wtorek, 30 kwietnia 2019

STARTER PACK

Umówmy się, że życie nastolatka w dzisiejszych czasach nie jest łatwe i tylko czasem przyjemne. W dzisiejszych czasach to już w ogóle… Niejedna młoda duszyczka stoi co rano w obliczu licznych hamletowskich dylematów. Do tego dochodzą coraz to nowe trendy, z którymi trzeba być na bieżąco. Ostatnio, na przykład, bardzo dużo uwagi poświęca się produktom eko, vege, bio i naturalnych. Mnie osobiście bardzo to cieszy, wystarczy jednak popatrzeć na rachunek z eko sklepu czy drogerii, żeby wiedzieć, że nie są to tanie rzeczy. W przypadku dorastającej młodzieży może się okazać, że cena kosmetyku może być zaporowa. Z resztą, nie trzeba być dorastającą młodzieżą żeby tak było (patrz autorka!). Tak czy inaczej pomyślałam sobie, że przecież wiele młodych ludzi zaczyna właśnie przygodę zarówno z pielęgnacją ciała, jak i z kolorówką, dlatego warto by było, żeby zrobili to świadomie. Otóż, droga Młodzieży, musicie mieć świadomość, że w wielu popularnych kosmetykach (nie tylko tych tanich, także tych prestiżowych i ochoczo promowanych) znajduje się cała masa badziewia i śmieci. Napisałam o nich na przykład TU. Myślę, że warto poświęcić chwilę i pochylić się nad składem produktów, ponieważ wiele z nich zawiera w sobie substancje potencjalnie rakotwórcze, zaburzające gospodarkę hormonalną czy zapychające pory (czyli komedogenne, czyli takie, po których zrobią Wam się syfki na twarzy!). Postanowiłam więc zrobić za Was robotę i przedstawić kilka produktów, po które możecie sięgnąć. Jednak uwaga! Niektórych produktów nie testowałam, więc wybór opieram tylko na ich składzie, cenie i dostępności.


Zacznijmy może od rzeczy, które są łatwo dostępne i które możecie zrobić sami w domu. Jedną z takich rzeczy jest olej kokosowy. Oprócz tego, że czasem przydaje się w kuchni, to możecie go wykorzystać do zrobienia domowego peelingu kawowego. Wystarczy podgrzać łyżkę oleju (na przykład w mikrofalówce) i połączyć ją z kawą, na przykład z tą, która pozostała w ekspresie po porannym czy popołudniowym parzeniu. Mój drugi pomysł na olej kokosowy to depilacja i golenie. Co prawda peeling kawowy jest o tyle świetny, że kiedy robię go przed depilacją nie muszę już stosować nic więcej, a moja skóra wcale nie jest podrażniona. Jednak sam olej kokosowy świetnie sprawdza się do golenia i depilacji zamiast pianki czy żelu. Sprzedałam ten patent Koledze Małżonkowi i uznał, że jest rewelacyjny! Brawo ja! Olej kokosowy jest dostępny niemal w każdym sklepie spożywczym. Nie widzę sensu kupowania jego odpowiedników w drogeriach, bo często występuje w gorszej jakości i w towarzystwie zbędnych dodatków. Najlepiej wybierać olej kokosowy tłoczony na zimno (czyli nierafinowany).


Drugi mój ulubiony kosmetyk w wersji minimalnej to… oczywiście masło shea! Można je używać do wielu rzeczy: jako masło do ciała samodzielnie i w połączeniu np. z olejem kokosowym lub kakaowym. Świetnie sprawdzi się też jako masełko do ust czy krem do rąk. Jeśli się skusicie i będziecie używać go jako masło do ciała, pamiętajcie, żeby nakładać je na lekko wilgotną skórę. Masło shea, podobnie jak olej kokosowy, kupujemy nierafinowane.


Jeśli chodzi o pielęgnację skóry i kosmetyki, które są łatwo dostępne, niezbyt drogie i mają nawet niezły skład to na pewno będą to produkty Alterra dostępne w drogeriach Rossmann. Szampony, żele pod prysznic, balsamy do ciała i toniki. Osobiście polecam z ich asortymentu maskę nawilżającą do włosów z granatem, krem z filtrem (ten dla dzieci, ale może być stosowany nie tylko przez dzieci!) i, mój osobisty hit, pomadkę ochronną, która ma świetny skład i można ją używać również jako odżywkę do rzęs.

