przejść płynnie do kuchni. Tam znany (z tym, że niestety nie mi :( ) blogger kulinarny przygotowuje szybką przekąskę z własnoręcznie ulepionego, bezglutenowego, pełnoziarnistego chleba orkiszowego z pasztetem z gęsich pipek na rukoli i kiełkami lucerny, okraszony młodym zielonym jęczmieniem ;). Do picia za to proponuje coś na szybko, czyli koktajl z trawy bambusowej, jarmużu, pietruszki, selera, marchwi, awokado i co tam jeszcze akurat mamy w lodówce, a do tego banan i nasiona chia. Wszystko to zajmuje mu zaledwie kilka minut [whaaat?!], bo trzeba jeszcze zrobić miejsce na reklamy tabletek na nietrzymanie moczu, kaszel palacza i napędzacz apetytu dla dzieci. Potem już tylko rozrywka, gdyż oto nadchodzi kolejny ambitny reportaż. Tym razem o tym, jak to cudownie młodzież bawi się na obozach zimowych z Dawidem Kwiatkowskim. Oglądając to dziękuję na wszelki wypadek wszystkim możliwym bogom, że będę miała syna. Być może to pozwoli mi uniknąć okresu wzdychania do takich cudów marketingowych ;) Aczkolwiek, nigdy nie wiadomo ;) Na to wszystko przychodzi przegląd prasy, w którym prowadzący wraz z zaproszonym gościem dyskutują o wybrykach Donalda Trumpa i kampanii wyborczej w USA. 

www.pixabay.com

W tym momencie już zupełnie nie wiem, co mam ze sobą począć , gdyż schizowość informacji, jakie dotarły do mnie w ciągu ostatnich 30 minut zdaje się być nie do ogarnięcia! Cytując klasyka: … słucham i czuję, że jeszcze jedno zdanie i będę mieć wylew…*

Dlatego, w celu ratowania własnego zdrowia, wyłączam tiwi i włączam radio. Chyba będzie lepiej, jak posprzątam… ;)


piątek, 22 stycznia 2016

(Nad)Wrażliwość


www.mystorybook.com

Mili Państwo, dziś będziemy rozmawiać właśnie o nadwrażliwości. Wielu z nas kojarzy nadwrażliwość z przewrażliwieniem czy nadopiekuńczością, jednak w tym kontekście to coś zupełnie innego. W tym wypadku, kiedy mówimy o nadwrażliwości mamy na myśli tą zmysłową, czyli to, że nasze zmysły odczuwają zbyt mocno albo odczuwają za mało. W tym poście bardzo często pojawiać się będzie słowo-klucz, czyli integracja sensoryczna. Co to takiego? Otóż integracja to scalenie czy wspólne działanie, a sensoryczna, bo dotyczy sensorów, czyli zmysłów. Wychodzi na to, że integracja sensoryczna to zgodna współpraca wszystkich zmysłów. Tym sposobem dochodzimy do kolejnego terminu, czyli do zaburzeń integracji sensorycznej. Zatem głoszę, co następuje: 

kiedy ludzkie zmysły trafiają na przeszkody w przetwarzaniu odbieranych bodźców, dochodzi do zaburzeń. Może zdarzyć się tak, że bodźce te będą odbierane nieprawidłowo, czyli albo zbyt słabo, albo zbyt mocno.

www.pakemanprimary.co,uk

Jednak o zaburzeniach integracji sensorycznej możemy mówić tylko w momencie, kiedy wykluczymy inne zaburzenia czy czynniki fizjologiczne (np. uszkodzenia wzroku, słuchu, zaburzenia neurologiczne, choroby, itp.). Dlatego: jeśli widzimy, że coś jest nie halo z naszym dzieckiem, jego kolegą, uczniem, sąsiadem, etc. najpierw udajemy się do lekarza. Jeśli on stwierdzi, że wszystko jest jednak halo, a mimo to wciąż nie opuszcza nas wrażenie, że nie do końca, możemy pokusić się o zaburzenia SI (to w języku czarów oznacza integrację sensoryczną ;) ).

