czwartek, 3 grudnia 2015

Matko kochana!

www.galerialawenda.pl


Na nieco ponad miesiąc przed pójściem na urlop postanowiłam jechać z dzieciakami na biwak! A co mi tam! Brzuch jeszcze nie taki duży, więc można. Poza tym lubię te moje dzieciaki, chociaż mają ogromny potencjał i potrafią krwi napsuć ;) Do tego nie jedziemy jakoś specjalnie daleko (właściwie nawet nie ruszamy się z miasta :P), więc jadę! 

Dzieciaki w pełnej ekscytacji, bo to biwak z noclegiem, więc frajda ogromna. Niestety nie dla wszystkich. Kilka dni przed biwakiem jedna z mam bije na alarm. Okazuje się, że oto ona właśnie musi koniecznie jechać z nami, bo inaczej jej syn nie będzie chciał zostać na noc. Z mojej strony pojawia się szok i niedowierzanie, bo przecież Młody ma już prawie dziesięć lat. Jednak okazuje się, że taki jest fakt i mimo tego że dziecię doskonale ogarnia ileśtam poziomów w GTA (zdaje się, że PEGI 18 to tylko ogólne wytyczne ;) ), zna położenie planet w Układzie Słonecznym i kilka innych głupot bez znaczenia, to samo spać nie będzie... 


Cóż, jak pokazało życie, jednak spało, ale mama zużyła chyba przy tym całą buteleczkę nerwosolu, czy jakiegoś innego specyfiku na ukojenie nerwów ;)
Po wszystkim, rano, kiedy odśpiewałyśmy z koleżanką nad Młodym peany na cześć jego odwagi i męstwa, on był bardzo zdziwiony i nie za bardzo wiedział, o co ten cały krzyk ;) 


Jaki z tego morał? Moim zdaniem dość prosty: to nie dziecko ma problem ze spaniem bez mamy, tylko mama ma problem... Na pewno ma ku temu swoje powody i na pewno sytuacja jest bardziej złożona niż może się wydawać, ale... Przecież matka nie może całe życie trzymać swojego dziecka za rękę. Oczywiście, że łatwo mi mówić, bo mój syn jest zaledwie średniej wielkości bananem wierzgającym w moim brzuchu. Mimo wszystko wiem, że już nie długo to się skończy, więc już teraz stoczyłam ze sobą wewnętrzną dyskusję i zapowiedziałam Vincowi, że jeśli zauważy u mnie przerastający syndrom matki-kwoki, ma mnie natychmiast pacnąć w łeb!


Życia za nikogo nie przeżyję, nawet za swojego Teda i wiem, że będę musiała patrzeć na to, jak mniej lub bardziej sprawnie radzi sobie beze mnie, bez NAS. Na pewno nie będzie lekko, ale mam nadzieję, że damy radę :D

www.pixabay.com

niedziela, 22 listopada 2015

Rainbow Baby

www.keepcalm-o-matic.co.uk

Jest druga połowa listopada, w telewizorni hucznie wybrzmiewają kolędy i inne Christmas Songi ;) Hipermarkety zasypują mnie tonami makulatury, spośród której powinnam już wybierać świąteczne prezenty. Pod galerią stoi już choinka i lada dzień rozświetli się zimowa iluminacja na starym mieście...

W tak pięknym świątecznym klimacie przyszło nam z kolegą małżonkiem oczekiwać na połówkowe USG, które miało odsłonić przed nami tajemnicę Sagali pod tytułem: Chłopiec, czy dziewczynka? ;) W pracy zdania podzielone, w rodzinie jakby mniej, chiński kalendarz dołożył swoje, ale tylko lekarz prawdę ci powie!

Wygląda na to, że będzie chłopak.- te słowa wywołały u mnie uśmiech ogromny jak księżyc pod tyłkiem pana Twardowskiego. Wiedziałam! Po prostu czułam to! Test z matczynej intuicji zdany na piątkę, certyfikat dostanę po ukończeniu dożywotniego kursu ;P 
www.pixabay.com

Warning! Przed przeczytaniem dalszej części przestrzegam, gdyż może być ona gęsto usłana ckliwymi frazesami! 