Kolejną propozycją dla młodzieży może okazać się Vianek. Mają mnóstwo propozycji dla różnych rodzajów skóry, oprócz tego produkty do pielęgnacji ciała i włosów. Z mojego punktu widzenia na uwagę zasługuje odżywczy żel do twarzy z ekstraktem z miodunki, szampon do włosów farbowanych, wzmacniający krem na dzień do cery naczynkowej, wzmacniające serum do włosów i nawilżający krem pod oczy.


Jeśli chcielibyście zacząć pielęgnację od certyfikowanych kosmetyków w dobrej cenie, koniecznie zapoznajcie się z produktami Feel Free. Są one dostępne w drogeriach Hebe, mają bardzo dobre składy, potwierdzone certyfikatem Ecocert i nie kosztują dużo. Kremy na dzień i na noc mają podobną konsystencję, zapach i działanie. Wiele osób chwali sobie piankę do oczyszczania twarzy, jednak moim hitem jest krem do rąk - jest naprawdę świetny.


Jeżeli jednak te produkty to dla Was zbyt poważny i zbyt kosztowny krok w pielęgnacji, zawsze możecie sięgnąć po serię kosmetyków Babydream dostępnych w drogeriach Rossmann. Wiem, że to produkty do pielęgnacji dzieci i niemowląt, jednak są one na tyle dobre i na tyle bezpieczne, że z powodzeniem mogą z nich korzystać także starsi. Żel myjący do ciała, emulsja czy krem świetnie sprawdzą się w pielęgnacji skóry każdego, niezależnie od wieku.


Mam jeszcze kilka uwag formalnych. Nie bądźcie jak Megi za młodu i nie próbujcie wyżerać niedoskonałości na twarzy gruboziarnistymi peelingami i siarką. Podobnie, przesuszanie cery, która robi się nadmiernie tłusta może skończyć się jak dolewanie oliwy do ognia, czyli jeszcze gorzej. Skóra wysuszona będzie produkowała jeszcze więcej sebum niż dotychczas, a to wcale nie zamknie nam problemu. Nie chowajcie niedoskonałości pod tonami mejkapu - po zdjęciu makijażowej maski, efekt będzie jeszcze gorszy. Nie wyciskajcie stanów zapalnych, bo tylko rozsiejecie je po skórze. Zamiast agresywnych produktów spróbujcie delikatnego oczyszczenia (na przykład żelem, pianką lub mydłem węglowym od Zmydlona.pl). Zamiast wyciskania, delikatna maska glinkowa z dobrym składem (np. Dermaglin) i punktowo olejek z drzewa herbacianego. I przede wszystkim, unikajcie kiepskich składowo kosmetyków kolorowych!


Pamiętajcie jednak, że każdy kosmetyk może działać inaczej na skórę - to kwestia indywidualna. Poza tym, osobom młodym chyba odradzałabym używanie kosmetyków do twarzy zawierających olej kokosowy, ponieważ może zapychać skórę i powodować powstawanie niedoskonałości.


Zdjęcia pochodzą z poniższych stron internetowych:

środa, 23 stycznia 2019

RIKI TIKI DIY KOSMETYKI

Często zdarza się tak, że wrażliwe wnętrze idzie w parze z wrażliwym licem. Nad tym pierwszym nie będziemy się roztrząsać (przynajmniej nie dziś). Zatrzymamy się przy licu! Znacie to? Wiecie, że krem, którym właśnie raczycie swoją twarz niedługo Wam podziękuje ukazując dno słoiczka. Wówczas pojawia się arcyważne pytanie: czy biorę drugi raz to samo, czy może spróbuję czegoś nowego? W moim przypadku zazwyczaj wygrywa opcja druga. Tak trafiłam na Ecospa, czyli Ikea w świecie kosmetyków.