Czym się objawiają zaburzenia SI? Najprościej jest dostrzec nadwrażliwość na bodźce wzrokowe, dźwięki, zapachy, smaki czy dotyk. Na przykład nasze dziecko krzywi się przed telewizorem albo skarży się, że czasem bolą je oczy, albo (co gorsze) światło boli je w oczy. W przypadku dźwięków dziecko może w pewnych przypadkach zasłaniać sobie uszy, albo skarżyć się, że niektóre dźwięki bolą je w uszy. Kiedy natomiast ledwo muśnięte dziecko podnosi lament i wrzeszczy w niebogłosy możemy podejrzewać, że mamy do czynienia z nadwrażliwością na dotyk. To samo tyczy się wyostrzenia smaku, czy węchu. Czasem, kiedy dziecko mówi, że coś smakuje obrzydliwie, to rzeczywiście w jego odczuciu może tak smakować. Podobnie jest z zapachami: dziecku coś śmierdzi, a my kompletnie nic nie czujemy. Jednak nadwrażliwość to jeszcze nie wszystko!

Zdarzają się przypadki, kiedy dziecko jest niedostymulowane i jego zmysły same szukają bodźców. W takim przypadku dzieci będą próbowały dostymulować się same i (o zgrozo!) będą robić to podświadomie. Na przykład celowo wpatrując się w obrazy u nas wywołujące oczopląs czy zwiastujące rychły napad epilepsji. Będą słuchały dziwnych albo po prostu zbyt głośnych dźwięków. Inne mogą się drapać, szczypać, czy celowo stąpać po klockach. Przykładów jest wiele. Jednak to wciąż nie koniec!

Nie zawsze przecież zaburzenia percepcji zmysłowej są tak jasne i oczywiste. Czasem zdarza się, że mamy wrażenie, że dziecko nas nie słyszy, na coś nie zwraca uwagi, albo jest niezdarne. Tymczasem może się właśnie okazać, że mamy do czynienia z takim właśnie zaburzeniem. 

Myśleliście, że to już koniec? Nic z tego!

Istnieje bowiem coś takiego jak czucie głębokie, czyli propriocepcja. To jest coś w rodzaju czucia wewnętrznego. Czucie głębokie stymulowane jest na przykład podczas porodu naturalnego kiedy to dziecko musi przecisnąć się przez kanał rodny. Na tym również bazują wszystkie mądre księgi i jeszcze mądrzejsi ludzie, którzy każą takiego noworodka porządnie okutać. Kiedy jednak dziecko zbyt mocno nas przytula, pisząc w zeszycie prawie dziurawi kartki, bo tak mocno przyciska ołówek, albo wciska się wszędzie, gdzie się da, byle było ciasno, to może być znak, że coś dzieje się (albo prawdopodobnie już się zadziało) z jego czuciem głębokim. Można powiedzieć, że takie dziecko jest niedociśnięte. Od tego uzależnione jest także na przykład napięcie mięśniowe, które odpowiada za sprawną pracę rąk czy nóg.

www.wallpaperstock.net

No i po co ja w ogóle o tym wszystkim piszę?! Ano na przykład po to, żebyście, moi mili, pomyśleli o tym zanim zaczniecie podejrzewać swoje (lub nieswoje) pociechy o skrajny debilizm, niedbalstwo, czy niezdarność. Zaburzenia integracji sensorycznej można korygować w specjalnych gabinetach terapii sensorycznej oraz na treningach słuchowych (w przypadku zaburzeń percepcji słuchowej). Pamiętajcie, że zaburzenia SI często towarzyszą dyslektykom, ale równie dobrze mogą dotyczyć dzieci nie mających trudności w uczeniu się.