Wracając od lekarza na niebie zobaczyłam tęczę (tak, tęczę i tak, w listopadzie). Nie chodzi tu wcale o to, że jestem jakąś fanką znaków, czy coś w tym stylu, a jednak uśmiechnęłam się. Przypomniało mi się, że przecież mój syn będzie tak zwanym Rainbow Baby . Nie ma dnia, w którym bym nie myślała o moim pierwszym dziecku. Zwłaszcza w listopadzie, bo to właśnie na trzeciego listopada przewidywany był termin. Być może dlatego czasem łapię się na tym, że zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało, gdyby sprawy potoczyły się inaczej... Jednak ponieważ nie jestem z tych, którzy lubują się w dywagacjach z cyklu: co by było, gdyby, szybko ląduję w sprawach teraźniejszych ;) Mimo wszystko podczas każdej wizyty u lekarza towarzyszy mi to dziwne uczucie i przypominam sobie ten strach, z którym siedziałam w poczekalni pierwszego kwietnia. Mimo, że teraz wszystko jest w porządku, za każdym razem, kiedy Pan Doktor marszczy brwi przed monitorem USG, wraca do mnie to okropne uczucie, że coś jest nie tak... Na szczęście jednak zawsze udaje mi się jakoś odpędzić te głupie uczucia, a Pan Doktor zawsze z uśmiechem zapewnia mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Mimo wszystko uważam się za ogromną szczęściarę :D Bardzo się cieszę, że Ted jest z nami :) Takie nasze małe Rainbow Baby :)


 www.birthwithoutfearblog.com

poniedziałek, 26 października 2015

Brudna robota

Szanowni Państwo, dziś w poście z cyklu DIY przedstawiamy przecudnej urody, hipsterski makeover balona i kawałka bawełnianego sznurka (zwanego kordonkiem) przez wtajemniczonych zwanym cottonballs :)

Uprzedzam, będzie brudno i śmierdząco i niezbyt lekko, przynajmniej na początku ;) ale efekt jest rewelacyjny!


Na początek potrzebne rzeczy:

- kordonek (jeden wystarczył na wykonanie 16 niezbyt gęsto uplecionych kulek)

- vicol (0.2 kg rozdrobnione z wodą 2:1 wystarczyło na 20 kulek) 

- balony (lepiej wykorzystać balony na wodę, ponieważ klasyczne delikatnie nadmuchane wyglądają jak łezki) 

- nożyczki (ostre, ale może niekoniecznie bardzo reprezentacyjne, bo bardzo się uświnią ;)) 

- linka i klamerki (kulki będą sobie wesoło dyndać podczas schnięcia ;) )



Produkcja cottonballsów przebiega następująco:

Krok 1: dmuchamy balony do upragnionej wielkości 
















Krok 2: nawijamy kordonek na palce. Najlepiej zawijać ósemki na kciuk i palec wskazujący. Kiedy już się z tym uporamy, staramy się za wszelką cenę nie zgubić końcówki ;) 

Krok 3: moczymy nawinięty kordonek w roztworze kleju











Krok 4: nawijamy kordonek na balon
Krok 5: kroki 2-4 powtarzamy tak długo, aż uzyskamy pożądany efekt. W zależności od koncepcji, kulki mogą być rzadko lub gęsto uplecione :D













Krok 6: czekamy aż klej wyschnie. Trochę to potrwa, ale kiedy to się stanie i kordonek się usztywni, możemy przebić balony i delikatnie wyciągamy je z bawełnianej plątaniny :)






































Krok 7: w otworkach po balonach umieszczamy lampki, zapalamy i... GOTOWE!!!



sobota, 3 października 2015

W co się bawić ... ?

