poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poradnik dla ojców

Mój szwagier wkrótce zostanie ojcem po raz pierwszy i na tę okoliczność przygotowałam zarówno dla niego, jak i dla innych jemu podobnych mały poradnik:

Rób, jak uważasz, uważaj, jak robisz. Ogólnie trend jest taki, ze nie zmusza się panów do obecności podczas porodu. W sumie mnie to nie dziwi. Byłam, widziałam i muszę stwierdzić, że faktycznie, brałam udział w lepszych eventach. Z drugiej strony, nas, kobiet jakoś nikt nie pyta o zdanie w kwestii obecności przy porodzie, więc chyba sprawiedliwie byłoby, żeby oboje sprawców odhaczyło się na sali w tym szczególnym dniu. Natomiast, już tak bardziej serio, to ojciec na sali porodowej przydaje się po pierwsze dlatego, ze jest ojcem i kto inny miałby powitać swojego potomka na świecie jak nie ojciec? Po drugie, pamiętacie ze szkoły akcje pod pokojem nauczycielskim pt. „Ja pukam, ty mówisz”? No więc na porodówce przydaje się czasem właśnie taki ktoś, kto puka - niby nic, a jednak towarzysz ;) Po trzecie, kiedy trzeba na chłodno ocenić sytuację, przydaje się ktoś, kto zdecydowanie walnie pięścią w stół.

Równouprawnienie i równouobowiązkowienie. Jako współsprawca jesteś współodpowiedzialny za sterowanie tą małą machiną zwaną wychowanie dziecka. Jednak to wcale nie oznacza podbijanie karty na zakładzie od rana do nocy, trzepanie nadgodzin i przynoszenie do domu w zębach kapuchy. To oznacza, ze masz zarówno prawo, jak i obowiązek zmieniania zasrutanych pieluch, wizyt u lekarza, szczepień i wycierania glutów z nosa. Dzięki temu masz też prawo do zabaw i rozrywki wszelkiej, tulenia, miziania i cykania słodkich fotek. Jednak, drogi Panie Przyszły Tato, pamiętaj, że dziecko jest od urodzenia, a nie od trzeciego roku życia. Jeśli od początku nie będziesz obecny w jego życiu, trudno będzie ten czas potem nadrobić.

Kobieta po porodzie się zmienia. Wiem, że to brzmi niesamowicie, odkrywczo i w ogóle, ale to prawda. Jeśli myślisz, że po powrocie do domu ze szpitala odłożycie dziecko do łóżeczka, wpadniecie sobie w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie to z pewnością tak będzie, ale najpierw będzie, strach, stres, hormony, pot, łzy i nerwy. Będą dresy i worki pod oczami, będzie milion pytań, na które będziesz musiał udawać, że znasz odpowiedź. Będą pretensje, że zbyt często i na zbyt długo wychodzisz… Ale… kiedy to tylko możliwe, pamiętaj, że pierwsze dziecko to dla nas też mega wyzwanie. Że za większością tych wyrzutów stoją nadwyrężone nerwy, niewyspanie, zmęczenie i zazdrość (najczęściej o to, że Ty sobie wychodzisz, a ona w tym czasie musi siedzieć z dzieckiem bo przecież cycków w domu na całą noc nie zostawi). Rodzicielstwo to emocjonalny roller coaster. Tu uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili jest się wściekłym, za chwilę wzruszenie odbiera Ci mowę po to by zastąpiło je zmęczenie, po którym następuje największa w świecie radość. Przy odrobinie cierpliwości, rozmowie, randce od czasu do czasu i umożliwieniu Pani Matce  zamiany drechu na wyjściową kieckę, z pewnością będziecie, żyli długo i szczęśliwie.

Rodzic idealny nie istnieje. Usłyszysz o nim, co prawda, wiele razy. Będzie Twoim sąsiadem, synem siostry szwagra wuja drugiego męża kuzynki od strony teściowej, znanym aktorem czy panem w sklepie. Jednak pamiętaj, że tacy ludzie są jak duchy - wszyscy o nich mówią, a mało kto widział. W rodzicielstwie, jak w życiu, nie ma ideałów. Możliwe, że syn kolegi recytuje już alfabet, a córka sąsiada sama się odpieluchowała, ale przecież wiadomo, że nikt nie będzie przyznawał się do tego, że ma dość, że właśnie pokłócił się ze starą, a dziecko wpada do pokoju w najmniej odpowiednim momencie.

