sobota, 29 października 2016

Halloween


#Śpisiowamama

Dawno, dawno temu, kiedy to nasi protoplaści mówili na chleb bep, a na księdza Zorro, a ich protoplaści drapali się kijem po tyłku próbując wykrzesać ogień w swojej glinianej jamie, wtedy to właśnie Celtowie próbowali wykminić jakby tu zrobić w konia złe duchy, co to straszą pod łóżkiem i ogólnie są odpowiedzialne za całe zło tego świata z gradobiciem, trzęsieniem ziemi i kokluszem włącznie;) Po długiej burzy mózgów i konkursie projektów doszli do tego, że najsprytniej będzie przebrać się za stracha, żeby inne strachy pomyślały, że to swój i dały mu święty spokój  (stąd przebieranki), a dla pewności, co by nie mieć wątpliwości i tak na wszelki wypadek stwierdzili, że warto jeszcze tym strachom jakąś szamkę załatwić, wszak wiadomo, że jak człowiek głodny to i zły  (stąd cukierek albo psikus). Jeśli natomiast rozchodzi się o nazwę, to objaśniam, co mi wiadomo w tej sprawie: 
Celtowie urządzali przebieranki w obawie przed tym, że duch babci zechce jednak przyjść i ochrzanić ich za to, że nie zjedli tej owsianki za dzieciaka, co to nad nią tak babcia stała. A duchy najczęściej przychodziły wraz z zakończeniem lata i początkiem pory roku zwanej #pizgazłem. Z czasem, kiedy religia chrześcijańska położyła swoją łapkę na Europie zaczął się rebranding. Ustanowiono zatem, że zamiast imprezki z przebierankami będzie imprezka na cześć wszystkich świętych. Ludzie to kupili, ale nie do końca. Bo owszem, 1. listopada świętują uroczystość Wszystkich Świętych, ale jednak przebieranki w wigilię Wszystkich Świętych pozostały. Notabene stąd też wzięła się nazwa Halloween. Ogólnie rzecz biorąc jest to efekt końcowy ewolucji słów All Hallows Eve (czyli po naszemu wigilia Wszystkich Świętych właśnie).

#Śpisiowamama

Tylko po co ja o tym w ogóle piszę? Ano po to, że co roku ten temat wraca jak nie przymierzając bumerang. Być może dlatego, że dziwnym trafem co roku 31. października wypada akurat w przeddzień Wszystkich Świętych...? Generalnie ubawiłam się setnie pismem naszego, toruńskiego kuratora oświaty, który w jakże wysublimowany sposób próbował przekonać nieprzekonanych, że Halloween to zło, a przy okazji delikatnie dać do zrozumienia nauczycielom i dyrektorom szkół, kto tu rządzi i kogo za sobą ma. Nieco już mniej subtelnie natomiast wprowadził pan kurator ferment na linii rodzic-dyrekcja szkoły sugerując, że rodzice maja pomóc szkole podjąć odpowiednią decyzję. Czyli ogólnie to wiecie, co macie robić... wszystko na mój koszt jak mawiał klasyk ;) Moim skromnym zdaniem bardzo nietrafioną była również uwaga, jakoby szczególnie zagrożone były umysły uczniów szkół specjalnych, którym to impreza Halloweenowa może tylko namieszać w głowie. Nie wiem, jakie źródła kazały tak przypuszczać autorowi pisma, ale moje twierdzą, że wszelkie formy aktywizacji, teatralizacji, sztuki, zabawy i działania (w tym właśnie przebieranki) mają raczej pozytywny wpływ na uczniów szkół specjalnych. Ale co ja tam wiem...

Inna sprawa, że kompletnie nie rozumiem, o co chodzi w tej całej nagonce na Halloween... Zupełnie jakbyśmy nie mogli przestać na chwilę się umartwiać i trochę zabawić. Oh wait! Jesteśmy w Polsce, tutaj nawet Dzisiaj w Betlejem śpiewa się na melodię Wisi na krzyżu. Mimo wszystko jednak argumenty przeciwników Halloween nie bardzo do mnie trafiają. 

No bo tak: 
Pogańskie święto! No tak, ale jak tak dobrze pomyśleć, to większość świąt jest pogańska tyle że odpowiednio zaadaptowana do wymagań chrześcijańskich. Ot taka choinka na przykład. 100% german w niej, ale w Bożym Narodzeniu nie przeszkadza. Swoją drogą ciekawi mnie, co na ten temat mówią w Brytyjskich kościołach?