 www.misiespisie.pl



Kreatywne dzieci to skarb, a ze skarbem wiadomo, co trzeba zrobić ;) Jeśli chodzi o moje osobiste dzieciństwo, to myślę, że kreatywności nie można nam odmówić. My, czyli trójka Drombo (czy ktoś to jeszcze pamięta?!) w składzie: moja młodsza siostra, kuzynka i ja. Skutkiem naszej kreatywności były, między innymi: kilogramy rozbitej, babcinej ceramiki, litry zmarnowanego płynu i mydła, smugi na kafelkach, zarwane łóżka, porysowana podłoga i fotele. Drobnych urazów oczywiście nie liczę ;) Skąd zatem te wszystkie ofiary? Są to oczywiście skutki dziecięcych zabaw :)

Babcina ceramika ucierpiała podczas zabawy w Fikusie. Zabawa ta była zainspirowana dwoma maskotkami, które dostałyśmy nie pamiętam już od kogo. W każdym razie, od początku trudno było określi przynależność gatunkową naszych maskotek. Trochę przypominały misie, trochę pieski, jednak żadna z cech nie przeważała. Maskotki zostały nazwane fikusami, z pewnością dlatego, że były fikuśne ;) Zabawa w fikusie była prosta, każda z nas była fikusiową rodziną. Miałyśmy swoje domki i naturalne bogactwa, które służyły do wymiany (fikusie nie używały pieniędzy, w ich miasteczku panował handel wymienny ;) ). Jednak w fikusie można było bawić się tylko w domu babci i dziadka. Dlaczego? Ponieważ byli oni (do dziś są!) w posiadaniu dwóch, niezbędnych do tej zabawy rzeczy! Pierwszą z nich jest czaderski (dziś hipsterski) półkotapczan, ze szklaną witryną i wspaniałą funkcją ekstra: dwoma rozkładanymi biurkami (Gimby nie znają, nie ma szans!)! Pod tymi właśnie biurkami miałyśmy swoje domki. Drugą zaś rzeczą była wspomniana już ceramika, czyli przeróżne zestawy kubeczków, filiżanek, karafek, dzbanuszków, wazonów, itp. Żadna kawa nie smakowała tak wybornie, jak nasza, wyimaginowana kawa z tamtych lat. Fikusie oczywiście miały różne przygody, co zaowocowało uszczerbkiem w domowym wyposażeniu ;) Pamiętam także, że porysowałam dziadkom płytę w półkotapczanie. Nie dało się jednak tego uniknąć, ponieważ klocki jenga służyły nam jako zapałki, a wspomniana płyta była jak wielka płyta siarkowa ;)

Fikusie :) fot. archiwum prywatne :)

Szybko okazało się, że fikusie to tylko przedbiegi ;) Jednak oprócz zabaw rodem z RPG byłyśmy także bardzo pomocne w … łazience! Kolejnym naszym wymysłem była watka-klatka (proszę docenić rym!). Watka-klatka to nic innego jak piana, do której zrobienia zużyłyśmy litry zielonego Ludwika (innego jeszcze wtedy nie było ;P) i jeszcze więcej wody. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od przygotowania zwykłych baniek mydlanych. Najwyraźniej jednak szybko nas to znudziło i postanowiłyśmy zrobić wielką pianę w wannie. Wówczas któraś z nas wpadła na genialny pomysł wyszorowania płytek łazienkowych. Pamiętam, że następnego dnia rano ciocia zastanawiała się, skąd wzięły się smugi na jej jaśniutkich kafelkach… ;P Równie zastanawiająca była dla wszystkich dorosłych zagadka znikającego płynu do mycia naczyń ;)

www.pixabay.com

Myślę, że zarwana kanapa nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem dzieciństwa. Sprężynowe tapczany i kanapy same się prosiły o skakanie na nich. My czyniłyśmy to podczas rodzinnych spotkań tak długo, dopóki ktoś z dorosłych się nie zorientował ;) Pamiętam też, że kanapy i fotele ucierpiały podczas moich zabaw z przyjaciółką z podstawówki. Bawiłyśmy się wtedy w Fort Boyard znany nam tylko z opowieści, bo pora emisji była tak późna, że nie było opcji wytrwać i obejrzeć na własne oczy ;) Wymyślałyśmy sobie różne zadania, a jednym z nich były stawy z piraniami umieszczone na podłodze pokoju. Trzeba więc było zręcznie skakać z kanapy na tapczan, fotel, krzesło, czy co tam było pod nogami, byle nie skoczyć na podłogę ;) Nic więc dziwnego, że sprężyny nie wytrzymywały… ;)