Rodzicielstwo to praca zespołowa. Jeśli więc wciąż masz problemy z #teamspirit to najwyższy czas go w sobie poszukać. To projekt mega długodystansowy, w stylu bardziej let’s-talk-about-challenges-not-problems i raczej pro bono, wiec nie ma co się nastawiać na gratyfikacje czy premie. Mało tego, nie da się ukryć, ze do tego interesu trzeba jeszcze co nieco dołożyć. Na pochwały i słowa uznania raczej nie ma co liczyć, bądź jednak pewny, ze wszyscy będą czyhać na najmniejsze Twoje potknięcie. Zanim jednak zwrócisz się z uznaniem do Starej, ze pięknie młodzież wychowała, pamiętaj, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska i o ile nie masz pod ręka dowodu na to, ze zrobiłeś to lepiej, zastanów się ze swoją kobietą, jak możecie to naprawić. Jak to mówią: w kupie siła!

Ponieważ wiem, że panowie wolą krótko, zwięźle i na temat, zakończę na tych kilku złotych radach. Pamiętaj, Ojcze, ze rodzicielstwo to mega przygoda, a chyba żadna przygoda nie przychodzi łatwo. Przerażony? Zacytuję Ci jeszcze Monice Coelho (F.R.I.E.N.D.S): Welcome to the real world! It sucks - you're gonna love it!

Macie jeszcze jakieś złote rady dla przyszłych ojców? Komentarze są Wasze! Enjoy!

środa, 19 lipca 2017

Żłobek

Ostatnio głośno zrobiło się o lęku separacyjnym… To znaczy u mnie głośno, bo akurat Wielki Brat i jego ciasteczka tak mi podpowiadają w internecie, że same parentingowe pierdoły mi wyskakują. I nie to, żebym nie przykładała wagi do lęku separacyjnego. Po prostu w naszej strefie klimatycznej występuje on w niewielkich dawkach, a ja nie lubię martwić się rzeczami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą (ot, takie matczyne BHP ;) ) Ale do brzegu…

Czytając o dramatach, przez jakie przechodzą matki oddając dziecko do żłobka, pamiętając historie o ojcach koczujących w krzakach za bramą przedszkola  (autentyk! Podobno ;) ), zaczęłam się zastanawiać, czy aby i ja się nie boję swojego dziecięcia do żłobka oddać…?

I generalnie to się boję… Boję się głównie tego, że ojciec Eustachego zamiast dać dzieciom załatwić sprawy po męsku, przyjdzie do mojego Teda z łapami. Albo tego, że w rewanżu Kolega Małżonek będzie musiał iść do ojca Eustachego, dojdzie do pojedynku, mnie wezmą na sekundanta, a ja się przecież przemocą brzydzę;( Boję się tez tego, że matka Krystel nie zaprosi Teda na urodziny, bo mu kupujemy ciuchy z Pepco, nie chodzimy na zajęcia z mindfulness i do klubu małego geniusza… Tego się chyba boję najbardziej.

Nie boje się za to, ze moje dziecko będzie przez kilka godzin dziennie siedziało na dywanie samotne w otoczeniu swoich własnych smarków i łez. Nie boję się, że będzie chodził pół dnia z nieprzewiniętym tyłkiem. Nie mam też obawień o to, że któregoś dnia znajdę na jego pupie ślad po dorosłej dłoni. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że świadomie wybrałam dla niego żłobek, zrobiłam risercz, podpytałam inne mamy. Ale głównie dlatego, ze większość z tych rzeczy, które budzą lęk w matkach to relikty przeszłości, po których zostały legendy i baśnie z mchu i paproci. Poza tym, w oparciu o własne doświadczenia, głęboko wierzę w to, ze opiekunowie w żłobku to ludzie z powołaniem. W innym wypadku nie wyobrażam sobie pracy z cudzymi (albo co ważniejsze MAŁYMI) dziećmi.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i idę bawić się z synem, póki mi nie dorośnie ;) Jeśli macie coś do dodania, piszcie śmiało!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego mama wraca do pracy?