Co jednak wydaje mi się ważniejsze: warto, można i powinno się zapobiegać tym zaburzeniom! Dlaczego? Ano głównie dlatego, że, po pierwsze: terapia w gabinecie SI jest (delikatnie mówiąc) dość droga ;) Po drugie: gabinetów terapeutycznych jest wciąż niezbyt wiele (stąd po pierwsze), a w niektórych miastach nie ma ich wcale. Po trzecie: jak zwykle, lepiej zapobiegać niż leczyć! A w tym przypadku zapobieganie wydaje się dość banalne. Otóż najczęściej w gabinetach terapii sensorycznej rodzice zostawiają pierdyliony złotych monet za rzeczy, które najczęściej oni sami mieli na porządku dziennym, bo matka z ojcem wywalali na podwórko, żeby mieć chwilę spokoju. Tym samym gabinety SI wypełniają obrazy, dźwięki, piłeczki sensoryczne (takie z wypustkami), huśtawki, kołyski, tunele, deskorolki, równoważnie, maty i inne cuda, których odpowiedniki można znaleźć w plenerze. My, dorośli możemy zaoferować dzieciom podobne stymulatory w realu jeszcze zanim terapia będzie potrzebna. Wiadomo, z niczym nie można przesadzać i we wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek. Wszystko musi być też dopasowane do poziomu rozwoju dziecka, bo jeśli je przestymulujemy (czyli przesadzimy z bodźcami), to i tak będziemy potrzebować pomocy terapeuty z gabinetu SI.

fot. Śpisiowamama

Po więcej informacji odsyłam Was do stron, z których korzystałam, żeby napisać ten wpis:



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jezusmaria!

Ted ma zaledwie 30 centymetrów, waży jakiś kilogram i radośnie podryguje sobie w moim brzuchu, jednak już odnoszę delikatne wrażenie, że niektórym to nie wystarcza.

Przez kilka lat udało nam się uniknąć tych cudownych aluzji, że przecież już TYYLE lat po ślubie, a tu wciąż nie słychać tupotu małych stóp... Teraz mam wrażenie, że wszystko to powraca do nas ze zdwojoną siłą... Ostatnio bowiem coraz częściej i boleśniej doświadczam takiej oto sytuacji:

Ktoś: Ojej, chłopiec, czy dziewczynka?
Ja: Chłopiec. <uśmiech>
Ktoś: Super! To następna na pewno będzie dziewczynka i będzie parka! <TRZASK. Oto opada moja szczęka>

 
autor: Śpisiowamama

Chryste, Panie! Myślę sobie, że przecież mój syn jeszcze się nie urodził, a naród już wciska mi w brzuch kolejne dziecko! Wtedy z kolei dopada mnie panika, że może (nowym zwyczajem naszych zacnych polityków) w nocy weszło w życie kolejne rozporządzenie nakazujące wszystkim parom posiadanie PRZYNAJMNIEJ dwóch dzieci?!?!?!?!

Sprawdzam zatem szybko aktualizację dziennika ustaw... Uff, nic nie ma! Przeszukuję internety w poszukiwaniu jakichkolwiek projektów w tej sprawie, ale prócz słynnej ustawy pt. Pińcet złoty na dziecko nic nie ma. Na szczęście, bo gdyby było, to Vince  padłby chyba na zawał.

Nie trudno się domyślić, że na wieść o tym, że kiełkuje we mnie instynkt macierzyński jego entuzjazm był jakby żywcem zdjęty z obrazu E. Muncha Krzyk :P Mimo, że teraz Vincent z lubością przemawia do mojego brzucha i powziął już kilka przedsięwzięć związanych z naszym jeszcze nienarodzonym synem, gdybym jednak obwieściła mu, że oto państwo nakłada na nas obowiązek posiadania kolejnego, myślę, że ewidentnie by padł.

www.wikipedia.org

Na szczęście kwestię liczebności rodzinny państwo (póki co) pozostawia w naszej gestii. Na drugie szczęście nie żyjemy w ciemnogrodzie, w którym to decyzje o liczbie potomstwa padały na naradach rodzinnych i stanowiły element przedmałżeńskiego kontraktu ;)

Myślę jednak, że dla spokojności lepiej będzie zaopatrzyć się w sporą dawkę dystansu, bo zdaje się, że czeka nas jeszcze wiele tekstów, spojrzeń i dobrych rad, które zrównują człowieka z ziemią ;)

www.pixabay.com


sobota, 9 stycznia 2016

Tarta pomarańczowa!