Jak już pisałam, kreatywne dzieci to skarb… Z pewnością nasze kreatywne pomysły pozbawiły naszych rodziców nie jednego włosa na głowie i nierzadko spędziły sen z powiek. Mimo wszystko, mam nadzieję, że moje dziecko będzie równie kreatywne, a mi nie pozostanie nic innego, jak porządnie ubezpieczyć mieszkanie i wprowadzić tą kreatywność na odpowiednie tory ;)
www.pixabay.com

czwartek, 27 sierpnia 2015

DYSkusja

www.pixabay.com

Wokół specyficznych trudności w uczeniu się (bo tak właśnie określa się dysleksję i jej przyjaciółki) narosło wiele pytań i wątpliwości. Skąd się biorą? Skąd (nagle) taki wysyp? Wreszcie pojawia się mój ulubiony komentarz: "Za moich czasów tego nie było! Jak komuś w szkole nie szło, to trzeba było przysiąść i się nauczyć!"

Zacznę więc od tego ostatniego:
Otóż za moich czasów, jeśli na WFie dzieciak nie zasuwał jak Perishing  i nie zmieścił się w przewidzianym ustawowo czasie, dostawał jedynkę. To samo spotkało go, kiedy nie trafił do kosza, nie zrobił w minutę pięciuset pompek, albo nie wykonał z odpowiednią gracją układu akrobatycznego. Czy to oznacza, że dziecko było niepełnosprawne? Bynajmniej! Wiadomo, że każdy jest dobry w czymś innym i nie można wymagać od niskiej osoby żeby fruwała pod koszem jak Michael Jordan. 

Podobnie jest ze specyficznymi trudnościami w nauce. Jedni mają większe możliwości, inni mniejsze.
Gwoli ścisłości: specyficzne trudności w uczeniu się to zbiór zaburzeń występujących w układzie nerwowym. Najczęściej mówi się o zaburzeniach występujących w neuroprzekaźnikach ponieważ zaburzenia dyslektyczne to zaburzenia na linii oko - ręka. Nie chodzi tutaj o niepełnosprawność, bowiem osoba z takim zaburzeniem ma na ogół sprawne ręce i dłonie. Zna doskonale wszelkiego rodzaju definicje, litery, cyfry, znaki, itp. Jednak poprzez błąd występujący w neuroprzekaźnikach nie jest w stanie poprawnie czegoś napisać, opisać, obliczyć, czy przeczytać. Nie chodzi tu tylko o błędy ortograficzne, czy przestawianie liter w wyrazach. Dyslektycy bardzo często mają ogromne problemy ze skomponowaniem dłuższej wypowiedzi pisemnej, czy ustnej. Problemy sprawia im także zapamiętywanie materiału, czy zrozumienie złożonego polecenia.

www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się występują już u najmłodszych. Ich rezultatem może być problem z nauką czytania, a później z czytaniem ze zrozumieniem. Mają zaburzony słuch fonematyczny, czyli kłopoty z prawidłowym rozróżnieniem głosek, które pozwala składać głoski w logiczną całość (wyrazy). Problem z analizą i syntezą wyrazów (dzielenie wyrazów na sylaby oraz składanie sylab w wyrazy). Dyslektycy mogą mieć problemy z orientacją w przestrzeni (lewo-prawo, przód-tył) a także z przejrzystym pismem. 
Tyle w kwestii przebiegu dysleksji rozwojowej...

Teraz kolej na: "Za moich czasów... "
Otóż, może i za moich czasów tego nie było, ale za tych moich czasów nie było też internetu, Facebooka, smartfonów, samochodów z klimatyzacją i dronów. O selfie już nawet nie wspominam ;P Za tych samych czasów nie było także alergii, depresji, prokrastynacji i lęków. Czy to oznacza, że skoro kiedyś czegoś nie znaliśmy, to znaczy, że tak ma być teraz? Czy może tylko dlatego, że o czymś nie wiedzieliśmy albo nie umieliśmy tego zdiagnozować, to znaczy, że tego nie było? Czy postęp jest zarezerwowany tylko dla techniki i lekkiej rozrywki umysłowej?