Do ich sklepu udałam się po kompleks na naczynka. Wkurzało mnie to, że kosmetyki do cery naczynkowej są zazwyczaj jednowymiarowe. Może wynika to z faktu, że cera naczynkowa jest po prostu naczynkowa. Ona się nie starzeje, nie zanieczyszcza, nie wysusza i odbija swiatło słoneczne. Dlatego są kremy dedykowane skórze naczynkowej i o, koniec. Rzadko kiedy uświadczysz krem do cery naczynkowej, który przewiduje profilaktykę zmarszczek, ultranawilżenie czy ochronę (na przykład przeciwsłoneczną). Teraz już mam to w nosie i każdy krem może być naczynkowy. Plusik dla pana za skład (INCI: glycerin, aqua, ruscus aculeatus root extract, citrus limon peel, solidago virgaurea extract, potassium sorbate, sodium benzoate), cenę (ok. 10zł za 10ml) i uniwersalność, bo można dodać do kremiszcza na twarz lub też do balsamu do ciała i wówczas każdy balsam będzie antycellulitowym, co też testuję dziko! Niestety minusik za wygląd (nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nacieram się sosem sojowym) i opakowanie. Mój kroplomierz sikał jak wściekły, ale zapodałam mu pipetkę i przyjaźń rozkwitła. Efekty są bardzo przyjemne: kompleks dobrze się miesza z kremem i balsamem, skóra po nim jest przyjemna w dotyku, nie czerwieni się i mam nadzieję, że się wzmacnia.

Kiedy w koszyku wylądował już kompleks, przypadkiem trafiłam również na zestaw do zrobienia  serum z witaminą C. Całkiem przypadkiem rozglądałam się właśnie za takowym, a jego cena rzuciła na kolana wszelkich dotychczasowych potencjalnych kandydatów (30zł/ 3x10ml). Skład jest prościutki: kwas hialuronowy, witamina C i kwas PHA. Przygotowanie jest banalnie proste, wystarczy postępować zgodnie z instrukcją, wszystkie potrzebne sprzęty (no może oprócz zlewki) są w zestawie w dodatku odpowiednio oznakowane. Samo serum to absolutny sztosik, jako rzecze młodzież. Skóra jest gładziutka, nawilżona i rozpromieniona. Wiadomo, że to nie jest to samo, co 10 godzin snu czy filtry z Photoshopa, ale w dziedzinie kosmetyków to dla mnie efekt wow. Minusem jest trwałość: przygotowaną buteleczkę (10ml) należy trzymać w lodówce i  zużyć w ciągu dwóch tygodni. W składnikach nie ma konserwantów, a mój poziom wtajemniczenia nie pozwala mi kombinować z nimi na własną rękę.



Trzecią rzeczą, jaką kupiłam, które była już absolutnie nieplanowana był zestaw olejków eterycznych. Sami przyznacie, że człowiek-zapach nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. Zwłaszcza, że zestaw był objęty promocją i tak pięknie zapakowany! Kupili mnie tym, bo niestety jestem z tych, którzy kupują oczami.


Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że to nie koniec moich przygód z kosmetykami DIY. kto wie, może któregoś dnia ukręcę swój własny krem...

czwartek, 17 stycznia 2019

CZŁOWIEK-MARKETING

Moi Drodzy!

Ponieważ jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Kolega Małżonek postanowił ugryźć ogłoszenie o sprzedaży naszej Miss Nastolatek Karoliny Północnej, a samo ogłoszenie jest już jakby nieaktualne, stwierdziłam, że musi się tu znaleźć. Zatem cieszcie swe oczy jako i ja cieszyłam:

www.pixabay.com


Suzuki Forenza 2.0L 2004 automat LPG
Miss Nastolatek z Karoliny Północnej

Zbuntowana piętnastolatka, niezbyt dobrze się prowadzi, ale ruda nie tańczy jeszcze jak  szalona.
Stan: jeździ to jeździ, po co drążyć temat?
Cena to ok 2,5zł za kilogram, wliczając benzynę w baku, nigdzie nie dostaniesz tak taniej benzyny.

Najważniejsze elementy wyposażenia:
 - schowek na okulary przeciwsłoneczne - rajbany zawsze bezpieczne,
 - dźwignia do otwierania bagażnika od środka - dla grubszych imprezowiczów,
 - kwadratowa tablica z tyłu, co przy przerejestrowywaniu pozwala wybrać skróconą, czteroznakową tablicę
 - sprawna gaśnica z podbitym przeglądem do 05.2019,
 - LPG bez zaworu wstydu - dumni na gazie.