Mili Państwo, nadeszły zmiany! Mam nadzieję, że się podobają, bo ja się prawie posikałam z ekscytacji :D Z tej okazji postanowiłam uraczyć wszystkich przepisem na tartę pomarańczową zainspirowaną telewizyjną reklamą Tesco (tak jest!)



Generalnie rzecz biorąc tarta bardzo odpowiada mojej osobowości kulinarnej :D Głownie dlatego, że jestem raczej typem gospodyni prostej i topornej: gotuję bo muszę i kiedy muszę! Owszem, zdarza mi się czasem coś przyrządzić tak po prostu, ale zazwyczaj jest to takie wydarzenie, że od razu chwalę się tym na fejsie, instagramie, albo właśnie na blogu ;)

Wróćmy jednak do tarty... bardzo lubię tą formę wypowiedzi kulinarnej, gdyż jest bardzo prosta w obsłudze, a przy tym brzmi tak wykwintnie ;P A zatem, zacznijmy od składników:

- 1 opakowanie ciasta francuskiego
- 2 duże pomarańcze
- tabliczka gorzkiej czekolady
- 50 g masła lub margaryny do pieczenia
- łyżka brązowego cukru

Przygotowanie:

Pomarańcze obieramy ze skórki i kroimy w niezbyt grube plasterki. Do małego garnka wlewamy trochę wody i gotujemy. Do garnka o takiej samej (lub nawet mniejszej) średnicy łamiemy czekoladę i dokładamy do niej masło lub margarynę. Kiedy woda w garnku się zagotuje, wstawiamy na niego garnek z czekoladą. W ten sposób powstaje nam tzw. wodna kąpiel, a czekolada się nie przypali. W ten sposób rozpuszczamy czekoladę z tłuszczykiem :D Kiedy czekolada się rozpuści odstawiamy ją do wystygnięcia.



















Następnie nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, formę do tarty smarujemy niewielką ilością tłuszczu i wykładamy ciastem. Widelcem nakłuwamy ciasto francuskie, kładziemy na nim papier do pieczenia i wysypujemy fasolę*. Tak przygotowane ciasto wstawiamy do piekarnika (ja włączam termoobieg) na 10 minut.




















Po tym czasie wyjmujemy ciasto, zdejmujemy z niego fasolę i pozwalamy mu trochę ostygnąć. Następnie wylewamy na nie czekoladę i wykładamy pomarańczami. Żeby złagodzić niego kwaśność pomarańczy, zdecydowałam się posypać je brązowym cukrem.
















Z pozostałego ciasta francuskiego układam wierzch tarty, nakłuwam widelcem i następuje powrót do piekarnika. Znowu na 180 stopni (u mnie z termoobiegiem) i znowu na 10 minut. Po upływie tego czasu, tartę odstawiamy do wystygnięcia i można wcinać!












TADAM!



*dla tych, których stopień kuchennego wtajemniczenia podobny jest do mojego objaśniam: dzięki temu z ciasta nie zrobi się bąbel. To znaczy zrobi się, ale o wiele mniejszy ;P 
P.S. No worries, ja ten patent odkryłam dopiero niedawno, więc piąteczka!


wtorek, 5 stycznia 2016

Dobre, bo polskie vol.2 - pielęgnacja!

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że nasze rodzime firmy kosmetyczne tak dobrze sobie radzą. Zarówno w kraju, jak i zagranicą! Mam na to dowód, gdyż moja osobista kuzynka zamieszkująca na co dzień drugi brzeg Odry za każdym razem, kiedy jest w Polsce, zaopatruje się w nasze kosmetyki.

Chyba jak każda kobieta mam swoje ulubione kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała, przy czym trzeba pamiętać, że co przypadło do gustu mi, niekoniecznie musi przypaść komuś innemu ;) Ogólnie rzecz biorąc kosmetyki w mojej szafie mają bliżej do dolnej półki, a niżeli do cennych kosmetyków typu premium, czy specyfików aptecznych. Aczkolwiek, niemal każda z prezentowanych przeze mnie firm oferuje zarówno preparaty dla zwykłych zjadaczy chleba, jak i te z dopiskiem pro, dermo albo med.
Uwaga, zaczynamy!