Rozwój (na szczęście) dociera do wszystkich dziedzin nauki, również biologii, chemii i psychologii. Dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. Możemy również dowiedzieć się, kiedy coś w nim jest nie tak. Takie życie ;)

Teraz kwestia "skąd TO się bierze...?"
Dysleksja rozwojowa może być zarówno wrodzona, jak i nabyta. Jeśli któreś z rodziców boryka się z takim zaburzeniem, istnieje prawdopodobieństwo, że ich dzieci, również spotka podobny los.
Niestety, nawet jeśli rodzice nie mieli żadnych problemów z uczniem się, nie gwarantuje to jednak, że ich dzieci również nie będą ich miały. Trudności w uczeniu  się mogą mieć także swoje źródło w zmianach anatomicznych zachodzących w okresie ciąży, porodu oraz w zmianach uwarunkowanych środowiskowo. Kiedyś doszłam do wniosku, że być może jest to cena, jaką płacimy za postęp i nasze wygodne życie.

Podobnie jak większość obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków połowę swojego dzieciństwa spędziłam na podwórku. Biegaliśmy wtedy po drewnianych konstrukcjach i zwisaliśmy, jak małpki z metalowych drabinek. Dziś takie sprzęty są niedopuszczalne, nieatestowane i niebezpieczne! Pomogły nam one jednak stymulować rozwój. To właśnie na tych śmiertelnie niebezpiecznych drabinkach ćwiczyliśmy utrzymywanie równowagi, stymulowaliśmy błędnik i rozwijaliśmy koordynację wzrokowo - ruchową. Razem z nami rozwijały się nasze mięśnie (w tym tak ważna obręcz barkowa), a także nasz mózg! Po powrocie do domu trzeba było popracować nad motoryką małą kręcąc kurkami w kranie i myjąc ręce mydłem w kostce. Wszystkie dzieci w zerówce potrafiły wiązać buty, a jazda na rowerze bez trzymanki nie była nam obca. Niestety teraz w kranach mamy mieszadła, a mydło spływa wprost na nasze dłonie, wystarczy tylko podłożyć ją w odpowiednie miejsce. Drabinki już dawno zniknęły, sąsiedzi sumiennie pilnują, żeby dzieci nie wchodziły na trawnik (o drzewach już nie wspomnę!). Buty są na rzepy, więc nie trzeba umieć wiązać, a sztywne palce dzieci doskonale nadają się do scrollowania.
www.pixabay.com

Trudności w uczeniu się mogą przytrafić się każdemu dziecku, bez względu na jego poziom intelektualny. Jestem jak najbardziej za ich wczesnym wykrywaniem (już na pierwszym etapie edukacji można stwierdzić, czy dziecko jest zagrożone dysleksją, czy nie), jednak badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej nie mają na celu dostarczenia rodzicom papierków, dzięki którym dziecko będzie inaczej oceniane lub będzie miało więcej czasu na sprawdzanie. Na tym papierku znajdują się bowiem nie tylko zalecenia dla nauczycieli, ale (przede wszystkim!) zalecenia dla rodziców. Skutki dysleksji rozwojowej można (i trzeba) niwelowac. W ten sposób mamy szansę wychować, zdrowe, sprawne i pewne siebie dziecko, które śmiało wkroczy w dorosłość.

http://liceum.magellanum.edu.pl

Materiał napisany na podstawie:

Jaworska M., Uczeń ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się na lekcji języka obcego a ocenianie. Języki Obce w Szkole, 2012

www.ptd.edu.pl 

środa, 12 sierpnia 2015

Pamiętnik z czekania cz. III

www.pixabay.com

Dzień 8.