Pozostałe wyposarzenie:
 - klimatyzacja manualna,
 - elektryczne szyby (przód i tył),
 - elektrycznie regulowane lusterka,
 - centralny zamek (z kluczyka, bez pilota),
 - wspomaganie kierownicy,
 - automatyczna skrzynia biegów,
 - Isofix na tylnej kanapie,
 - radio z CD/MP3, Bluetooth i USB

Przegląd do 05.2019
OC do 09.2019
legalizacja baku LPG do 02.2021

poniedziałek, 26 listopada 2018

Syndrom niespokojnej ciężarówki

Czekanie… CZEKANIE… CZE KA NIE! Czyli o tym, jak szlag mnie trafia i przechodzę transformację Megazorda! Dlaczego? Ano dlatego, że muszę CZEKAĆ , czyli siedzieć na tyłku i odliczać wolno płynące minuty podczas, gdy ktoś inny robi coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym zrobić JA!!!

#Śpisiowamama


W tym wypadku tym ktosiem jest Kolega Małżonek, a to coś to nic innego, jak malowanie. Tak jest. Malarstwo ścienne jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie domeną kobiet. Matka malowała ściany (ba! Dalej maluje), siostra maluje ściany (i nie tylko), to i ja maluję, a jakże! Problem pojawił się w momencie, kiedy w moim brzuchu zamieszkał Ted i wszyscy wokoło (z moim zdrowym rozsądkiem włącznie) mówią mi, że malowanie we dwoje to nienajlepszy pomysł. Dlatego należało zrobić to, co w zarządzaniu nazywa się delegowaniem uprawnień, czyli poprosić o pomoc kolegę małżonka!

Reakcja Vinca na wieść o rychłym malowaniu była mniej więcej taka sama, jakbym zaproponowała mu całonocny shopping w galerii połączony z prezentacją najnowszych trendów w makijażu, której towarzyszy dwugodzinny wykład na temat wyższości butów Manolo Blahnik nad Louboutin… Jednym słowem: Let’s do it!

Myślałam, że do szału doprowadzą mnie dociekliwe pytania w stylu: Czy to malowanie, to na serio? A nie może być tak, jak jest? Ale ten kolor jest ładny? Naprawdę już ci się nie podoba ten biały? Gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek…

Dzielnie i z medalową konsekwencją przyszłej matki utrzymywałam, że malowanie jest konieczne i basta! Kolega Małżonek nie miał wyboru, zaklepał urlop w mordorze i ruszył z kopyta… Kompletowanie sprzętu, analiza jakości i składu zakupionej folii malarskiej, analiza porównawcza taśm, wreszcie malowanie sufitu i implementacja farby na powierzchnię użytkową! Wszystko z największą starannością, ale co tu się dziwić, w końcu powiedzenie: Trust me, I'm an engineer! zobowiązuje. Kolega Małżonek do większości prac domowych podchodzi właśnie w ten sposób: zbieranie sił - analiza stanu faktycznego - plan naprawczy - działanie.

Ogółem wyszły cztery dni. CZTERY dłuugie dni, podczas których ja obżarłam moje piękne paznokcie niemal aż do kości. Cztery doby po dwadzieścia cztery godziny, podczas których odgryzłam sobie język, żeby nie udzielać małżonkowi złotych rad i nie zadawać kretyńskich pytań. CZTERY dni ze świadomością, że sama zrobiłabym to wszystko w dwa i tym samym byłabym już na etapie ustawiania mebli, albo nawet picia herbatki w nowym-starym salonie. Taka to jest różnica między inżynierskim umysłem, a dzikością tequili ;) A gdzie tu jeszcze malowanie grzejnika?!

A idź pani w… niwecz! Zdaje się słyszeć podświadomie.

Postanowiłam jednak podejść do tematu jak do treningu rodzicielskiego. Ot, taka szkoła cierpliwości przed samodzielnym ubieraniem się Teda, jedzeniem, wiązaniem butów, czy rozwiązywaniem równań kwadratowych i odmianą czasownika posiłkowego ;) Poza tym, po prostu opuściłam domowy przybytek na dni kilka i wyprowadziłam się na ten czas do matki ;P wpadając tylko od czasu do czasu na rekonesans połączony z pełnymi uznania wyrazami akceptacji. Albowiem, zgodnie z zasadą rodzicielstwa: należy doceniać każdy wysiłek i trud podejmowany w dążeniu do celu, a także chwalić za pozytywne rezultaty ;) Bo przecież nie trudno domyślić się, że rezultaty są dość niesamowite :D

czwartek, 22 listopada 2018

NIE MA ZA CO?