Ziaja. Kosmetyki na dosłownie każdą kieszeń. Ich ogromnym atutem jest cena. Mają też charakterystyczny dizajn i proste, dość pojemne opakowania :) Lubię ich żele pod prysznic i balsamy do ciała. U mnie dobrze sprawdza się również tonik do cery naczynkowej Phytoactiv, płyn micelarny z serii Ulga, maska do włosów farbowanych i preparaty do higieny intymnej. Vince chwali sobie szampony, żele pod prysznic oraz balsam do ciała z serii Yego. Ich uniwersalny krem oliwkowy (zarówno zielony, jak i ten biały z lekką formułą) to dla mnie hit na miarę niebieskiego kremu Nivea. Jednak... Kupując na stoisku Ziaji, musimy dokładnie czytać etykiety i skład, gdyż (niestety) wciąż większość produktów zawiera parabeny (w tym również preparaty z serii med) i SLSy.

Bielenda. Marka, moim zdaniem, wciąż niedoceniana. Chociaż, z tego, co słyszę, ich preparaty są często używane w gabinetach kosmetycznych. Moim hitem są kremy do twarzy z serii pharm. Wypróbowałam już kremy na dzień i na noc do cery naczynkowej, a kiedy w trakcie ciąży przytrafił mi się epizod z przesuszaniem, z pomocą przyszedł mi intensywnie nawilżający krem do twarzy. Kremy te nie mają zapachu, mają za to krótki skład i nie zawierają parabenów. Dodatkowo, producent twierdzi ze są polecane przez dermatologów :) U mnie się sprawdzają. Vince z kolei chwalił sobie łagodzący żel do twarzy (oczywiście z serii only-for-men SENSITIVE). Oprócz tego wypróbowałam też antycellulitowy balsam do ciała z serii sexi mama i jestem zadowolona :)

Tołpa. Niezmiennie urzeka mnie swoimi opakowaniami. Są pełne zabawnych i krótkich porad! Serio, dział marketingu świetnie się tam spisuje, brawka dla nich. Oprócz tego, że oprawa jest świetna, to same preparaty również. Balsam antycellulitowy z serii mum polecam z czystym sumieniem. Oprócz tego delikatny szampon do włosów farbowanych, który nie obciąża włosów, również zasługuje na pochwałę. Dodatkowo antycellulitowy koncentrat w sprayu z serii dermo to dla mnie hit! Seria dermo zahacza już o nieco wyższą półkę, ale moim zdaniem jest warta swojej ceny. Pamiętam też, że byłam zadowolona z kremu-mleczka antycellulitowego . Ostatnio zakupiłam również nawilżający krem pod oczy z bawełną i irysem, jak się sprawdzi - o tym przekonam się niebawem ;)

Wreszcie, na koniec: Biały Jeleń. Przyznam, że wypróbowałam ich produkty dopiero niedawno. Tutaj również duże ukłony należą się marketingowcom i innym piarowcom, ponieważ jakoś do tej pory marka ta kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z szarym mydłem, które jakoś nie powaliło mnie na kolana. Teraz jednak muszę przyznać, że ktoś solidnie się przyłożył, żeby odświeżyć wizerunek firmy. Do tej pory przetestowałam dwa preparaty i oba jestem skłonna polecić. Żel do twarzy z serii prebiotic, który delikatnie oczyszcza, ale przy tym ani nie podrażnia skóry ani jej nie wysusza. Nadaje się również do skóry wrażliwej i naczynkowej :) Drugi produkt to hipoalergiczny balsam do ciała, który łagodzi, ale także ekstremalnie nawilża. Wiem, co mówię, gdyż przyszedł mi z pomocą, kiedy to (chyba w wyniku szaleństwa ciążowych hormonów) moja skóra była tak wysuszona, że schodziła mi jak po wakacjach nad morzem. Olejek nawilżający nie pomógł, a balsam łagodzący owszem :)

A Wy macie swoje ulubione, sprawdzone, rodzime kosmetyki?