Nie polskie to święto! Okeej. W takim razie zrezygnujmy też z Walentynek, bo nijak się one mają do polskiej tradycji. Zlikwidujmy jarmarki bożonarodzeniowe i letnie grille.

Gusła i zabobony. Serio? A Andrzejki to pies? Rozumiem, że andrzejkowe wróżby i zabobony to nie zabobony i nie mącą umysłów dzieci.

Komercjalizacja. Piniondz wszędzie, panie! No co zrobisz, takie czasy. Swoją drogą na zniczach też niemały zarobek ludzie mają, prawda? A odnośnie komercjalizacji to chyba najlepiej poczytać sobie, dlaczego strój świętego Mikołaja jest czerwono biały i jakiż tam produkt jest podstępnie ulokowany ;)

Spustoszenie duszy i umysłu. Na tenże gruby kaliber mam jeszcze grubszy: albowiem jakoś nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś był równie zatroskany o umysły i dusze młodych ludzi na przykład w trakcie karnawału albo juwenaliów. Wtedy to na potęgę możemy doświadczać wysypu żywych trupów, wampirów, Monster High i innych maszkar. Albo kolędnicy, wśród których można znaleźć i diabła... Ale rozumiem, że wtedy są spoko?

No i, w końcu, naczelny argument, że jak to, że to się nie godzi tak imprezować, podczas gdy nazajutrz taka refleksja i zaduma ma nadejść. I tego to już kompletnie nie rozumiem, bo nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Dlaczego pogodny nastrój i dobra zabawa jednego dnia mają wykluczyć wspomnienie drogich nam osób dnia następnego? A w ogóle to chciałam przypomnieć, że święto Wszystkich Świętych to w sumie radosne święto i tak na dobrą sprawę każdy z nas świętuje wówczas swoje imieniny (tak mi w podstawówce powiedziała pani od religii ;) ), a czas wspominek i żałoby wypada w Dzień Zaduszny przecież. No ale to już jak kto woli...

#Śpisiowamama

Wszystkiego dobrego z okazji imienin :D


wtorek, 18 października 2016

30


W ubiegłym miesiącu kopnął mnie zaszczyt świętowania urodzin :) Już po raz trzydziesty :D I, o dziwo, obyło się bez spazmów i płaczu ;) A dlaczego? Ano dlatego, że po prostu szkoda mi czasu na bezproduktywne użalanie się nad sobą ;) Owszem, zdarzył mi się epizod, kiedy to byłam o krok od uronienia krokodylej łzy nad swym nieuchronnym losem, ale wtedy to trafiłam na instagramowe fotki młodocianych dziewoj, które rozpaczały, że oto skończyły właśnie 20 (tak, słownie DWADZIEŚCIA ) lat.

Zdaję sobie sprawę, że są osoby (i to nawet sporo tych osób jest), dla których 25. urodziny to czas, kiedy kończy się świat, a po trzydziestce to pozostaje jedynie położyć się i czekać na śmierć;)

Żeby nie było tak kolorowo, to owszem i ja miałam takie przebłyski, że jak to? Przecież jeszcze niedawno uważałam, że ludzie po trzydziestce są starzy ;) Ale potem sama skończyłam trzydziestkę i doszłam do wniosku, że trzydziestolatki są spoko ;)

Z resztą już chyba do końca życia będzie tak, że dla jednych będę starą truflą, podczas gdy dla innych będę głupim szczylem.  Jak w piosence Hey, nikomu nie dogodzisz ;)

Zatem, jako rzecze Chandler Bing: "Lepiej mieć z górki, niż leżeć pod nią!"

Happy birthday to me!

poniedziałek, 10 października 2016

Śpisie

Jest blog? Jest! A skoro jest blog, to prędzej czy później musiał pojawić się taki wpis :) Cały myk polega na tym, ze bohater dzisiejszego wpisu długo nie był świadomy, ze sama, dobrowolnie postanowiłam podzielić się swoją skromną przestrzenią cyfrową ;) 

Moi drodzy Parafianie, przedstawiam Wam zatem Śpisie, czyli oryginalne, dziecięce gadżety, które łączą dwie rzeczy: wyjątkowość i filc.