Powracam do Was w wielkim stylu i z przytupem! Być może powinnam zacząć od przeprosin, napisania szczerych wyrazów żalu i obiecania poprawy. Problem jednak w tym, że nie byłyby one szczere… Celowo nie pisałam tak długo, bo zwyczajnie nie miałam o czym tutaj pisać, a chcąc utrzymać poziom i wiedząc, ze duża część z Was po prostu tandetnej bablaniny nie zniesie, postanowiłam nie pisać wcale ;) Dziś jednak podzielę się z Wami tematem, który już od jakiegoś czasu bardzo mnie frapuje. Otóż za chwilę wyjawię Wam szokującą prawdę o swojej rodzinie, więc się przygotujcie, bo będzie grubo! Gotowi? To uwaga!


Dacie wiarę, że minął już rok odkąd Ted jest z nami? Wiem, że brzmi to jak tanie i wyświechtane hasełko typowego nośnika reklamowego na Instagramie, ale to najszczersza PRAWDA! Z tej okazji zbliża się mój powrót do pracy. Wiem, ze w tym momencie Wasze analityczne umysły zaczną przeliczanie… No bo jak to? Dzieciak ma rok, a ona już wraca do pracy?! Ano tak to, gdyż postanowiłam dobrodusznie podzielić się urlopem rodzicielskim z Kolegą Małżonkiem! I tak naprawdę to łaski mu żadnej nie robiłam, bo to tak samo jego prawo, jak i moje. Po prawdzie to on mi zrobił łaskę, że tylko dwa miesiace tego urlopu wziął ;)

Ludzie generalnie nawet nie pytają nas, skąd ta fanaberia. Zamiast tego dziwnie wykrzywiają usta, przechylają głowę i wzdychają AHAAA… I mogę sobie tylko wyobrazić pytania, jakie piętrzą się w ich głowie. Wychodząc zatem naprzeciw zapytaniom narodu spieszę z odpowiedziami:

Po pierwsze primo, jak już wspomniałam, urlop rodzicielski nazwany jest rodzicielskim nie bez kozery. Prawo do skorzystania z niego (w wymiarze 32 tygodni na jedno dziecko) mają bowiem rodzice, czyli kolektyw w składzie matka i ojciec. Wiele osób o tym wie, ale niewiele korzysta. Takie czasy.

Po drugie primo stając się dorosła i samowystarczalna doszłam do wniosku, że skoro już te wszystkie instytucje jak energetyka, Polskie Górnictwo Naftowe i Ciepłownictwo, telefonia komórkowa czy spółdzielnia tak namiętnie do mnie piszą co miesiąc ileż to im wiszę, to już postaram się płacić na czas. Do tego, musicie przyznać, jakże niespotykanego hobby, dołączyłam również kredyt hipoteczny i jego też wolę mieć z głowy, bo z bankiem lepiej nie zadzierać ;)

Kolejna sprawa jest taka, że przegapiłam swoją szansę i w trakcie urlopu nie otworzyłam żadnego, ale to ŻADNEGO biznesu na szpilkach. Moje miasto nie wzbogaci się o wegańską knajpkę serwującą hipsterskie zapiekanki z majonezem ze świeżopu, bezglutenowe pierożki, brownie z fasoli i sojową latte… Nie skończyłam też kursu kroju i szycia, lokalsi nie będą więc mogli kupić ode mnie słodkich, dziecięcych ciuszków uszytych w duchu montessori. Dlatego, sorry, ale muszę wrócić do swojej dawnej pracy zarobkowej ;)

Nie bez znaczenia jest też nauka, jaką przekazała mi mama. Otóż powtarzała ona zawsze, że kobieta, niezależnie od tego z jak bogatej rodziny pochodzi i w jak bogatą rodzinę się wżeni (czy raczej wmęży ;P) , powinna mieć swoje, choćby najmniejsze, pieniądze. Wiadomo, jak to jest z meża pieniędzmi. Dziś są w nadmiarze, jutro ich nie ma. Dodatkowo, pracującej żonie nikt nie zarzuci braku wkładu do domowego budżetu. Owszem, można się wykłócać nad tym, że przecież praca w domu to też praca i nawet znacznie cięższa od tej na etacie. Jednak konia z rzędem temu, kto do tej prawdy przekona ZUS…