Jest czwartek, godzina piąta zero zero. Dzwoni budzik, a ja otwierając oczy marzę o tym, żeby był już wieczór, żebym mogła położyć się spać…

Na wpół śpiąca idę do kuchni po tak zwany lifesaver wszystkich ludzi, czyli kawę, kiedy przypominam sobie, że od kilku dni mam zepsuty ekspres, a spieniacz do mleka tydzień temu zaliczył upadek z szafki kuchennej i rozsypał się w drobny mak (przy okazji szybka recenzja spieniacza do kawy z Ikea: jeśli nie planujecie rzucać nim ze średniej wysokości, to polecam!). Znaczy się trzeba umyć kawiarkę i kolejne minutki lecą…

Jak większość kobiet na tej planecie, mimo niedomykającej się szafy, nie mam się w co ubrać. Znowu wytykam sobie, że nie posłuchałam Kasi Tusk i nie przygotowałam sobie stroju wieczorem…

Poranna batalia z dzieckiem… Kwestia obudzenia, przeprowadzenia czynności okołoporządkowych i przewiezienia do placówki opiekuńczej zajmują mi tyle energii, że właściwie mogłabym od razu położyć się spać. Wiadomo, zgodnie z najnowszymi trendami w parentingu należałoby zapuścić delikatną muzykę w tle, wykonać kilka pozycji z jogi, zjeść wspólnie pożywne śniadanie i podążać za dzieckiem i jego porannymi potrzebami… No właśnie, należałoby… Zamiast tego jest ubieranie na śpiocha, płacz, krzyk, nerwy, przeprosiny i ostre negocjacje…

Jadąc do pracy myślę sobie, że dziś jest TEN dzień, w którym jeden fałszywy ruch zza drugiej strony biurka poskutkuje moim zwolnieniem dyscyplinarnym albo złożeniem wypowiedzenia. To dziwne, jak za każdym razem loncik wydaje mi się krótszy, a jednak wciąż tam jest…

Po powrocie rozglądam się po mieszkaniu i zastanawiam, czy bałaganiarstwo to rzecz wrodzona czy nabyta? Nie mam jednak zbyt dużo czasu na rozmyślanie o sensach istnienia sobót gospodarczych i tym, gdyż okazuje się, że nas pies jest w niedyspozycji żołądkowej. Właściwie trudno jej się dziwić, przy tak silnym instynkcie łowieckim i tyloma skarbami do zjedzenia na każdym trawniku. Jedziemy więc do weterynarza, gdzie po licznych USG i badaniu krwi okazuje się, że to zwykła sraczka. Ta zwykła sraczka kosztuje mnie jakieś trzysta nowych polskich złotych…

Wieczór. Mimo wszelkich zabiegów okołonocnych dziecko nie chce spać, bo tak bardzo wstrząsa nim fakt wyjechanego ojca, że zwyczajnie nie może tego ogarnąć. W końcu jednak zasypa. Ja razem z nim, jednak to jeszcze nie mój czas, bo czeka mnie praca…

Siadam do testów po raz kolejny zastanawiając się nad sensem ich istnienia i mimo wszystko, kolejny raz je sprawdzając. Pomiędzy rozumieniem ze słuchu, a odmianą czasownika to be wpada mi do głowy kilka sprawdzonych przemyśleń odnośnie absurdów polskiej edukacji, ale nie mam za bardzo czasu się w nie zagłębiać, bo zbliża się dwunasta. Zasypiam nad trzecim testem...

_________________________________________________________________________

Dziś jest 22. listopada. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej trwa w najlepsze Thanksgiving, czyli święto dziękczynienia. Piękna tradycja doceniania drobnych problemów dnia codziennego jako wyznacznika dobrobytu. Moim zdaniem jedna z lepszych imprez eksportowych tego kraju.

Osobiście nie jestem wielką fanką listopada, tegoroczny jest jednak dla mnie przepełniony refleksją i walką o optymizm. Nie wiem, czy to metryka, głupota, czy szybki kurs pozytywnego myślenia w mediach społecznościowych, ale bardzo staram się dostrzegać jednak szklankę do połowy pełną. Mam już dość narzekania i użalania się nad sobą.
Kiedy Kolega Małżonek wyjeżdża, odliczam dni do jego powrotu i cieszę się, że wróci za trzy tygodnie, a nie za pół roku. Kiedy psuje mi się samochód, cieszę się, że stać mnie na taksówkę i doceniam komunikację miejską. Kiedy syn rozlewa na ścianę jagodowy koktajl, wykorzystuję to jako pretekst do przemalowania ścian w pokoju, które od dawna mnie wkurzały.