Śpiś midi, model Stefan z mojej prywatnej kolekcji :)

Sztandarowy produkt Śpisiowejmamy to tytułowe Śpisie, czyli śpiące misie.  Występują one w trzech standardowych rozmiarach: mini, midi i maxi, ale oprócz tego dostępne są również śpisiowe zawieszki, które świetnie sprawdzają się jako breloczki :D Decydując się na Śpisia należy podjąć kilka kluczowych decyzji takich jak rozmiar, kolor i wzór filcu oraz imię, które ma być wyszyte na śpisiowym serduszku :) Świetnie sprawdzają się w podróży czy innych sytuacjach wymagających ekonomizacji miejsca, ponieważ mogą służyć zarówno jako przytulanka, jak i poduszka :D Śpisiowa zawieszka świetnie sprawdza się jako breloczek do kluczy :D odkąd go mam zniknął problem wysyłania misji ratunkowek w poszukiwaniu kluczyków od samochodu w torebce ;P


Idziemy jednak dalej, gdyż na tym śpisiowy asortyment sie nie kończy :) Ostatnio hitem dla mnie jest poduszka w kształcie śpisiowej główki :D Nie dość, że jest mięciutka i ładniutka, to jeszcze kilka razy uratowała mój sen podczas wizytacji rozmaitych gości, kiedy to okazało się, że nagły zalew domowych poduszek mi nie grozi ;) Od jakiegoś czasu jednak, ta poduszka świetnie sprawdza się podczas karmienia, a nie zajmuje tyle miejsca, co rogal czy kura :D Dlatego właśnie zabieram ją ze sobą na wszelkie wyjazdy i wizyty u lekarza ;)


Literki są ostatnio modnym dodatkiem pokoju dziecięcego, ale nie tylko :) W razie gdyby ktoś zapomniał, jakie imię nadał potomkowi, albo miał dość wiecznych pytań w tym temacie, filcowe literki spieszą z pomocą! Mało tego, Śpisiowamama jest na tyle elastyczna, ze może stworzyć imię dziecka, dorosłego, psa, kota i jakikolwiek inny dowolny napis ;)


Kolejny produkt, który skradł (nie tylko moje) serce jest przeznaczony dla najmłodszych, ale cieszy oko również tych starszych ;) Otóż, Jaśnie Wielmożny Pan Hrabia, dla znajomych Ted, dostał od Śpisiów przeurocze skarpeteczki-grzechotki. Są tak słodkie, że można je zjeść razem z nogami dziecka, bez popijania ;) Do tego grzechotki działają stymulująco na rozwój dziecka :D


Czas na produkt finalny. Nowość wśród nowości! Rzecz, którą jaram się po stokroć, a Ted jara się jeszcze bardziej. Serio, codziennie, kiedy na to patrzy, mam wrażenie jakby odkrywał ten gadżet od nowa.  Śpisiowy  mobil, bo o nim mowa, jest ciepłą bułeczķą  wśród śpisiowego asortymentu :) Jego prostota urzeka, a wykonanie zachwyca nie tylko malucha, ale także rodziców. To właśnie te filcowe gwiazdki oraz dyndający nad nimi księżyc na czerwono-białym sznurku wywołały pierwsze uśmiechy na twarzy mojego potomka oraz generują u niego szereg radosnych odgłosów wydawanych paszczą:D


Generalnie rzecz ujmując Śpisiową Mamę charakteryzuje ogromna elastyczność. U Śpisiów obowiązuje zasada: "Mówisz i masz!". W granicach rozsądku i dostępnych materiałów oczywiście ;)
Nie muszę Wam chyba pisać, że przetestowaliśmy już chyba całą gamę śpisiowych produktów i mogę śmiało zacytować komentarz pod jednym z wpisów: "Śpisie polecam dzieciom!" i nie tylko!


Na koniec mamy (Śpisie i ja) dla Was mały konkurs, w którym możecie wygrać śpisiową zawieszkę dla siebie i nie tylko! Po szczegóły  zapraszam na Fejsbuczka ;)

poniedziałek, 3 października 2016

NIE

I wtedy wchodzę JA. Cała na czarno! A dlaczego? Ano dlatego, że mamy strajk. Ogólnopolski strajk kobiet. I ja się tym moim wpisem do strajku przyłączam.

TAK. Przeczytałam projekt ustawy, bo nie wierzyłam, że to co słyszę w telewizji i internetach to prawda. A potem znowu ją przeczytałam, bo może jednak coś się zmieniło;)

NIE. Bo ani trochę ten projekt mi się nie podoba.