Ostatni argument na mojej liście jest, moim zdaniem, najważniejszy. Wiele razy słyszałam tekst o tym, jak to będę mogła sobie odpocząć na “urlopie”, albo jakiego to mam farta, bo nie idę w poniedziałek do pracy. Znamy te teksty doskonale. Nie zrozumcie mnie źle, na tym urlopie rzeczywiście odpoczęłam od pracy i spraw okołopracowych. Nabrałam dystansu i odzwyczaiłam się od wstawania o świcie (a przynajmniej nie ostatecznego wstawania o świcie). Jednak, nie czarujmy się, z prawdziwym urlopem ma to niewiele wspólnego ;) Moim zdaniem każda kobieta, którą wkurzają wyświechtane teksty o niewyrywaniu sobie rękawów na urlopie macierzyńskim powinna podzielić się jego dobrodziejstwem z ojcem dziecka. W końcu mężczyzna ów całkiem konkretnie przyczynił się do jego powstania. Niech ten strudzony ośmiogodzinną pracą chłop zobaczy i na swej własnej skórze skosztuje tego cymesiku, niech się nim zachłyśnie, żeby potem nie gadał na prawo i lewo, że dzieci to jest luzik, spijanie sobie z dziubków i pierdzenie tęczą. Że są takie słodkie i kochane i, że kompletnie nie rozumie, czemu ta baba taka wkurzona non stop chodzi i dbać o siebie przestała, a w nocy zamiast mieć ochotkę na baraszkowanie, pada jak zastrzelona czapla. Tak, kobiety, mężczyzna jest tak skonstruowany, że choćbyśmy mu film instruktażowy pokazały, to dopóki nie doświadczy, to nie uwierzy. Mój niby wierzy i sam chce, dlatego z całego serca życzę mu powodzenia :D



wtorek, 6 grudnia 2016

Genialne pomysły na prezent dla dziecka


Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Właściwie, patrząc na moją skrzynkę pocztową, mogłabym przysiąc, że to już za tydzień 😉 Na szczęści jednak okazuje się, że jeszcze parę tygodni zostało i można spokojnie zastanowić się nad najlepszym prezentem, który uszczęśliwi zarówno dziecko, jak i jego rodziców 😃 Jeśli jeszcze nie wiecie, co kupił najmłodszemu członkowi swojej rodziny, sprawdźcie moje tipy 😉

GRAJĄCE ZABAWKI. Przehit po prostu. Gada, lata, kręci się, świeci, wiąże krawaty, no cudo! Piękne, kolorowe opakowania same się proszą o zakup. Dodatkowo metrowe peany zapewniają o tym, że gdyby Superniania miała takie małe dzieci, to kupiłaby taką zabawkę, gdyż wystarczy zaledwie 5 minut zabawy tym cudem i mamy w domy małego geniusza. Koniecznie kupcie taką zabawkę, a przekonacie się, jak szeroko mogą się uśmiechać rodzice obdarowanego. Nie zdziwcie się jednak, kiedy na najbliższe urodziny otrzymacie skarpety frotte, a Wasz berbeć otrzyma w spadku tę właśnie zabawkę. Rodzice na pewno nie pozwolą na to, by ich dziecko było jedynym geniuszem w rodzinie.

RÓŻOWY SPRZĘT AGD DLA DZIEWCZYNKI. Nie ma to jak wpajać dziecku stereotypy od początku jego istnienia. Wiadomo bowiem, że Genderra nie śpi, więc od samego początku trzeba takiej dziewczynce pokazać, gdzie jej miejsce, żeby przypadkiem nie wypadła ze swej roli społecznej, a cóż lepiej spełni swoje zadanie niż mini sprzęt AGD?

PIESEK ALBO KOTEK. Tudzież jakiekolwiek inne żywe zwierzątko. Najlepszy prezent ever! Z pewnością rodzce dwu- czy nawet pięciolatka marzą właśnie o tym, żeby rano móc wstawać o dodatkowe pół godziny wcześniej i wychodzić z nie swoim psem albo sprzątać kocią kupę z wanny. Jest to również genialny pomysł, gdyż nie od dziś wiadomo, że pieski ze schroniska lubią tam wracać na wakacje, a rasowe kotki kupione za 200 złotych to czysta okazja, bo akurat one urodziły się jako czternaste w miocie, a wiadomo, że na czternaste obowiązuje zniżka! Pseudohodowla to przecież też hodowla tyle że taka wyprzedażowa. Taki outlet jakby.