Jeśli bowiem zepsuty ekspres i rzygający pies mają być miarą dobrobytu, to poproszę tylko takie problemy pierwszego świata!


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poradnik dla ojców

Mój szwagier wkrótce zostanie ojcem po raz pierwszy i na tę okoliczność przygotowałam zarówno dla niego, jak i dla innych jemu podobnych mały poradnik:

Rób, jak uważasz, uważaj, jak robisz. Ogólnie trend jest taki, ze nie zmusza się panów do obecności podczas porodu. W sumie mnie to nie dziwi. Byłam, widziałam i muszę stwierdzić, że faktycznie, brałam udział w lepszych eventach. Z drugiej strony, nas, kobiet jakoś nikt nie pyta o zdanie w kwestii obecności przy porodzie, więc chyba sprawiedliwie byłoby, żeby oboje sprawców odhaczyło się na sali w tym szczególnym dniu. Natomiast, już tak bardziej serio, to ojciec na sali porodowej przydaje się po pierwsze dlatego, ze jest ojcem i kto inny miałby powitać swojego potomka na świecie jak nie ojciec? Po drugie, pamiętacie ze szkoły akcje pod pokojem nauczycielskim pt. „Ja pukam, ty mówisz”? No więc na porodówce przydaje się czasem właśnie taki ktoś, kto puka - niby nic, a jednak towarzysz ;) Po trzecie, kiedy trzeba na chłodno ocenić sytuację, przydaje się ktoś, kto zdecydowanie walnie pięścią w stół.

Równouprawnienie i równouobowiązkowienie. Jako współsprawca jesteś współodpowiedzialny za sterowanie tą małą machiną zwaną wychowanie dziecka. Jednak to wcale nie oznacza podbijanie karty na zakładzie od rana do nocy, trzepanie nadgodzin i przynoszenie do domu w zębach kapuchy. To oznacza, ze masz zarówno prawo, jak i obowiązek zmieniania zasrutanych pieluch, wizyt u lekarza, szczepień i wycierania glutów z nosa. Dzięki temu masz też prawo do zabaw i rozrywki wszelkiej, tulenia, miziania i cykania słodkich fotek. Jednak, drogi Panie Przyszły Tato, pamiętaj, że dziecko jest od urodzenia, a nie od trzeciego roku życia. Jeśli od początku nie będziesz obecny w jego życiu, trudno będzie ten czas potem nadrobić.

Kobieta po porodzie się zmienia. Wiem, że to brzmi niesamowicie, odkrywczo i w ogóle, ale to prawda. Jeśli myślisz, że po powrocie do domu ze szpitala odłożycie dziecko do łóżeczka, wpadniecie sobie w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie to z pewnością tak będzie, ale najpierw będzie, strach, stres, hormony, pot, łzy i nerwy. Będą dresy i worki pod oczami, będzie milion pytań, na które będziesz musiał udawać, że znasz odpowiedź. Będą pretensje, że zbyt często i na zbyt długo wychodzisz… Ale… kiedy to tylko możliwe, pamiętaj, że pierwsze dziecko to dla nas też mega wyzwanie. Że za większością tych wyrzutów stoją nadwyrężone nerwy, niewyspanie, zmęczenie i zazdrość (najczęściej o to, że Ty sobie wychodzisz, a ona w tym czasie musi siedzieć z dzieckiem bo przecież cycków w domu na całą noc nie zostawi). Rodzicielstwo to emocjonalny roller coaster. Tu uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili jest się wściekłym, za chwilę wzruszenie odbiera Ci mowę po to by zastąpiło je zmęczenie, po którym następuje największa w świecie radość. Przy odrobinie cierpliwości, rozmowie, randce od czasu do czasu i umożliwieniu Pani Matce  zamiany drechu na wyjściową kieckę, z pewnością będziecie, żyli długo i szczęśliwie.

Rodzic idealny nie istnieje. Usłyszysz o nim, co prawda, wiele razy. Będzie Twoim sąsiadem, synem siostry szwagra wuja drugiego męża kuzynki od strony teściowej, znanym aktorem czy panem w sklepie. Jednak pamiętaj, że tacy ludzie są jak duchy - wszyscy o nich mówią, a mało kto widział. W rodzicielstwie, jak w życiu, nie ma ideałów. Możliwe, że syn kolegi recytuje już alfabet, a córka sąsiada sama się odpieluchowała, ale przecież wiadomo, że nikt nie będzie przyznawał się do tego, że ma dość, że właśnie pokłócił się ze starą, a dziecko wpada do pokoju w najmniej odpowiednim momencie.