NIE. Bo nie można nikogo zmuszać do heroizmu. Zwłaszcza w takim kraju, jak nasz, gdzie ochrona życia poczętego trwa dziewięć miesięcy. Potem obowiązuje zasada: "jesteś dzieckiem bożym, radź se sama".

NIE. Bo nie podoba mi się opcja: "Dziecko z gwałtu - tak, dziecko wujka - tak, dziecko z in vitro - nie."

NIE. Bo po kolejnym, ewentualnym poronieniu nie chciałabym musieć spowiadać się prokuratorowi z tego czy aby na pewno nie pucowałam kibla domestosem za bardzo. Albo... musieć chodzić z obumarłym płodem w brzuchu, bo lekarz nie chcąc ryzykować swojej kariery nie przepisze mi tabletek poronnych.

NIE. Bo dla mnie zbyt mało precyzyjne są słowa MOŻE ODSTĄPIĆ OD WYMIERZENIA KARY i BEZPOŚREDNIE ZAGROŻENIE ŻYCIA. Ordo Iuris może sobie nawet wytapetować swoją stronę infografikami, ale zapis pozostanie zapisem, a jego interpretacja wciąż pozostanie w gestii prokuratury i sądu. I sorry, ale w kraju, w którym bardziej opłaca się wyrzucić jedzenie z nadprodukcji niż je oddać potrzebującym, uważam, że wszystko jest możliwe.

NIE. Bo uważam, że człowiek powinien mieć wybór.

Także sorry, ale NIE.


piątek, 12 sierpnia 2016

Czarna trzynastka


Kiedy jakieś siedemnaście lat temu poznałam Kolegę Małżonka dźwięk jego imienia przyprawiał mnie o charakterystyczny i jakże subtelny, nastoletni rechot. Co nie omieszkała wypomnieć mi moja własna, rodzona matka, kiedy jej wyznałam, że synowi naszemu nadamy imię Tadeo ;) Ale wróćmy do meritum:

ON był chudy i szczurowaty, JA atrakcyjna inaczej i gdyby wtedy ktoś oznajmił mi, że to właśnie ON będzie ojcem mego dziecka, zeszłabym niechybnie od nadmiaru śmiechu. Spotykaliśmy się, można rzec, w miarę regularnie, gdyż oboje działaliśmy aktywnie w organizacji młodzieżowej zwanej Związkiem Harcerstwa Polskiego ;) Zatem wiadomo, jak to u harcerzy, zbiórki, apele, obozy, biwaki... No ogólnie często się widywaliśmy,a mimo to każde patrzyło w inną stronę ;) Ja bardziej w stronę arcyprzystojnego kolegi (z tego miejsca pozdrawiam Cię, Mati), a on bardziej w stronę mej serdecznej przyjaciółki  (pozdrawiam Cię, Małgosiu ). I tak sobie patrzyliśmy, każde w swoją stronę dopóki kilka lat później nie spotkaliśmy się u naszej wspólnej koleżanki na imprezie urodzinowej :D Ach, cóż to była za historia! Ja wystawiona do wiatru przez ziomka ze szkoły (pozdrawiam Cię, Damianie), a on mający dziewczynę  (pozdrawiam Cię, Zuzanno). Logiczne, że i tym razem nam nie wyszło. Jednak trafił nam się chyba wyjątkowo uparty Amor, bo chociaż wymieniliśmy się numerami telefonów! 

Bujaliśmy się z tymi numerami chyba z rok, aż w końcu umówiliśmy się na niezobowiązujące piwko. No wiadomo, że niezobowiązujące piwka są najlepsze,  bo potem okazuje się, ze do czegoś tam jednak zobowiązują i wcale na jednym się nie kończą ;)

Całe dwa tygodnie przetrwał nasz związek, kiedy to w swej butności postanowiłam, że to chyba jednak nie to i zdecydowałam o przerwie. Jak jednak wiadomo, coś takiego jak przerwa od związku nie istnieje i albo się w nim jest, albo nie. Zatem w ten czas stwierdziłam, że jednak nie :P Ten nasz Amor prowadzący ma jednak ewidentnie płacone za godzinę, bo po półtora roku znowu wybraliśmy się na niezobowiązujące piwko i jeszcze bardziej niezobowiązujący koncert. Tym razem chyba wszystko było bardziej zobowiązujące, gdyż jesteśmy zobowiązani tak do dziś.