WIEŚNIACKI SWETER. Klasyka gatunku. To taka tradycja, że każdy przynajmniej raz w swoim życiu musi zostać obdarowany częścią garderoby w wydaniu nieco mniej cool trendy. Proponuję zatem zaoszczędzić dziecku wstydu w przyszłości, odbębnić już teraz i będzie z głowy 😉

GIGANTYCZNE MASKOTKI. Średnia powierzchnia mieszkalna przypadająca na standardową rodzinę w naszym kraju wynosi jakieś 25 m2. W taką powierzchnię zaaranżowaną w stylu scandi loft idealnie wpisze się naturalnych rozmiarów niedźwiedź 😂 Doskonale zbiera kurz i w razie czego może służyć jako straszak na niegrzeczne dzieci, potęgując nocne doznania, przy których potwory spod łóżka to milutkie elfy.

SŁODYCZE. Nie ma nic lepszego niż tabliczka czekoladopodobna z rana. Zwłaszcza w momencie zalewu wszelkiego rodzaju alergii, cukrzycy, otyłości. Słodycze idealnie wpisują się w trend bezglutenowy, wegański, wolny od laktozy, orzechów i soi. Ponadto wszyscy wiemy, że czekolada na śniadanie wzmaga apetyt u dziecka (zwłaszcza niejadka). Po tak solidnej porcji węglowodanów i tłuszczy nienasyconych wciągnięcie owsianki z amarantusem to tylko formalność 😉 A z kolei nie od dziś wiadomo, że czekolada ma właściwości relaksacyjne i uspokajające, dzięki czemu obdarowane dziecko szybko i bezproblemowo idzie spać. Przedłużone działanie kakaa powoduje, że sen jest bardzo stabilny i trwa do późnych godzin porannych.

Macie jakieś inne, ciekawe pomysły, albo sprawdzone hity, które chcielibyście znaleźć pod choinką? Może dostaliście już (Wy albo Wasze dzieci) coś równie genialnego? Piszcie w komentarzach!

czwartek, 24 listopada 2016

Dziękuję Ci, Ameryko!


Pielgrzymi (czyli pierwsi osadnicy na ziemiach północnoamerykańskich) musieli mieć w sobie pierwiastek polski 😂 Samo wkurzenie życiem pod koroną królewską chyba nie tłumaczy tak ryzykownych ruchów, jakimi było osiedlanie się na nowych ziemiach 😉 Kogo nie wykończyły nowe bakterie i wirusy tego, podobnie jak u nas drogowców, zaskoczyła jesień i zima. Zginęliby pewnie niechybnie i szlag by trafił całą kolonizację, gdyby nie zorganizowana grupa Indian, która akurat przyszła im z pomocą. Podzielili się jedzeniem, pokazali jak uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Ich potomkowie odwdzięczyli się za to wybijając połowę Indian, a drugą połowę zamykając w rezerwatach. No cóż, jak widać, każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara. Zanim jednak doszło do rękoczynów, Pielgrzymi zasiedli wraz z Indianami do kilkudniowej uczty, na pamiątkę której to właśnie w każdy czwarty czwartek listopada obchodzimy Święto Dziękczynienia. To znaczy my nie, ale Amerykanie owszem. I moim zdaniem jest to bardzo pozytywne święto, które moglibyśmy sobie zaimportować 😊

I tak przy okazji amerykańskiego święta Dziękczynienia pomyślałam sobie, że jest kilka rzeczy, za które jestem Amerykanom wdzięczna 😉

Jeansy. No klasyka przecież 😊 Każdy je ma i nosi dumnie. Są dobre na wszystko, na spacer, do pracy, do kościoła i na ryby. Długie, krótkie, rybaczki, ogrodniczki, dzwony, rurki, czego dusza zapragnie. Spodnie, spódnice, kurtki, koszule... No klasyka 😊

Burgery. Czyli nowa odsłona kotleta mielonego w towarzystwie buły, warzywek i frytek 😊 Dzięki niemu miliony polskich rodziców przekonały swe dzieci do jedzenia mięsa mielonego, a setki ludzi znalazło pracę i ubiło interes życia, zarówno w osiedlowych budach, autostradowych Makusiach, jak i fancy burgerowniach.