Drogi pamiętniczku…
dziś mam ewidentnie dobry dzień :) Udało nam się zarezerwować pokój nad morzem :D Jest szansa, że tam się trochę ogarnę i wyluzuję :) Morze jest super! W ogóle (zupełnie nie wiem, dlaczego) zbiorniki wodne działają na mnie bardzo relaksująco. Niedawno byliśmy z kolegą małżonkiem w domku nad jeziorem i było bajecznie. Być może jest tak, że woda wyciąga ze mnie stres ;)


Dzień 9.

Drogi pamiętniczku…
jestem na fali! Dziś są urodziny mojej ukochanej Siostruni! Będzie impreza :D Od rana głowę zaprząta mi tylko to (no może jeszcze parę innych spraw, ale to najbardziej). Szykujemy dla niej prezent-niespodziankę. Na pewno się spodoba, w końcu sama mi o tym powiedziała… Któregoś dnia podczas obiadu u Rodziców wyszłyśmy na balkon i tam przyznała mi się… Nie myślałam, że ulegnie magii tego urządzenia, ale z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że sekretnie przyznaję jej rację… „Ten iPhone jest naprawdę spoko, wiesz…”.  Nie było innej rady, jak ogłosić kolektę i zakupić. Oczywiście białego ;D


Dzień 10.

Drogi pamiętniczku…
impreza była super :D Świetnie się bawiliśmy, były tańce, hulanki, swawole! Siska wybrała rewelacyjne miejsce :) Wszyscy (pisząc wszyscy mam oczywiście na myśli wszystkie dziewczyny) zachwycały się moją szarą tiulową spódnicą. Musisz wiedzieć, pamiętniczku, że nie jest to byle spódnica, jak ten szary badziew z Reserved pod tytułem podszewka i dwie warstwy tiulu na krzyż (pfff). Moja spódnica ma tyle warstw, że podszewki nawet nie widać (ha!)! Nawet kolega małżonek powiedział, że wyglądam jak Carrie Brashaw! Dziś kolejna impreza, tym razem rodzinna! Zum Wohl…!


Dzień 11.

Drogi pamiętniczku…
spotkało mnie coś niesamowitego! Zostanę matką chrzestną! Mojej własnej prywatnej i w dodatku pierwszej siostrzenicy (bo jak nazwać córeczkę siostry ciotecznej? Ha! Teraz to proste: chrześniaczka!). Jestem taka szczęśliwa, wdzięczna, dumna i w szoku jednocześnie :D Aż sama się sobie dziwie ;P Sama myślałam, że będzie gorzej, bo tak akurat się złożyło, że z Quzynką razem byłyśmy w ciąży. Nawet umawiałyśmy się już na wspólne spacery (co nie jest tak oczywiste, bo mieszkamy w różnych miastach ;P), między naszymi maluchami mały być cztery miesiące różnicy. Ale… wyszło jak wyszło i będzie więcej ;) Wszyscy (łącznie ze mną :P) zastanawiali się, jak ogarnę narodziny małej Ninjy. Na szczęście dałam radę :D Mniej więcej jak Phoebe i Rachel z Friends’ów, kiedy Monica i Chandler się zaręczyli (I’m 90% happy and only 10% jealous :P). Jednak kiedy zobaczyłam małą Ninję zniknęło nawet te 10% :D Jestem tak szczęśliwa, że w drodze powrotnej omawiałam z kolegą małżonkiem najlepszy prezent na chrzciny :P


Dzień 12.

Drogi pamiętniczku…
czuję, że nic z tego nie będzie. Olałam kolejny test, a on się na mnie wypiął jedną kreską. Nie boli mnie nic poza brzuchem, co chyba oznacza rychły przyjazd ciotki, a to z kolei oznacza, że w moim brzuchu nic się nie zadziało… Nic. Nothing. Nix. Nada… trochę qwa szkoda. Szkoda też tych wszystkich mojito virgin… Coś czuję, że jak ta ciotka przyjedzie, to będzie płacz i zgrzytanie zębów… Szanowny małżonku, szykuj się!

Dzień 13.