W tak zwanym międzyczasie wzięliśmy ślub.  Nie dlatego, że jesteśmy jakoś bardzo wierzący, ale głównie dlatego, że mama mi kazała ;) No i chyba, jak prawie każda dziewczynka, marzyłam o mega imprezie na moją cześć, na której wystąpię w ekstra kiecce za marsjańskie dolary. Wychodząc za mąż byłam, zdaje się, nielichym ryzykantem ;) Oboje byliśmy bezrobotni (on dopiero co stracił robotę, a potem znów stracił robotę i znów... a przede mną był ostatni rok studiów i zbezczeszczony plan o tym, że przecież do chwili otrzymania dyplomu miałam być radosną utrzymanką ;) ), nie mieliśmy tez za bardzo gdzie mieszkać i tym bardziej za co. A jednak się udało i już właściwie po roku mogłam pokazać życiu fakersa niczym Agnieszka Chylińska. Kolega Małżonek z bezrobotnego stał się robotnym, ja w ostateczności nie zostałam utrzymanką i któregoś dnia jak na szczęśliwych konsumentów przystało zaczerpnęliśmy ze źródła kredytów hipotecznych i związaliśmy się świętym węzłem bankowym, którego pęta silniejsze są chyba niż te kościelne;) Serio, ilekroć zostanę przez Kolegę Małżonka zainspirowana do poszukiwania prawnika rozwodowego, przypominam sobie o tym kredycie i jakoś mi przechodzi ;)

Gdyby jeszcze ktoś tego nie zauważył, to nie jesteśmy idealną parą. Jemu po wypiciu kilku głębszych z buzi nie pachnie szachami, a ja po przebudzeniu nie wyglądam jak gwiazda filmowa. Mimo szerokiej wiedzy psychologiczno-pedagogicznej i faktu, że mogłabym niemal zamieszkać w Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to często teoria pozostaje teorią, a mnie i tak dopadnie trójka Drombo, czyli szlag, foch i PMS. Myślę, że z powodzeniem można stwierdzić, że jesteśmy siebie warci. Każde z nas ma coś za uszami. Może niekoniecznie w tej samej dziedzinie, ale to przecież nie szkolny system wagowy, żeby licytować się, kto za tymi uszami ma więcej;) Zwłaszcza, ze on ma większe uszy, więc logiczne, że ma więcej;)

Tymże rozpasanym tekstem chciałam się pochwalić, że oto stuknęła nam właśnie szósta rocznica ślubowania, które złożyliśmy sobie w piątek, trzynastego około godziny szesnastej. Czasem było pechowo, a czasem nie ;) Zobaczymy, jak to się wszystko dalej potoczy ;) Trzymajcie kciuki :D Wasze zdrowie!




P.S. Zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, jeśli masz chęć, napisz do mnie, a podam Ci namiary na autorkę ;)

środa, 10 sierpnia 2016

Mama

www.yoanna1992.pinger.pl

Pewna mama była słaba, 
Więc przychodzi do doktora
I powiada, że jest chora.

Doktor włożył okulary,
Chociaż nie był nazbyt stary. 
Dokumentnie mamę zbadał 
No i wreszcie tak powiada:

Pani za nadto się poci,
Niech Pani unika wymiocin.
Niech Pani dziecka nie kąpie,
Bo Pani kręgosłup znów tąpnie.
Niech Pani skłonów unika,
Niech syn na Panią nie sika.
Niech Pani oszczędza kolana, 
Niech Pani, Pani kochana
Na siebie hucha i dmucha,
Najlepiej zastygnie w bezruchu!

Wraca mama od doktora,
Myśli sobie: "Jestem chora!"
A doktora chora słucha...
Jakże tylko tkwić w bezruchu?

Leczyła się mama, leczyła.
W bezruchu zaś długo nie tkwiła.
Jak głosi bowiem wieść gminna,
Taka mama to postać fikcyjna!

poniedziałek, 25 lipca 2016

Kawa? Ciepła? Poproszę!