Koncepcja od zera do milionera czyli słynny American Dream. No ludzie, gdyby nie Amerykanie, ludzkość nigdy by nie wpadła, żeby przełamać stereotypy i role społeczne. Pucybut zostałby pucybutem i nigdy by nie pomyślał, żeby aspirować do czegoś więcej 😉 

Walt Disney. Dzięki niemu miliony dzieci na całym świecie miały cudowne dzieciństwo okraszone fantazją i odrobiną magii. Ja panu Disneyowi jestem szczególnie wdzięczna za Piękną i bestię, gdyż jest to moja ulubiona bajka. A kto choć łzy nie uronił przy śmierci Mufasy jest oficjalnie martwy w środku 😉

Sekularyzacja Świętego Mikołaja. Jak niesie wieść jedna z amerykańskich firm na swoje potrzeby zaprojektowała strój Mikołaja na nowo, pozbawiając go przy tym biskupich akcesoriów. Dzięki temu człowiek w czerwono-białym kubraczku stał się Świętym Mikołajem, Gwiazdorem, Dziadkiem Mrozem, Aniołkiem, Dzieciątkiem Jezus, Świątecznym Pancernikiem i czym tam jeszcze trzeba w jednym 😉 Przez to z kolei wszystkie dzieci, niezależnie od wyznań i kultur mogą cieszyć się z prezentów na gwiazdkę 😊

I na sam koniec, wisienka na torcie:

FRIENDSy. Seriale. Wszyscy wiemy, że Amerykanie robią to dobrze 😊 Tak się składa, że Przyjaciele to mój ulubiony serial. Mogę ich oglądać niemal na okrągło i choć niektóre teksty znam już na pamięć, to wciąż niesamowicie mnie śmieszą. Oczywiście to nie jest mój jedyny ulubiony serial, ale chociaż inne przychodzą i odchodzą, ten wciąż pozostaje 😊


A Wy za co kochacie Amerykę? 😂 No chyba, że nie kochacie... 😉


wtorek, 15 listopada 2016

Najgorzej

Podobno najgorzej jest być dzieckiem nauczyciela... Gorzej mają chyba tylko... Nie, jednak te nauczycielskie mają najgorzej. W sumie to nie wiem, czy to prawda, bo akurat mam dwoje rodziców, w tym jednego nauczyciela, więc nie mam porównania. Ale jeśli kiedyś będę miała więcej rodziców, to dam Wam znać, jak wypadł ranking ;)

W każdym razie, życie mi się tak ułożyło, że sama jestem nauczycielką i oprócz tego jeszcze rodzicem (tyle szczęścia na raz, kto by przypuszczał!?). Doszły do mnie słuchy, że przede mną teraz dwa modele działania:

1. albo moje dziecko będzie przetyrane wzdłuż i wszerz (w myśl zasady: żeby nie przynieść wstydu mamusi)

2. albo będzie konkretnie olane na rzecz obcych dzieci (w myśl zasady: szewc bez butów chodzi)

Naiwnie kieruję jednak swe oczy w stronę środka, czyli że ja pokażę dziecku co i jak, a ono samo zdecyduje, czy go to kręci, czy nie.

Nie powiem, że wizja wielojęzycznego dziecka, które zaczyna mówić z opóźnieniem, bo nie może się zdecydować, czy jego językiem ojczystym będzie damn, cholera czy inne fafluchte, jest dość kusząca. Jednak daleka jestem od tego, żeby wałkować dni tygodnia z dwulatkiem, który wciąż upiera się, że jutro byliśmy u babci, albo, co lepsze, nie mówi wcale.