Drogi pamiętniczku…
kolega małżonek (podświadomie, acz dla swojego dobra) funduje mi rozrywki, żebym nie myślała sobie za dużo w tym oczekiwaniu. Dziś wybraliśmy się do teściów i spędziliśmy cały dzień na świeżym powietrzu :) Małżonek skosił trawę, ja wypielęgnowałam im psa, a potem poszłam w szpinak i buraki ;P Wróciliśmy obładowani darami ogrodu jak wielbłądy. Teraz nic tylko zrobić sałatkę z białych buraków i szpinaku, sfotografować, przefiltrować, ohaszować i na insta! Druga sprawa jest taka, że w drodze powrotnej wstąpiliśmy do Lidla. Kolega małżonek przypadkowo trafił na ostatni w mieście ekspres do kawy, na który ostrzyłam sobie zęby od czwartku, ale okazało się, że nie ja jedna. Naród poszedł w te ekspresy jak dzik w żołędzie pozostawiając po sobie krew i pożogę. Na szczęście ktoś chyba nieumiejętnie ukrył swoją zdobycz, a małżonek przypadkowo odkrył kryjówkę. Po starannym obejrzeniu zawartości kartonu kroczyliśmy dumnie do kasy ;D



Dzień 14.

Drogi pamiętniczku…
nie wiem, jak to napisać, więc może posłużę się cytatem za wieszczem:

Lepiej niech się pojawi kto tylko chodzić zdoła 
i bijcie w dzwony we wszystkich kościołach 
klękajcie żony, bo przecież uwielbiony 
wreszcie zawitał w wasze strony 

on 
już tu jest 
on już tu już tu jest
(Abradab "ON")


Yey! Ciąża 2.0 :D 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Pamiętnik z czekania cz. II

www.pixabay.com

Dzień 5.

Drogi pamiętniczku…
dość niesamowicie radzę sobie z tym czekaniem :D Odświeżyłam łazienkę, nadrobiłam dekupażowe zaległości, w moim mieszkaniu panuje porządek, co jest raczej rzadkością, bo (Mamusiu, tego nie czytaj!) na co dzień szkoda mi czasu na sprzątanie :P Mało tego, nadrabiam książkowe zaległości! Najbardziej jednak cieszę się z tego, że domowym sposobem, przy pomocy farby z drogerii pozbyłam się ombre (tu przestroga dla potomnych: NIGDY NIE PRÓBUJCIE TEGO W DOMU! Serio.), a przynajmniej taki miałam plan. Ogólnie nie polecam, ale przynajmniej moją głowę zaprząta teraz myśl: Co tu zrobić, żeby nie wyglądać, jak ostatni debil?


Dzień 6.

Drogi pamiętniczku…
to jest jakiś dramat (mam na myśli czekanie)! Człowiek ma wakacje, czas na naładowanie bateryjek i zamiast korzystać z tego, że można poleżeć do góry brzuchem, ten człowiek chodzi i się przejmuje czekaniem. Myślę sobie, że byłoby łatwiej, gdyby szanowny małżonek nie pracował w godzinach popołudniowo-wieczornych. Całe szczęście, że już niedługo i jemu przyjdzie cieszyć się ustawowo mu przysługującym czasem na wypoczynek :D Ale czy na pewno…? W końcu będzie wypoczywał ze mną ;P


Dzień 7.

Drogi pamiętniczku…

pamiętaj, nigdy nie ufaj temu, co producent napisał na opakowaniu! Zwłaszcza na testach ciążowych! Sęk w tym, drogi pamiętniczku, że oni tam napisali, że możesz sprawdzić, czy jesteś w ciąży już po 6-ciu dniach! Pfff, wierutne kłamstwo i pomówienia! Akurat, po sześciu dniach niczego się nie dowiesz ;) Producenci testów ciążowychodzi specjalnie to robią. Żerują na takich naiwniakach, jak ja. Mało tego, dołączyli mi do opakowania ulotkę, na której napisali, że to, że test jest negatywny, to w cale nie znaczy, że nie jestem w ciąży. Muszę odczekać kilka dni i zrobić test ponownie. Naciągacze!

***