Bycie rodzicem to niesamowita sprawa, te buźki, te stópki, te śmieszki, heheszki... no po prostu miód malina! Ale są takie momenty w zyciu rodzica, kiedy tęskny wzrok sam odlatuje w stronę dorosłych uciech ;) Owszem, są rodzice, którzy zarzekają się, że tylko i zawsze dziecko i najchętniej 48 godzin na dobę by z nim spędzali ;) Oficjalnie zazdroszczę takim ludziom, a nieoficjalnie zawsze zastanawiam się, co jest z nimi nie tak? Albo ze mną;) Tak czy inaczej, jako zwilenniczka filozofii: "szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko" staram się znaleźć czas na dorosłe uciechy w stylu fryzjer, kosmetyczka, fitness czy po prostu ciepła kawa;) Oto moje na to sposoby :D

1. Taki charakter 
Na temperament nic, Pan, nie poradzisz. Syn mój, prawdopodobnie po obu dziadkach, ceni sobie spokój duszy. To z kolei sprawia, że jest mało konfliktowy i raczej wyluzowany;) Mało tego, zdaje się, że jeszcze bardziej niż spokój ceni sobie dobry sen, co praktykuje powszechnie. Te dwie cechy czynią go bardzo lubianym bobasem i sprawiają, że ludzie często i z chęcią wokół niego przebywają;)



2. Drugi człowiek 
W moim przypadku jest to Kolega Małżonek, ale może też być to ktokolwiek: konkubent, partner, przyjaciel czy jakiś inny rodzaj współspacza ;) Wychodzę z założenia, ze zwany bardzo formalnie ojciec dziecka łachy nie robi opiekując się swoim wlasnym potomkiem :) W końcu to jego prawo i obowiązek ;) Jeśli akurat współspacza brak, to myślę, że od czasu do czasu warto poprosić kogoś z zewnątrz. Ja już dawno powinnam złożyć jakąś ofiarę dziękczynną za chętnych i bezpośrednich, a przy tym dyspozycyjnych dziadków :D

3. Rutyna
Tutaj będzie kontrowersyjnie, bo oto wyłamuję się z trendu ortodoksyjnego nurtu rodzicielstwa bliskości i wprowadzam w domu tresurę (jak to niektórzy nazywają). Otóż mając w domu małe aniele skrzyżowane z leniwcem, które od samego początku trzeba było obudzić żeby nakarmić, pozwoliliśmy sobie wprowadzić stały plan dnia. Oznacza to, ze Młodzież karmi się co trzy godziny. Oczywiście nie z zegarkiem w ręku, albowiem łaskawie dopuszczam tu wariacje w temacie ;) Oprócz tego, że posiłki są serwowane co trzy godzinki, to jeszcze po nich następuje konkretna sekwencja, czyli jedzenie, zabawa (tudzież rozrywka, jak np. zmiana pieluszki;) ), a kiedy pacjent się zmęczy, wtedy przycinamy komara :) Taki plan pozwala mi zaplanować dzień i zaaranżować od czasu do czasu samowolne oddalenie;)



4. Laktator
Dzięki niemu mogę udać się na samowolne oddalenie nawet na dłużej;) albo po prostu scedować wieczorne karmienie na Kolegę Małżonka :D


5. Chusta
Magiczny sposób na uwolnienie górnych kończyn, a przy okazji na pobycie trochę razem. Również dobra na małe i duże smuteczki, cierpienia poszczepienne lub też zwyczajne marudne wtorki;) Polecam również na spacery z psem! Mój już jest zaprogramowany i kiedy tylko widzi jak się motamy, już macha ogonem na myśl o zielonej trawce. I żeby była jasność: chusta dobrana po rozmowie z certyfikowanym doradcą i noszona po kilkugodzinnym spotkaniu z takową, a nie tam żadne jutubowe szkolenia. Noszenie dziecka w chuście to nie wymiana pedałów w rowerze, żeby polegać na samych tutkach w internecie.



6. Mikrofalówka
Są takie dni kiedy nawet aniołki nie ogarniają, współspacza nie ma w domu, babcia z dziadkiem są akurat zajęci i ogólnie średnio wszystko idzie. Wówczas na ciepłą kawę raczej nie ma szans, bo właśnie w połowie drogi tyłka na sofę, kanapę czy miękki fotel, dziecko akurat zaczyna płakać, a wtedy, jak mawia Adaś Miauczyński dupa z pisaniem, chu... z poczytaniem. W takie dni kawkę serwuję sobie w ratach, a jej ciepło mogę łatwo i szybko odzyskać za pomocą mikrofalówki;)



Dziękuję za uwagę i przepraszam za przerwę w lekcji ;)


P.S. Powyższe fotki pochodzą z mojej osobistej galerii, jeśli któraś Ci się spodoba i zdecydujesz, że musisz ją mieć, poproś o udostępnienie, albo chociaż podlinkuj jej źródło ;) Peace!