Ale... kto mi zabroni dzielić się z dzieckiem moją pasją? Tak, mili Pańswo, komunikacja, konwersacja, nauka i nauczanie języków obcych to jest to, co taki tygrysek, jak ja lubi bardzo.  W końcu mogę sobie gadać do kogoś w wybranym przeze mnie języku, śpiewać na głos piosenki i czytać bajki i inne czytanki bez obawy, że zostanę posądzona o niepoczytalność. Angielski, niemiecki i, od jakiegoś czasu, hiszpański... you name it. Ktoś mi zarzuci, że to przerost ambicji nad treścią. Dla tego kogoś - z pewnością, a dla mnie - bynajmniej! Bowiem mowa nie bierze się u człowieka z powietrza, a dzieci (już od pierwszych dni) wraz z dźwiękami otoczenia przyswajają to, co my nazywamy językiem. Mało tego, już noworodki są wstanie odróżnić mowę od innych dźwięków, a kilkumiesięczne maluchy rozpoznają język ojczysty. Im większa różnorodność językowa, tym elastyczniejszy staje się umysł dziecka, a co za tym idzie jego wyobraźnia i kreatywność. I tu nawet nie chodzi o to, żeby moje dziecko miało szóstki w szkole (choć oczywiście nimi nie pogardzę ;) ), ale o to, żeby potrafiło się porozumieć z drugim człowiekiem, odczytać informacje podczas dalekich i bliskich podróży, czy miało świadomość, że w tej piosence na pewno nikt nie obraża jego starej ;) A jeśli w pakiecie dostanie przy tym szerokokątne postrzeganie świata i gibkość umysłową, to tylko się cieszyć.

Dobra wiadomość jest taka, że wszystkie nasze dzieci będą wielojęzyczne, bowiem wielojęzyczność to pojęcie szerokie, a wielojęzycznym jest człowiek, który potrafi porozumieć się z innym człowiekiem w jakimkolwiek innym języku niż jego język ojczysty. Zatem, zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, nasze dzieci są zobligowane do opanowania przynajmniej jednego języka obcego w szkole podstawowej i kolejnego w szkole ponadpodstawowej.

Także, jeśli o mnie chodzi to the more the merrier :D

M.  Oparkowska-Siuzdak

niedziela, 6 listopada 2016

Dobre, bo polskie vol. 3 - naturalne

Wiem, że w oczach niektórych wywarzam właśnie otwarte drzwi ;P ale głęboko wierzę, że część z Was dzięki temu wpisowi odkryje sens życia i odnajdzie na nowo wiarę, że to wszystko po coś jednak się dzieje. Otóż będąc w ciąży odkryłam kosmetyki naturalne i to był dla mnie szok. Okazało się, że można chociażby ograniczyć skład i nie trzeba po taki krem jechać aż do Pułtuska, a potem iść dwie godziny piechotą w buszu, żeby  w końcu znaleźć małą chatkę, w której siedzi stara zielarka i kręci krem. No nie trzeba i okazuje się, że nie jest to taki luksus jak myślałam. Oczywiście daleka jestem od przeżuwania pokrzywy i wyciskania ręcznie soku z aloesu, ale stwierdziłam, że warto z tymi naturalnymi spróbować :) I nie, wpis ten nie powstał we współpracy z nikim (no chyba że ze słownikiem języka polskiego ;) ), a wszystkie kosmetyki kupiłam sama, z nieprzymuszonej woli, za własne, ciężko zarobione pieniądze ;) Dobra, no to jedziemy:

Olej kokosowy. Standard dla początkującego ekoświra ;)  Może polskie to to nie jest, ale często gęsto trafia się polski importer i dystrybutor chociażby :) Jak przystało na w miarę nowoczesną kobietę taki olej mam i ja. Być może, że czasy swojej świetności ma on za sobą i za chwilę okaże się być passe to i tak uważam, że jest super. Używam go ja zamiast balsamu czy olejku do ciała, smarowałam nim Teda po kąpieli  (zamiast używać oliwki). A i w kuchni się przydaje, np. kiedy skończy się olej do smażenia naleśników albo do kawki czy lodów. No ogólnie super :D Jeśli chodzi o sam olej to jest on dostępny w dwóch wersjach: rafinowany czy bezzapachowy i nierafinowany czyli tłoczony na zimno, zapachowy. Generalnie mówią i piszą, że ten drugi lepszy, bo ma w sobie więcej wartościowych substancji no i ma ten super zapach, który ja akurat bardzo lubię :)

Krem brzozowy z betuliną Sylveco. To był mój pierwszy łup w lokalnym sklepie ekologiczno-zielarskim. Krem okazał się petardą, bo skład elegancki, termin przydatności krótki, składniki nie wydumane, ale... przez swoją konsystencję krem komletnie nie leżał mi w dzień. Na noc jest idealny, bo otula moją buzię niczym puchowa kołderka w zimową noc :D 