Rodzicielstwo to praca zespołowa. Jeśli więc wciąż masz problemy z #teamspirit to najwyższy czas go w sobie poszukać. To projekt mega długodystansowy, w stylu bardziej let’s-talk-about-challenges-not-problems i raczej pro bono, wiec nie ma co się nastawiać na gratyfikacje czy premie. Mało tego, nie da się ukryć, ze do tego interesu trzeba jeszcze co nieco dołożyć. Na pochwały i słowa uznania raczej nie ma co liczyć, bądź jednak pewny, ze wszyscy będą czyhać na najmniejsze Twoje potknięcie. Zanim jednak zwrócisz się z uznaniem do Starej, ze pięknie młodzież wychowała, pamiętaj, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska i o ile nie masz pod ręka dowodu na to, ze zrobiłeś to lepiej, zastanów się ze swoją kobietą, jak możecie to naprawić. Jak to mówią: w kupie siła!

Ponieważ wiem, że panowie wolą krótko, zwięźle i na temat, zakończę na tych kilku złotych radach. Pamiętaj, Ojcze, ze rodzicielstwo to mega przygoda, a chyba żadna przygoda nie przychodzi łatwo. Przerażony? Zacytuję Ci jeszcze Monice Coelho (F.R.I.E.N.D.S): Welcome to the real world! It sucks - you're gonna love it!

Macie jeszcze jakieś złote rady dla przyszłych ojców? Komentarze są Wasze! Enjoy!

środa, 19 lipca 2017

Żłobek

Ostatnio głośno zrobiło się o lęku separacyjnym… To znaczy u mnie głośno, bo akurat Wielki Brat i jego ciasteczka tak mi podpowiadają w internecie, że same parentingowe pierdoły mi wyskakują. I nie to, żebym nie przykładała wagi do lęku separacyjnego. Po prostu w naszej strefie klimatycznej występuje on w niewielkich dawkach, a ja nie lubię martwić się rzeczami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą (ot, takie matczyne BHP ;) ) Ale do brzegu…

Czytając o dramatach, przez jakie przechodzą matki oddając dziecko do żłobka, pamiętając historie o ojcach koczujących w krzakach za bramą przedszkola  (autentyk! Podobno ;) ), zaczęłam się zastanawiać, czy aby i ja się nie boję swojego dziecięcia do żłobka oddać…?

I generalnie to się boję… Boję się głównie tego, że ojciec Eustachego zamiast dać dzieciom załatwić sprawy po męsku, przyjdzie do mojego Teda z łapami. Albo tego, że w rewanżu Kolega Małżonek będzie musiał iść do ojca Eustachego, dojdzie do pojedynku, mnie wezmą na sekundanta, a ja się przecież przemocą brzydzę;( Boję się tez tego, że matka Krystel nie zaprosi Teda na urodziny, bo mu kupujemy ciuchy z Pepco, nie chodzimy na zajęcia z mindfulness i do klubu małego geniusza… Tego się chyba boję najbardziej.

Nie boje się za to, ze moje dziecko będzie przez kilka godzin dziennie siedziało na dywanie samotne w otoczeniu swoich własnych smarków i łez. Nie boję się, że będzie chodził pół dnia z nieprzewiniętym tyłkiem. Nie mam też obawień o to, że któregoś dnia znajdę na jego pupie ślad po dorosłej dłoni. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że świadomie wybrałam dla niego żłobek, zrobiłam risercz, podpytałam inne mamy. Ale głównie dlatego, ze większość z tych rzeczy, które budzą lęk w matkach to relikty przeszłości, po których zostały legendy i baśnie z mchu i paproci. Poza tym, w oparciu o własne doświadczenia, głęboko wierzę w to, ze opiekunowie w żłobku to ludzie z powołaniem. W innym wypadku nie wyobrażam sobie pracy z cudzymi (albo co ważniejsze MAŁYMI) dziećmi.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i idę bawić się z synem, póki mi nie dorośnie ;) Jeśli macie coś do dodania, piszcie śmiało!