Dzięki temu, że krem brzozowy został moim nocnym towarzyszem, musiałam poszukać czegoś na dzień :D Znalazłam lekki krem nagietkowy Sylveco. I to jest dopiero strzał w dziesiątkę. Krem jest lekki, szybko się wchłania, nie podrażnia, a nawet łagodzi i świetnie nadaje się pod makijaż. :) Ma też wygodne opakowanie z pompką, dzięki czemu nie trzeba grzebać paluchami w słoiczku ;P 

Ponieważ wszystko, co dobre szybko się kończy, skończył się także mój krem brzozowy na noc. Pobiegłam wtedy czym prędzej do drogerii. Tam przemiła pani doradziła mi, żebym może wypróbowała krem brzozowo-rokitnikowy z betuliną Sylveco. I w sumie cieszę się, że jej posłuchałam, bo krem jest super. Używam go stosunkowo krótko, ale podobno jest idealny do cery wrażliwej i naczynkowej. Póki co, jestem zadowolona. Konsystencją podobny jest do kremu brzozowego, ale ładnie chroni, odbudowuje i nawilża. Do tego łagodzi zaczerwienienia typowe dla wrażliwców i naczynek. Tak mi się spodobał, że być może wypróbuję też lekki krem z tej linii :D Jeśli ktoś się na niego zdecyduje, to lojalnie uprzedzam, krem ma charakterystyczny zapach i kolor (który mi przypomina nieco woskowinę z uszu :P)

Jeśli chodzi o wrażliwość, naczynka i zaczerwienienia, to ostatnio mam z tym mniejszy problem. Oczywiście, bez przesady, wiem, że krem całkowicie nie załatwia sprawy i że to kwestia wielu czynników, ale... razem z kremem rokitnikowym zakupiłam również nawilżającą emulsję myjącą do twarzy Vianek. Nie żałuję. Rzeczywiście nawilża, nie podrażnia, delikatnie oczyszcza skórę twarzy i pozostawia na niej coś jakby film ochronny. Właściwie jej mankamentem jest dość małe opakowanie (na szczęście dość wydajne) i fakt, że jest troszkę tłustawa przez co trzeba ją zmywać letnią lub ciepłą wodą (a ja, na przykład, lubię rano umyć sobie twarz w zimnej wodzie ;) ).

Skoro już jesteśmy przy oczyszczaniu twarzy, to postanowiłam również iść w naturalny demakijaż (a co, jak szaleć, to szaleć). Dlatego też zainwestowałam w lipowy płyn micelarny Sylveco. Kolejny strzał w dziesiątkę. Świetnie zmywa makijaż, bez zbędnego pocierania i jest bardzo delikatny, doskonale nadaje się więc do demakijażu oczu :D Jego jedyną wadą może być zapach, który nieco odbiega od drogeryjnych płynów i toników. Jeśli ktoś więc jest do nich przyzwyczajony, może mieć kłopot z dostrzeżeniem piękna w zwykłym, delikatnym zapachu nie podrasowanym sztucznymi substancjami ;) Ale w końcu to kosmetyki z gatunku eko, więc chyba nikogo to nie zdziwi ;P






Na zakończenie mój absolutny faworyt :D Masło shea. Oczywiście kosmetyczni patrioci od razu wytkną mi, że orzechy te nie są naszym rodzimym towarem, ale, podobnie jak z olejem kokosowym, można namierzyć polskiego dostawcę tegoż specyfiku. Masło shea jest składnikiem wielku kosmetyków i wcale mnie to nie dziwi, bo doskonale nawilża, ujędrnia, lekko natłuszcza i odżywia (ma w sobie witaminy A i E). Do tego jest mega uniwersalne w użyciu. Ja na przykład smaruję nim cierpiącego na AZS Teda, stosuję je u niego również zamiast kremu na niepogodę i kremu pod pieluszkę. No bajka po prostu! Oprócz tego podbieram mu go czasem i dzięki temu nie potrzebuję już pięciu balsamów, na biust, na tyłek, nawilżającego, wygładzającego, itp. ;)





Jeśli i Wy zostaliście oczarowani jakimś kosmetykiem, który całkowicie odmienił Wasze życie, piszcie śmiało w komentarzach :D

P.S. Wpis ten jest całkowicie niesponsorowany :( Niestety wszystkie kosmetyki musiałam zakupić sama ;P